Muzyczne powroty po wielu latach zawsze są trudne. Każdy oczekuje od artysty ciągle czegoś lepszego, a im dłuższa przerwa, tym oczywiście ciężej poradzić sobie z presją. Kiedy mowa o powrotach girlsbandów takich tak All Saints, trzeba wziąć pod uwagę jeszcze inne aspekty. Kwartet musiał się nieźle postarać i znaleźć producenta, który pomoże im przebić się przez nowoczesne, elektroniczne brzmienia. Byłoby świetnie, gdyby krążek Red Flag okazał się połączeniem starego z nowym, ale i w tym trzeba zachować równowagę. Czytając moją recenzję najnowszego albumu All Saints, dowiecie się czy artystki podołały zadaniu i należycie przygotowały się do wielkiego comebacku.

Na czwarty studyjny longplay All Saints musieliśmy czekać dekadę. W przeciągu 19 lat od początku istnienia grupy, wokalistki parokrotnie ogłaszały już powroty. Zespół przechodził trudne chwile, między innymi z powodu śmierci jednej z członkiń, Simone Rainford. Jednak początek tego roku, był dla kwartetu okazją do ogłoszenia wiadomości o wielkim comebacku, wydaniu nowego krążka, a w końcu o trasie koncertowej. Miejmy nadzieję, że teraz wokalistki nie rozstaną się znów ze sceną na tak długi okres czasu. Obecny skład girls bandu to Nicole i Natalia Appletone, Melanie Blatt oraz Shaznay Lewis. Obserwując social media i działania tych kobiet, widać, że stęskniły się za muzyką i są wyraźnie podekscytowane powrotem. Fani szaleją z radości, że w końcu doczekali się nowego materiału. A ja trzeźwo spoglądam na krążek Red Flag i mam mieszane odczucia wobec niektórych piosenek.
Wiadome jest to, że grupa została założona w roku 1993, więc wokalistki również nie są pierwszej młodości. Powinno to oznaczać również, że ich twórczość będzie dojrzalsza; nie można patrzeć na ten kwartet tak jak na gwiazdeczki z girlsbandów typu Little Mix. Dlatego surowiej patrzę na kompozycje, które otrzymałam na najnowszej płycie All Saints. Po prostu wymagam wyższego poziomu od kobiet, które tyle przeszły jako artystki. Choć cenię je za to, że nie poddały się i wywiesiły czerwoną flagę zamiast białej.
Utwór otwierający album Red Flag jest jednym z najlepszych kawałków na płycie. One Strike to piosenka, która jednocześnie została pierwszym singlem promującym najnowsze wydawnictwo All Saints. Powstał do niego również czarno-biały klip sprawiający wrażenie trochę niedopracowanego. Jednak trzeba przyznać, że ten numer jest naprawdę dobry i bardzo szybko wpada w ucho. W refrenie głosy wokalistek świetnie ze sobą współgrają, co tworzy przyjemną całość. Dobra rytmika piosenki i ciekawa melodia też odgrywają dużą rolę. Potem mamy kawałek One Woman Man, też ujawniony przed premierą. I ten również mi się podoba, choć już trochę mniej. Uwagę zwraca znów refren z intrygującą warstwą muzyczną. Czuję, że ten utwór może być hitem na koncertach! Idąc dalej, mamy Make U Love Me, na razie same plusy. W tym utworze piosenkarki śpiewają jakby przyciszonym głosem, co może zaciekawić słuchacza, choć coś w tle psuje ogólne wrażenie, czuć za dużo kombinowania z różnymi odgłosami.
Pewnie znacie zasadę żeby nie chwalić dnia przed zachodem słońca. Gdyby odnieść ją do Red Flag otrzymujemy: nie zachwycać się krążkiem przed jego końcem. Bo będzie rozczarowanie i czar pryśnie. Mam wrażenie, że im dalej, tym eksperymentów jest coraz więcej. Trzeba zwrócić uwagę na to, że wokalistki razem brzmią świetnie, ale osobno już nie każda ma wybitny głos. Tak jest w Summer Rain – barwa głosu w zwrotce jest po prostu irytująca i momentami infantylna. Sama piosenka jest okej, mogę nawet przeboleć te deformacje i lekko hip-hopowe wstawki. Potem jest jeszcze This Is War, czyli kompozycja trącająca przeciętnością. Następnie czas na jedną z niewielu ballad na Red Flag. Who Hurt Who to ładna i spokojna piosenka, prawie całkowicie wykonana przez tylko jedną wokalistkę. Do tego numeru nie mam zarzutów, jest wyśpiewana praktycznie na kilku dźwiękach. Brzmiałaby pięknie w wersji akustycznej. Tak samo jak wolniejsze Fear czy Pieces, czyli utwór kończący krążek. W tych dwóch utworach w końcu wspólnie wybrzmiewają głosy piosenkarek, co według mnie jest dużą zaletą.
Od kawałka Puppet On A String zaczyna się to, czego nie mogę znieść na nowym albumie All Saints, czyli nowoczesne eksperymenty i robienie z piosenki na siłę nowoczesnej wpychając w nią elektroniczne dźwiękowe odpadki. To jest ta cecha, której nie lubię w girlsbandach – banalność popu i zbytnie przywiązanie do produkcji, a nie żywej muzyki. Choć dużo gorzej jest w utworze Ratchet Behaviour. Nie mogę przeboleć początku, który rani moje uszy. Pomóżcie mi zrozumieć dlaczego zamiast śpiewać, wokalistki próbują wprowadzić mówione wstawki. Taki zabieg położył i tak już przekombinowaną piosenkę. Numer zatytułowany tak jak krążek, czyli Red Flag również jest taki trochę patchworkowaty, wszystko zostało wrzucone do jednego worka. W kwestii miksowania oldschoolowego popu z nowoczesnym kiczem naprawdę trzeba mieć umiar, pisałam o tym na wstępie. I ja go tutaj nie widzę.
All Saints w tym składzie mają duży potencjał, ale według mnie najlepiej słucha się ich, kiedy śpiewają wspólnie. Nie wiem jak Wy, ale ja lubię panie Appletone, Blatt i Lewis w takich piosenkach jak One Strike. Mam wielką nadzieję, że następnym razem odejdą od brzmień rodem ze starych gier komputerowych jak w kawałku Ratchet Behaviour.


