Brutal Assault 2016 (dzień I – II). Relacja Joanny Gulewicz

0
185

Część z Was zapewne już zdążyła się zorientować, że raczej nie należę do osób zafiksowanych na jednym konkretnym gatunku muzyki. Liquid funk, vocal trance, post rock… Jest zbyt wiele do odkrycia, by z góry zakładać, że coś nam się nie spodoba, jeśli rzeczywiście tego nie sprawdzimy. Sunrise Festival, Castle Party, Off Festiwal, czy Let It Roll – mogę polecić każdy z Was ale tym razem będzie o czymś zupełnie innym.

Hipnotyzująca środa (10.08.2016)

Kto zna, ten wie, że scena skupiająca wokół siebie demonicznych artystów spod ciemnej, metalowej gwiazdy budzi i zapewne zawsze będzie budziła wiele kontrowersji. Rozwiany ni to targany wiatrem, ni to rozczochrany jakimś szatańskim pazurem włos, ciężkie obuwie i ogólna słabość do ciężkiego pancerza i jeszcze cięższych gitar sprawia, że dla wielu metal pozostaje wciąż muzyką zagadkową i pełną tajemnic a skoro tajemnic to może i jaki czort tam w niej siedzi… Kto to wie? Specjalnie dla Was relacja z jednego z najbardziej piekielnych a z całą pewnością piekielnie dobrych eventów, skupiających wokół siebie fanów ciężkich brzmień. Panie i Panowie, przed Wami Brutal Assault w pełnej krasie!

Jak wywnioskowaliście zapewne już z samej nazwy ma być brutalnie – brutalna muzyka, brutalne pogo pod sceną i ogólny nastrój brutalności. Nie da się ukryć, że każdy z punktów zostaje spełniony, choć moim zdaniem najbardziej brutalna jest konieczność wyboru kilku koncertów, na które można się wybrać spośród ponad setki najwybitniejszych gwiazd gatunku (stali bywalcy wszelkiej maści festiwali doskonale wiedzą, że zazwyczaj wszystkie sceny grają równocześnie i chcąc, czy nie musimy wybierać). Tutaj pierwszy olbrzymi plus dla Brutala – nie da się oczywiście uniknąć nakładania się na siebie koncertów przy tej ilości gwiazd a jednak organizatorzy mają głowy na karku i dwie najbardziej oblegane sceny – Jaggermeister i Metalshop grają na zmianę dzięki czemu mogę np. wybrać się i na Moonspella i na Satyricon!

 

Pierwsze dwa dni upływają głównie pod znakiem poznawania terenu, rozstawiania namiotu i regularnego wypompowywania z niego wody. Jest sporo biegania, bo i teren do najmniejszych nie należy. Dla niewtajemniczonych dodam, że rzecz dzieje się nie na byle jakim polu, z rzędami rzepaku i młodych kartofli za plecami ale na terenie historycznego bastionu Jaromer-Josefov. Największe gwiazdy grają oczywiście na dziedzińcu, ale część twierdzy i korytarzy jest dostępna dla uczestników, mieszcząc w sobie między innymi ołtarz pamięci Lemmy’ego Kilmistera, gdzie każdy może zostawić świeczkę i dobre życzenie.

Po wstępnych oględzinach pierwszy koncert, który zakreślam czerwonym kółeczkiem to oczywiście niezrównana Chelsea Wolfe. Ta dziewczyna hipnotyzuje mnie już od dość dawna, harmonijnie łącząc w swej muzyce północną, chłodną tajemniczość z subtelnym, ale zdecydowanym i bardzo precyzyjnie określonym art metalem, lawirującym między pierwotnym, nieco bardziej dzikim folkiem i drone metalem. Muszę przyznać, że na żywo przechodzi moje wszelkie oczekiwania i wręcz wprawia publiczność w swoisty muzyczny trans. Coś nieporównywalnego z niczym innym!

Energetyczny czwartek (11.08.2016)

Po całkowitym uniesieniu, jakiego doznałam na koncercie Chelsea Wolfe, przychodzi pora nieco naładować baterie, obmyć z siebie poranne błoto i rozgrzać się napitkiem. Zacznę od jedzenia, bo jak to mawiają w zdrowym ciele zdrowy duch i podstawą każdego festiwalu wbrew pozorom (tak, tak, moi drodzy – przyjdzie taki czas, że przyznacie mi rację) jest porządne jadło!

Wszyscy znamy takie miejsca, w których najlepsze, czego można się spodziewać to zatęchła kaszanka i wczorajsza pajda ze smalcem a dla bardziej wybrednych smakoszy o nieco bardziej stępionym apetycie i smaku coś, co wygląda czasem jak bigos, czasem, jak grochówka a czasem jak niedojedzone resztki z poprzedniego dnia, obficie zalane lepką mazią. Brutal bardzo pozytywnie zaskoczył mnie różnorodnością – oprócz klasycznych zapiekanek i hot dogów dla miłośników twardej festiwalowej kuchni możecie spróbować wielu rodzajów chińszczyzny, jedzenia tajskiego, makaronów a ponadto w trosce o podniebienia tych, którym nie obcy jest los tego, co na talerzu część posiadających specjalne oznakowanie stosik przygotuje dla Was każdą wegańską potrawę, nawet jeśli nie ma jej w menu. Po raz pierwszy spotykam się z takim rozwiązaniem i mimo, że do istot roślinożernych mi daleko, jestem pełna podziwu!

Najedzona i gotowa do boju pędzę na koncert dinozaurów industrial metalu, czyli formacji Ministry. Panowie mają już swoje lata i jak to zwykle w wypadku muzycznych legend bywa, zawsze znajdzie się spora grupa osób lubujących się w sianiu niepewności, która zazwyczaj objawia się znanym nam skądinąd skwitowaniem sprawy „Za naszych czasów…” albo „Dawniej to dopiero było…”. Nie wiem jak było dawniej, wiem natomiast, ze panowie wręcz spalają się na scenie, wprawiając publiczność w szaleńcze i niekontrolowane wibracje i robiąc z instrumentami rzeczy, o których nie śniło się większości młokosów. Brawa dla tych panów!

https://www.youtube.com/watch?v=NIzyoKsWTA4

Po fantastycznym koncercie Ministry przesuwam się kilka metrów w prawo, by znaleźć się w roztańczonym i pulsującym od tupania tłumie fanów, oczekujących na koncert Parkway Drive. Parkway Drive to australijska formacja metalcore’owa, spodziewam się zatem szybkiego tempa, dzikiego pogo i agresywnych wokali. Jest szybko, nerwowo i bardzo skocznie – wręcz nie mogę złapać oddechu!