Tatuaże stały się niejako w kulturze symbolem zmian, buntu, odświeżenia swojego wizerunku. Pewnie takie zamiary miał również Jason Derulo, który swoją trzecią płytę nazwał właśnie Tattoos. Liczył na jeszcze większą popularność, zainteresowanie, lecz materiał zawarty na tym krążku jest do bólu wtórny, przerobiony i po prostu nieciekawy.
Autor przeboju Don’t Wanna Go Home zgrabnie łączy elementy r&b z popem i dancem. Te gatunki w jego wykonaniu ładnie współgrają, są lekkie i przyjemne, ale to zdecydowanie za mało, by liczyć na szerszy odbiór słuchaczy na całym świecie. Już na poprzednich albumach dał nam do zrozumienia, że od muzyki nie pragnie niczego więcej aniżeli dolarów zarobionych na promocji. To były twory, które okazały się sezonową lekkostrawną potrawką. Do tego taką, której nie chce się powtórnie spróbować. Problem tkwił zapewne w beztroskim nastawieniu do kompozycji. Single były chwytliwe, lecz na dłuższą metę nużące, a niekiedy wręcz drażniące (np. z debiutanckiej płyty In My Head). Reszta, która znalazła się na wydawnictwach nie wyróżniała się niczym spośród tysięcy innych piosenek, które rok rocznie tworzone są w Stanach Zjednoczonych.
Ten sam problem pojawia się przy okazji wydania trzeciej już płyty tego amerykańskiego wokalisty i tancerza. Tattoos wprawdzie brzmi optymistycznie, zawiera oprócz skocznych kawałków również ballady, które próbują stać się choć trochę romantyczne. Piosenki wybrane na single są wzorcowym przykładem, jak takowe stworzyć. Jakby tego było mało wiele kompozycji to po prostu kontynuacje (a raczej powtórki) utworów z poprzednich jego płyt. O ile The Other Side brzmi jak druga wersja Don’t Wanna Go Home, tak Marry Me przypomina mi Breathing, a Trumpets niezmiennie Ridin’ Solo. Fire z featuringiem Pitbulla brzmi jak kopia International Love z Chrisem Brownem. Jedyną nowość stanowi dla mnie duet z Jordin Sparks, który wyszedł nadspodziewanie dobrze – jest romantycznie, a pomiędzy wokalami Amerykanki i Derulo słychać niemałą chemię.
http://www.youtube.com/watch?v=zRCsZ5a3aCM
Słuchając tego albumu zastanawiam się, gdzie są te zmiany, ta nowa jakość, którą miał pokazać Jason. Krążek totalnie mnie rozczarował, spodziewałem się głębszego wejścia w tematykę r&b, w której wokalista by się odnalazł. Tymczasem on jeszcze bardziej postawił na masowy odbiór. Aż dziwne, że nie uległ niesłabnącej manii na dubstepowe elementy w swoich kompozycjach. Aby docenić walory tego krążka, przyznam, że Derulo jest tak samo dobrym tancerzem, jak wokalistą. Świetnie łapie „doły”, jak i wyciąga góry, a w Fire pokazuje nawet oblicze wzorowane na Enrique Iglesiasie. Duża różnorodność, szkoda tylko, że nie wykorzystana tak jak trzeba…
Tattoos przy pierwszym odsłuchaniu brzmi jak mieszanka wpływów Chrisa Browna i Rihanny – trochę wpływów r&b, które powinny dominować, lecz nad wszystkim unosi się duch popkultury i nieznośnego czasami popu. Na papierze wygląda to całkiem przystępnie, w końcu taki duet Browna i Rihanny na pewno spotkałby się ze sporym zainteresowaniem, więc podobnie powinno być z nową-starą twórczością Jasona Derulo. Przypomnę jednak, że związek wspomnianej dwójki nie przeszedł do historii w kategorii tych najszczęśliwszych…

