To on stoi za studyjnym albumem Beyoncé, to on ma swój udział w sukcesie FKA twigs, w końcu to właśnie on współpracował z Run the Jewels. Nie tak często trafia sie okazja wzięcia na warsztat artysty, który jest zarazem producentem muzycznym. Zawsze pojawia się tutaj pewne ryzyko – czy aby na pewno bycie producentem wystarczy, by samemu zabrać się za robienie muzyki? Jordan Asher (znany wam lepiej jako Boots) postawił na ryzyko! Czy słusznie?
Album otwiera rytmiczne Brooklyn Gamma. Bazą kawałka jest silnie zdynamizowana sekcja perkusyjna. To właśnie ona wybija rytm kawałka i podporządkowuje sobie resztę dźwięków. Pierwszych kilka taktów przywodzi na myśl stylistykę R&B – szybki, jednostajny pulsujący rytm. Muszę przyznać, że przeraziły mnie on nie na żarty – w elektronice cenię elektronikę, niekoniecznie natomiast R&B-owe sapanie. Boots bardzo zgrabnie wymyka się tego typu porównaniom i jednym drobnym zabiegiem – obniżeniem tonacji jeszcze przed upływem pierwszej zwrotki, wpuszcza w kompozycję swego rodzaju niepokój, muzyczne napięcie. Z ciemną, gęstą stylistyką kawałka doskonale współgra brudny, pełen maniery wokal. Punkt kulminacyjny dostajemy pod koniec utworu, gdzie wszystkie dźwięki zostają podbite zarówno pod względem wysokości jak i natężenia. Rewelacja! Bardzo podobnie został skonstruowany kawałek Aquaria.
C.U.R.E. nie tylko utrzymuje napięcie swojej poprzedniczki, ale dodatkowo obudowuje je agresywnym brzmieniem. Tempo pozostaje niezmienione, wokal równie gniewny jak w Brooklyn Gamma, ale dzięki doprawieniu kompozycji garścią rozbzyczanych, najeżonych dźwięków i ciągłemu przewijaniu się tego komponentu przez kawałek, robi się jadowicie, głośno i bardzo gniewnie. Nie bez znaczenie pozostaje również zwiększenie natężenia głosu i dodatkowe podniesienie go w refrenie, gdzie nakłada się na pozostałe elementy kawałka i niejako dobudowuje napięcie utworu.
Zupełnie inaczej sprawa się ma z Oraclies. Gdybym dostała kilka pierwszych nutek w popularnym teleturnieju, muzycznym bez wahania powiedziałabym, że mamy do czynienia z Radiohead. Przydymiony, rozlewający się na dźwiękami wokal i subtelnie zarysowana gitara – Radiohead jak w mordę strzelił! Otóż nie, moi drodzy. Ten wdzięczny, kołyszący wstęp prowadzi wprost do pulsującego elektronicznego serca kompozycji. Po krętych, elektronicznych korytarzach prowadzi nas zamglony i bardzo niewyraźny głos. Jeśli wokal można porównać do stanu skupienia, ten z całą pewnością jest lotny i nie tyle wybrzmiewa, co unosi się jakimś eterycznym, hipnotyzującym oparem nad resztą dźwięków. Zabieg ten został osiągnięty dzięki wydłużeniu ostatniego akcentu każdej części artykulacyjnej.
Zostając przy teleturniejach – czy Bombs Away nie jest przypadkiem jakimś pobocznym projektem Massive Attack? Słucham i słyszę nieco już zakurzone, ale wciąż rewelacyjne Angel. Zagęszczenie blisko spokrewnionych ze sobą dźwięków, niski, głęboki wokal i silnie zaakcentowana linia perkusji – bardzo tutaj blisko do kolegów po fachu, bardzo. Zaskoczeniem jest natomiast refren nieoczekiwanie podniesiony na pięciolinii – zarówno wokalnie jak i instrumentalnie i dodatkowo wrzucony w zupełnie inną stylistykę, a przy tym wszystkim stanowiący spójny i wręcz nieodzowny element kompozycji. Doskonały! Na podobnej zasadzie został pomyślany kawałek Dead Come Running. Jest gniewnie, pulsująco i bardzo rytmicznie.
I Run Roulette dla odmiany gubi senne rozleniwienie poprzednich utworów. Od pierwszych taktów dostajemy mocny, dynamiczny i bardzo pulsujący beat, któremu asystuje równie rytmiczna partia wokalna. Ten kawałek gna jak oszalały – nie ma tutaj miejsca na zawieszenie głosu, czy też objęcie kilku dźwięków jedną artykulacją. Jest głośno, szybko i z naciskiem na zaakcentowanie każdego dźwięku – wręcz do utraty tchu. Nie wiem jak wy, ale ja swój straciłam!
Po tej muzycznej gonitwie Gallows przynosi chwilę wytchnienia. Nie oczekujcie jednak wesołych i skocznych beatów! Artysta konsekwentnie trzyma się niskich, gęstych dźwięków i ciemnej stylistyki. Nastrój niepokoju potęguje bardzo mocne obudowanie kompozycji półtonami, dzięki czemu mamy wrażenie, że zostaliśmy zamknięci w bardzo ciasnej przestrzeni muzycznej, z której nie sposób się wydostać, bo wszelkie zmiany wysokości dźwięku rozgrywają się właśnie półtonowo, nigdy w pełni.
Powróćmy jednak do Radiohead! Earthquake to taka ciemniejsza, bardziej napięta i znacznie gęstsza wersja kolegów z Wysp. Wyobraźcie sobie rozkołysane, melancholijne sekcje wokalne panów z Radiohead i ich niepokojące, nieprzewidywalne, choć zawsze harmonijne instrumentarium. Doprawcie to złowróżbnym drżeniem tła, mocnym pulsem i zrównajcie głos z pozycją reszty dźwięków – niech się w nich roztopi. Właśnie taki jest utwór Earthquake – ciemny, pełen napięcia, zbudowany na mowie szaleństwa. Boots udowadnia, że niewiele potrzebuje, by zbudować potężne i całkowicie obezwładniające słuchacza napięcie. Fantastyczny!
Po tych elektronicznych, mrocznych meandrach Only jest niczym plaster miodu. Molowa tonacja, nieznaczne skoki dźwięków, senny wokal i mocna pozycja klawiszy. Jest kojąco, ale tym specyficznym, ostatecznym rodzajem ukojenia – kiedy wiemy, że coś na pewno się już nie uda. Jest w tym kawałku coś z niezrównanego Jeffa Buckley’a – ten sam chmurny sposób widzenia rzeczywistości, ta sama posępna refleksja, ten sam rodzaj śpiewu – takiego, który brzmi jak ostatni dźwięk, który ma wyjść z gardła artysty. Świetny! Zamykający album utwór Still z całą pewnością jest natomiast motylem. Leci, wciąż leci. Wciąż wyżej. Dźwięki unoszą się na pięciolinii, wokal oscyluje wokół wysokich rejestrów, ślizgając się po nutach, a tło traci pełen napięcia i pulsu smaczek i jest czyste i jasne, niczym wiosenne niebo.
Do produktów producenckich zawsze podchodzę z pewną dozą nieufności. Dobre imię i dobra produkcja nie zawsze idą w parze z muzycznym smakiem i pomyślunkiem. Krążek Aquaria nie tyle pozytywnie mnie zaskoczył, co okazał się absolutnym muzycznym objawieniem! Peany macie nieco wyżej, a zatem przejdę do podsumowania – rewelacja!


