Anonimowi kreatorzy nie boją się eksperymentować i ofiarować życia pozornie dziwnym, niezwiązanym ze sobą kombinacjom – tak w kilku słowach nowy album projektu BOKKA ocenił nasz recenzent. Przy okazji zbliżającego się koncertu w Poznaniu, udało nam się przeprowadzić wywiad z tajemniczym zespołem. BOKKA opowiedzieli nam o nowej płycie, o procesie jej powstania i o tym, czy mierzą w zagraniczne rynki. Zapraszamy!
Łukasz Jaćkiewicz: Domyślam się, że pytanie o Waszą tajemniczość i niezdradzanie tożsamości należy do najbardziej irytujących, które zadają Wam dziennikarze. Nurtuje mnie jednak jedna rzecz. Czy komuś z Waszych fanów udało się już ustalić Wasze personalia, a tym samym zaprzeczaliście, że Wy to Wy?
BOKKA: My nigdy nie potwierdzamy i nie zaprzeczamy. Co ciekawe, fani sami siebie ganią za ewentualne próby dociekania, kto się kryje pod maskami. Na tym etapie chyba już nikogo to nie interesuje. I to jest bardzo miłe. Nasza koncepcja została uszanowana. Muzyka mówi sama za siebie.
Łukasz Jaćkiewicz: Zdarzyło Wam się, że mieliście trudności z ukryciem kim jesteście? Taki moment, w którym niemal wszystko wyszło by na jaw?
BOKKA: Nieszczególnie. W sieci krąży wiele domysłów, ale rzadko który zbliża się do prawdy. Był taki moment, który trzeba było przeczekać, ludzka ciekawość brała górę. Ale nikt nie próbuje zaglądać nam do garderoby, ani nie śledzi nas po koncertach. Jeśli ktoś naprawdę jest fanem BOKKI nie będzie tego nigdy potrzebował.
Fot. Filip Blank
Łukasz Jaćkiewicz: Porozmawiajmy jednak o płycie. Wydaliście ją w dwa lata po debiutanckim krążku. Posypało się również wtedy wiele propozycji występów na festiwalach, nie tylko w Polsce. Przyznacie chyba, że jak na debiutantów to spore wyróżnienie? Co się zmieniło w Waszym życiu przez ten czas?
BOKKA: Sami jesteśmy zaskoczeni ile się wydarzyło do tej pory. A wciąż traktujemy to jako początek. Chcemy jeździć coraz dalej i grać coraz więcej. Bardzo się zżyliśmy jako ludzie i scaliliśmy jako zespół. Reszta pozostała bez zmian.
Łukasz Jaćkiewicz: Zatytułowaliście płytę Don’t Kiss And Tell. Tytuł nawinął Wam się sam czy jest do czegoś odniesieniem? Jak jego wyraz ma się do całości zaprezentowanego materiału i jak powinni go interpretować słuchacze?
BOKKA: Określenie “kiss and tell” wywodzi się z show-biznesu. W ten sposób mówiło się o osobie, która przespała się z kimś sławnym, a następnego dnia pobiegła z tą informacją do kolorowej prasy. Obecnie to określenie funkcjonuje szerzej, oznacza osobę, której nie należy powierzać żadnych poufnych informacji, bo nie potrafi trzymać języka za zębami. “Don’t kiss and tell” idealnie odzwierciedla nasze myślenie od początku istnienia BOKKI – nie kłapmy ozorami, bo to nie jest fajne. Są sprawy, które powinny pozostać prywatne. Druga płyta zainspirowała nas do przekazania tej idei w tytule.
Łukasz Jaćkiewicz: Gdy opublikowaliście pierwszy singiel płyty, Let It, miałem wrażenie że postawiliście na podobne brzmienia jak na debiucie. Utwór miał za zadanie delikatnie wprowadzić słuchacza w zawartość całej płyty, a tym samym zaskoczył potencjalnego nabywcę?
BOKKA: To dla nas bardzo ciekawe, bo decydując się na ten krok wydawało nam się, że poszliśmy w zupełnie innym kierunku, w dodatku mylącym tych, którzy później kupią płytę. Nigdy nie byliśmy zbyt dobrzy w nazywaniu naszej muzyki, nie umiemy odpowiedzieć na pytanie w jakim gatunku tworzymy, z tym większym zainteresowaniem czekamy zawsze na pierwsze oceny dziennikarzy.
Łukasz Jaćkiewicz: Przesłuchałem płytę kilkanaście razy (no może więcej!), a całość bardzo mnie zaskoczyła. W porównaniu do poprzedniej płyty jest ona bardziej psychodeliczna, jest więcej dynamiki i energii. Takie było założenie płyty od początku czy może dojrzewaliście do tych brzmień pisząc kolejne kompozycje?
BOKKA: Ten materiał jest w dużym stopniu wynikiem naszych doświadczeń koncertowych. Wiele pozmienialiśmy po drodze, a im więcej graliśmy tym więcej potrzebowaliśmy energii. Dokładaliśmy ją nawet do tych numerów, które oryginalnie nie miały jej w ogóle. Reakcja publiczności utwierdzała nas w przekonaniu, że idziemy w dobrym kierunku, więc z rozpędu przenieśliśmy tę energię do studia.
Łukasz Jaćkiewicz: Idąc dalej słyszę szorstkie dźwięki gitary elektrycznej, dźwięczną perkusję, intrygujący bas, które łączą się z zaawansowaną elektroniką. Ciężko jest uzyskać przy tym takie brzmienie, które Was całkowicie zadowoli?
BOKKA: Ciężko jest w ogóle uzyskać takie brzmienie, które nas zadowoli. Jesteśmy dosyć wybredni. Nic nam się wyjściowo nie podoba, dlatego mocno ingerujemy w brzmienia psując je, efektując, brudząc, przesterowując, czasem nawet rozstrajając. Tworzymy też sporo własnych sampli, nagrywając wszystko, z czego tylko można wydobyć jakikolwiek dźwięk. To przy okazji świetna zabawa.
Łukasz Jaćkiewicz: Wciąż wyczuwam jednak piękną surowość i pewnego rodzaju chłodność, którą określa się brzmieniem skandynawskim. Czerpiecie z niej jakieś inspiracje, z artystów z tamtego rejonu czy może wypływa to bezpośrednio z Waszego poczucia muzyki?
BOKKA: Prawdopodobnie bardziej to drugie. Jest nas teraz pięcioro, każdy słucha trochę innej muzyki, a tworząc zdajemy się tylko na własny gust muzyczny. Nie oglądamy się zbyt mocno na innych, kiedy zaczynamy na poważnie pracę nad płytą przestajemy być nawet na bieżąco z tym, co się dzieje w muzyce na świecie. Oddalamy się wtedy we własny kosmos.
Fot. Filip Blank
Łukasz Jaćkiewicz: Ciekawy jestem jak wygląda Wasz sposób tworzenia kompozycji. Zaczynacie od tekstu czy muzyki? Jak bardzo różnią się Wasze pierwsze, wstępne wersje demo utworów od tych, które dostaliśmy na płycie?
BOKKA: Nie mamy jednego modelu pracy. Część zarysów powstaje na próbach, na bazie wspólnych lotów. Część piosenek komponujemy w podgrupach rejestrując na przykład jeden instrument i melodię wokalu, część nagrywamy od razu “na czysto”, bo tego dnia wszystko układa się idealnie, znajdujemy inspirujące brzmienie, pojawiają się dobre akordy, które przywołują ciekawą linię wokalu, a ona z kolei wyświetla w głowie Y tekst. Każdy numer jest osobną historią, na początku nie wiemy dokąd nas zaprowadzi. Lubimy mieć wybór, więc zawsze robimy więcej kompozycji niż finalnie znajdzie się na płycie.
Łukasz Jaćkiewicz: Już po debiucie wszyscy określali Waszą muzykę jako „niepolską”, taką zbliżoną do zagranicznych zespołów alternatywnych. Znaleźliście się w wąskim gronie artystów z Nextpop, która promuje oryginalne brzmienia. Myślicie, że taki powinien być kierunek polskiej muzyki, że tego potrzebują (daj Boże) polscy słuchacze?
BOKKA: Muzyka polska chyba nigdy nie miała się tak dobrze jak obecnie. Coś się zmieniło kilka lat temu w myśleniu, młodzi twórcy tworzą bez kompleksów, nie boją się radykalnych rozwiązań. A słuchacze coraz rzadziej zdają się na radio i telewizję. To nie one kształtują już gusta młodych ludzi. Sami szperają w sieci i wynajdują to, co ich interesuje. Internet jest zbawieniem dla takich zespołów jak nasz. Pozwala na dotarcie do naprawdę szerokiego grona. A wybór w tej alternatywie jest coraz większy, bywa, że jednego dnia odbywają się jednocześnie 4 ciekawe koncerty i, co ciekawe, wszystkie gromadzą sporą publiczność. Więc dzieje się dobrze i oby ta tendencja nie osłabła.
Łukasz Jaćkiewicz: Występujecie coraz częściej zagranicą. Tamtejsze rynki są dla Was równie ważne jak polski czy jest to jedynie dodatek do Waszej kariery tutaj?
BOKKA: Oczywiście, że są równie ważne. Trudno jest przedrzeć się poza granice naszego kraju, a jednak bywają momenty, które pozwalają nam wierzyć, że to nie jest niemożliwe. W tym roku, na przykład, wystąpiliśmy na festiwalu Colours of Ostrava na drugiej co do wielkości scenie o 21:30. Czekało na nas 20 tysięcy osób. Zagraliśmy jeden z najlepszych koncertów, bo poddaliśmy się fali kosmicznego entuzjazmu, z jakim Czesi przyjmowali każdą naszą kolejną piosenkę. Marzymy o tym, żeby takich chwil było jak najwięcej.
Łukasz Jaćkiewicz: Płyta wydana została również w wersji specjalnej, poszerzonej o nowe numery. Wielu z Waszych fanów intryguje jej okładka. Skąd wziął się pomysł na taki oryginalny artwork na deluxe?
BOKKA: Lubimy ładne rzeczy. Oprawa graficzna jest dla nas bardzo istotna. Zarówno okładka płyty jak i wizualizacje, które są nieodłączną częścią naszych koncertów. Mamy to szczęście, że od samego początku pracujemy z Guzikami – braćmi, którzy współtworzą kolektyw “wooom”, a których przedstawił nam Robert Amirian zanim jeszcze ukazała się nasza debiutancka płyta. Kuba robi niesamowite wizki i jeździ z nami na wszystkie koncerty, a Jędrzej projektuje okładki płyt dla wszystkich artystów Nextpopu. I to właśnie z nim wpadliśmy na pomysł animacji analogowej, właściwie jednocześnie, bo natknęliśmy się w sieci na ten sam filmik prezentujący jej działanie. Poza dwoma dodatkowymi numerami chcieliśmy dać naszym słuchaczom coś ciekawego dla oka. I udało się.

Fot. Filip Blank




