Brutal Assault (dzień III – IV) – relacja Joanny Gulewicz

Mimo pewnej muzycznej otwartości umysłu, każdy z nas ma takie zespoły, które otacza kultem miłości obsesyjnej, fanatycznej, trudnej do opisania i trudnej do wyjaśnienia. Obituary, Moonspell, Satyricon, Die Krupps – tak w skrócie przedstawia się mój piątkowy ołtarzyk.

 

FANATYCZNY PIĄTEK (12.08.2016)

Podróż między scenami rozpoczynam wraz z pojawieniem się na Jaggermeister Stage kultowego i otoczonego czcią w każdym kręgu miłośników ciężkich brzmień Obituary. Do sprawy podchodzę bardzo sentymentalnie – znacie to uczucie, kiedy idziecie na koncert jednej z tych formacji od których właściwie rozpoczęła się Wasza muzyczna podróż? Właśnie to uczucie towarzyszy mi w związku z Obituary – jestem nieco melancholijna, nieco rozmarzona, nieco zamyślona… A tu taki ogień! Mimo sporego bagażu, na który składają się dziesiątki nagranych płyt i dziesiątki lat wspólnego grania muzycy w kontakcie z instrumentami wpadają w iście piekielny szał, biegając po scenie, wymachując wcale nie takimi znów siwymi czuprynami i szarpiąc instrumenty bez litości. Coś nieprawdopodobnego i powiem Wam szczerze, że do tej pory nie mogę pozbyć się wrażenia, że gitarzysta krzesał iskry strunami. Rewelacja!

Zapewne przydałaby się chwila oddechu, ale na koncercie trash metalowej kapeli Coroner, o ten raczej trudno. Jest szybko, bardzo rytmicznie i niesłychanie tanecznie. Naprawdę nie mogę powstrzymać się od tupania a przecież wieczór dopiero się zaczyna!

Kolejnym elementem ołtarzyka jest oczywiście portugalski Moonspell. Robi się refleksyjnie,  znacznie mniej dynamicznie i zdecydowanie bardziej nastrojowo. Mam wrażenie, że wszyscy jesteśmy widzami jakiegoś misteryjnego, mrocznego i przejmującego wydarzenia i chyba właśnie tak jest! Muzycy hipnotyzują i wręcz porywają dźwiękiem a Fernando Ribeiro swoim niespotykanym i prawdopodobnie jednym z najgłębszych i najbardziej namiętnych głosów wprawia w szybsze bicie nawet najczarniejsze kobiece serca!

Moonspell Moonspellem ale spośród wszystkich gwiazd tegorocznej edycji chyba najbardziej czekałam na koncert skandynawskich demonów black metalu – Satyricona. Posiłkując się metaforyką ołtarzyka, oni z całą pewnością są w jego centrum! Rewelacyjni technicznie, trzymający poziom i co, jeszcze ważniejsze kondycję od wielu lat Norwegowie podbili moje serce wiele lat temu i jak to mawiają już „od pierwszej nutki”. Zawsze fascynował mnie ich, nie tak znów oczywisty w kręgach black metalu, dystans względem całej maskarady związanej z malowaniem twarzy w biało-czarne trudne do jednoznacznego zinterpretowania emblematy i zamiłowaniem do ograniczającej ruchy, poprzebijanej śrubami, nitami i wszelkimi innymi metalowymi elementami garderoby. W tym wypadku na scenę wychodzi kilka z pozoru zwyczajnych panów, w zwyczajnych powyciąganych t-shirtach ale to co robią z instrumentami i głosem jest po prostu nie do opisania. Doznaję czegoś na kształt hierofanii i zupełnie tracę oddech, usiłując dotrzymać kroku perkusiście.

Zupełnie wyczerpana wędruję na Metalgate Stage, w oczekiwaniu na niemiecką formację Die Krupps. Musze przyznać, że o ile w wypadku zespołów spod tej najcięższej, black metalowej gwiazdy powielenie i utrzymanie rytmu i tempa wydaje się wręcz fizycznie niemożliwe dynamiczna, ale stawiająca przede wszystkim na satysfakcję związaną z tańcem w rytm konkretnego utworu scena EBM przyciąga znacznie więcej fanów a uczestniczenie w koncertach gwiazd z nią związanych daje zazwyczaj znacznie więcej radości. Die Krupps okazują się spełniać wszystkie moje życzenia, wprawiając publiczność w agresywne ale rytmicznie i precyzyjnie odmierzane ruchy i rewelacyjnie radząc sobie z łączeniem klasycznego instrumentarium z nowoczesnym i nie pozwalającym stać w miejscu brzmieniem elektronicznym! Coś wspaniałego!

 

PATRIOTYCZNA SOBOTA (13.08.2016)

Jak to zazwyczaj bywa w ostatnim dniu festiwalu większość z nas nie tylko duchem ale i ciałem zaczyna zbliżać się do stylistyki turpistycznej makabry, doskonale zaprezentowanej na przykładzie bohaterów klasyki kina, uwiecznionych w przekazywanej z pokolenia na pokolenie Nocy Żywych Trupów. Tak, tak – tym razem to nie kino, lecz rzeczywistość, dlatego budzące nas w sobotę mocne słońce i wysoka temperatura nareszcie dają szansę wysuszyć glany i namioty i ruszać na podbój dziedzińca.

 

Swój osobisty podbój zaczynam od energetycznego i dzikiego koncertu Agnostic Front. Któż z nas nie skakał w rytm Gotta Go za wesołych i owianych mgłą celowego wyparcia czasów liceum? Ja w każdym razie skakałam jak szalona, dlatego też spodziewam się niekontrolowanego, szalonego pogo, które obejmie wszystkich, łącznie z tymi, którzy zajmują najbardziej oddalone od sceny pozycje, by tego typu balety ich ominęły. Nie mylę się – publiczność szaleje i mimo dość oczywistego spadku formy, towarzyszącego ostatnim koncertom wszyscy sięgamy po rezerwy energetyczne by rzucić się w tany! Mało tego – skaczemy nie tylko my, tam pod sceną ale tańczy się również na scenie, razem z zespołem, bo nagle obok muzyków skacze również część publiczności. Coś fantastycznego!

Powoli zbliżamy się do końca a przed nami spośród mgieł sceny wynurza się Behemoth. Czesi mawiają, że Behemoth jest niczym wyspa obfitości ciężkiego, gęstego i piekielnie mrocznego grania w oceanie pełnym obrazków ze świętymi, który opływa nasz kraj. Przede wszystkim jednak Nergal i jego koledzy prezentują najwyższą muzyczną półką, zakrawając wręcz o geniusz i z całą pewnością są na liście naszych największych powodów do dumy! Kto bywa na koncertach black metalowych, doskonale wie, że wersja analogowa nie oddaje nawet w części całego spektrum dźwięku, jakie możemy usłyszeć na koncercie. Nie inaczej jest w wypadku Behemotha – to, co słyszę na żywo przechodzi moje najśmielsze oczekiwania i dopiero tutaj artyści pokazują swoje umiejętności w pełnej krasie, plotąc dźwięki i efekty wizualne w hipnotyzującym i absolutnie obezwładniającym mrocznym teatrze. Jest mnóstwo ognia i dymu, które wzmagają infernalną stylistykę żarzącą się agresywnymi gitarami i butnym, władczym i nieznoszącym sprzeciwu wokalem Nergala. Tego koncertu nie da się opisać w kilku prostych słowach ale wiecie co – jeszcze nigdy nie byłam tak dumna z naszej Polski, jak tutaj, pod czeskim, ale przecież bliskim niebem, obserwując rodzimych artystów, rozpalających wszystkie oczy i umysły i zgarniających cały splendor wydarzenia! Coś nieprawdopodobnego!

Cóż dodać więcej? Brutal Assault to jedno z najciekawszych i najbardziej dopracowanych zarówno pod względem organizacji jak i techniki wydarzeń muzycznych, na których kiedykolwiek się pojawiłam! Widzimy się za rok!

 

Czytaj również