Niebieska błyskawica i purpurowy deszcz? Lenny Kravitz – Blue Electric Light, 2024 (recenzja)

Inne recenzje

It’s Just Another Fine Day (In This Universe) śpiewa Lenny Kravitz, tym samym otwierając album Blue Electric Light. Mięsisty bas uderza po uszach, jest smooth i groove, który mimowolnie kieruje moje myśli w kierunku innego legendarnego muzyka z gitarą. Blue zdecydowanie wpada w odcienie fioletowego. Powiem to już na początku, na tym albumie bardzo wyraźnie słychać inspiracje tym, co robił Prince.

W TK 421 moje przypuszczenia się potwierdzają, Lenny zdecydowanie sięgnął po stylistykę Prince’a. Przyznacie, że tło brzmi jakoś znajomo. Nawiązanie do Star Wars i brzmienie prosto z lat 80? Wszytko gra idealnie.

Honey rozluźnia i elektryzuje jednocześnie. Następne w kolejce, dużo bardziej ostre i agresywne Paralized, pokazuje, że gość, który przed chwilą formował dźwięki miękkie jak plastelina, potrafi je też mocno osadzić w miejscu. Ta konkretna mieszanka ma w sobie coś psychodelicznego, ale jest to idealnie wyważona dawka dźwiękowa.

Teraz rozumiem, dlaczego jednym z singli promujących album został właśnie Human. Najzwyczajniej w świecie jest gdzieś po środku tego, co znajdziemy na tym krążku. Wpada w ucho, a jednocześnie ciekawi na tyle, by chcieć sprawdzić, co jeszcze przygotował Kravitz. Melorecytacja w wykonaniu Lennego okraszona elektronicznymi wstawkami? I to znajdziecie na tym albumie, miało być elektryzująco i wygoda na to, że obietnica została spełniona. Wiele dźwięków składa się na ten album, ale jak na moje ucho, rządzi bas. Posłuchajcie Let it Ride, a zrozumiecie o co mi chodzi. Stuck In The Middle jest tym, do czego Lenny nas przyzwyczaił, ciekawie zaczyna robić się pod koniec. Tym razem nie za sprawą instrumentów, a głosów.

Bundle of Joy niemal zmusza do tańca, a jak już się zacznie, to nie ma odwrotu, a tańczymy oczywiście w stylu retro. Dobrze, że szafy są dziś wypełnione spodniami rodem z późnych lat 70.
Być może Love Is My Religion zapadł wam w pamięć dzięki teledyskowi. O to rzeczywiście nie było trudno, warto jednak dodać, że sam utwór też się broni, fajnie czasami wykrzyczeć coś, z czym się zgadzamy. Ten refren dobrze się w tym celu sprawdza, przynajmniej u mnie.

Od Religii do nieba i to jakiego! Heaven to rytmiczny plac zabaw, chociaż na początku dźwięki są trzymane na krótkiej smyczy, trafiają idealnie, tam, gdzie trafić mają – pod skórę. Czy duch Princa unosi się w powietrzu? Niezmiennie tak, tym razem gdzieś we frazie i charakterystycznej manierze. Spirit in My Heart ma w sobie pewną letnią nutę, najprawdopodobniej dzięki gitarom. Najnowszy album w dorobku Lennego zamyka tytułowy Blue Electric Light i rzeczywiście poraża na wejściu. Chociaż jest zdecydowanie bardziej spokojny i wyważony niż myślałam. Chociaż mamy w nim sekwencje nadające surowości to mimo wszystko nadal miło się przelewa.

Długo zastanawiałam się, czy Blue Electric Light to Lenny z domieszką Prince’a, czy raczej Prince z domieszką Lenn’ego.
Na szczęście Kravitz potrafi doskonale wykorzystać wpływy i inspiracje, a przy tym zostać sobą, szala przechyla się więc na jego korzyść i pozwala zaliczyć ten album do tych, zdecydowanie dobrej jakości.

-
  • Data premiery:
  • Single:
Najlepsze utwory:
Najsłabsze utwory:


Recenzja wyraża poglądy autora i nie jest tożsama ze stanowiskiem i opinią całej redakcji.

Czytaj również

It's Just Another Fine Day (In This Universe) śpiewa Lenny Kravitz, tym samym otwierając album Blue Electric Light. Mięsisty bas uderza po uszach, jest smooth i groove, który mimowolnie kieruje moje myśli w kierunku innego legendarnego muzyka z gitarą. Blue zdecydowanie wpada w odcienie...Niebieska błyskawica i purpurowy deszcz? Lenny Kravitz - Blue Electric Light, 2024 (recenzja)