Dwadzieścia pięć lat minęło, jak jeden dzień… a mam na myśli niezwykle komercyjnie sukcesywny album Brytyjki PJ Harvey – Stories from the city, stories from the sea.

23 października 2000 roku, czyli równo 25 lat temu, brytyjska artystka Polly Jean Harvey wydała jeden z najpopularniejszych i najbardziej komercyjny album w jej dyskografii – Stories from the city, stories from the sea. Nie wyszło mi szybciej, ale wiedziałam, że jak się nie wyrobię w tym roku z recenzją, to popełnię – dla mnie – ogromny grzech. No, nie wybaczyłabym sobie tego. Głównie dlatego, iż jest to jedna z najważniejszych płyt w moim życiu, a także jeden z życiowych soundtracków.
W dorobku PJ Harvey to był moment, w którym artystka – która dotąd eksplorowała bardzo surowe, ekspresyjne formy – jednocześnie zachowując swoją mocną tożsamość, otworzyła się na szerzej zakrojony rockowy język, melodykę i miejskie inspiracje. Recenzenci przyjęli to bardzo dobrze, a także w rozmowach fanów i krytyków pojawia się przekonanie, że to jedno z najważniejszych dzieł artystki. I najpopularniejszych, dzięki brzmieniom (szczególnie w tamtych czasach) krążka był to komercyjny strzał w dziesiątkę.
Otwarcie albumu, czyli piosenka Big exit, to jak start rakiety. Od pierwszych sekund wiadomo, że to nie będzie melancholijna płyta – tylko pełna energii, adrenaliny i światła. Polly wchodzi z gitarami, które brzmią jak miejskie syreny, a jednocześnie – jak manifest miłości i siły. To piosenka o wolności i odwadze. O tym, że emocje mogą być napędem do działania, a nawet całego życia i codziennego funkcjonowania.
Good fortune to najbardziej radiowy utwór Harvey. Mój osobisty hymn o szczęściu i o tym, by czasem mieć wywalone na sytuacje życiowe – ponieważ świat jest za piękny, by się nim nie cieszyć. Za każdym razem, gdy tego słucham (i oglądam iście genialny teledysk), to mam ogromnego banana na mordce. Fałszuję strasznie, lecz z radością – „and I feel like some bird of paradise„! I tak bardzo Good fortune mi daje vibe Nowego Jorku połączonego z Londynem, ach.
A place called home jest jedną z najbardziej poruszających i najpiękniejszych piosenek PJ Harvey. Chciałoby się znaleźć taką osobę w życiu, w której się zakochujesz ze wzajemnością i słyszysz od niej zdanie „one day there’ll be a place for us„.
Kawałek zatytułowany The whores hustle and the hustlers whore to brutalna i seksowna eksplozja. Manifest o dwuznaczności i hipokryzji świata. Takie solidne… grzecznie pisząc… uderzenie. Nie da się tego słuchać inaczej, jak tylko przy ustawionym poziomie głośników na 100 procent.
This mess we’re in w duecie z liderem zespołu Radiohead, czyli Thomem Yorke’iem. Wzruszam się, a nawet płaczę, za każdym razem, kiedy tego numeru słucham. Rozdziera moje serce na milion małych kawałeczków. I ta delikatna solówka na fortepianie… Najbardziej właśnie tego utworu mi szkoda. Szkoda, że Polly Jean Harvey nie śpiewa już go na swoich koncertach.
This is love, k****! No sorry, musiałam, bo inaczej się nie da. Jedno z największych muzycznych tupnięć nóżką w całej twórczości PJ Harvey. Połączony z fantastycznym wideo-klipem. Czego chcieć więcej, jak nawet gitarowe melodie – oprócz przepięknej barwy głosu – są po prostu idealne? Chyba się tylko inspirować. O, jak ja będę duża, to chcę być jak Polly.
Stories from the city, stories from the sea autorstwa PJ Harvey to nie jest tylko album muzyczny. To świadectwo momentu i totalne oraz kompletne dzieło sztuki. Wychodzące poza modę i wszelkie bariery, czy zasady. To płyta, której zawdzięczam wiele i jak już zdążyliście przeczytać – jedna z moich najulubieńszych ever i jeden z najpiękniejszych soundtracków życiowych. Wiem, że wokalistka już (raczej?) nie wróci do tego materiału, ale… pomarzyć można, prawda?
Polly, dziękuję Ci za Stories. Pewnie tego nigdy nie przeczytasz, a już na pewno nie przetłumaczysz sobie na język angielski – ale to nic. I tak dziękuję.

