It’s Just Another Fine Day (In This Universe) śpiewa Lenny Kravitz, tym samym otwierając album Blue Electric Light. Mięsisty bas uderza po uszach, jest smooth i groove, który mimowolnie kieruje moje myśli w kierunku innego legendarnego muzyka z gitarą. Blue zdecydowanie wpada w odcienie fioletowego. Powiem to już na początku, na tym albumie bardzo wyraźnie słychać inspiracje tym, co robił Prince.
W TK 421 moje przypuszczenia się potwierdzają, Lenny zdecydowanie sięgnął po stylistykę Prince’a. Przyznacie, że tło brzmi jakoś znajomo. Nawiązanie do Star Wars i brzmienie prosto z lat 80? Wszytko gra idealnie.
Honey rozluźnia i elektryzuje jednocześnie. Następne w kolejce, dużo bardziej ostre i agresywne Paralized, pokazuje, że gość, który przed chwilą formował dźwięki miękkie jak plastelina, potrafi je też mocno osadzić w miejscu. Ta konkretna mieszanka ma w sobie coś psychodelicznego, ale jest to idealnie wyważona dawka dźwiękowa.
Teraz rozumiem, dlaczego jednym z singli promujących album został właśnie Human. Najzwyczajniej w świecie jest gdzieś po środku tego, co znajdziemy na tym krążku. Wpada w ucho, a jednocześnie ciekawi na tyle, by chcieć sprawdzić, co jeszcze przygotował Kravitz. Melorecytacja w wykonaniu Lennego okraszona elektronicznymi wstawkami? I to znajdziecie na tym albumie, miało być elektryzująco i wygoda na to, że obietnica została spełniona. Wiele dźwięków składa się na ten album, ale jak na moje ucho, rządzi bas. Posłuchajcie Let it Ride, a zrozumiecie o co mi chodzi. Stuck In The Middle jest tym, do czego Lenny nas przyzwyczaił, ciekawie zaczyna robić się pod koniec. Tym razem nie za sprawą instrumentów, a głosów.
Bundle of Joy niemal zmusza do tańca, a jak już się zacznie, to nie ma odwrotu, a tańczymy oczywiście w stylu retro. Dobrze, że szafy są dziś wypełnione spodniami rodem z późnych lat 70.
Być może Love Is My Religion zapadł wam w pamięć dzięki teledyskowi. O to rzeczywiście nie było trudno, warto jednak dodać, że sam utwór też się broni, fajnie czasami wykrzyczeć coś, z czym się zgadzamy. Ten refren dobrze się w tym celu sprawdza, przynajmniej u mnie.
Od Religii do nieba i to jakiego! Heaven to rytmiczny plac zabaw, chociaż na początku dźwięki są trzymane na krótkiej smyczy, trafiają idealnie, tam, gdzie trafić mają – pod skórę. Czy duch Princa unosi się w powietrzu? Niezmiennie tak, tym razem gdzieś we frazie i charakterystycznej manierze. Spirit in My Heart ma w sobie pewną letnią nutę, najprawdopodobniej dzięki gitarom. Najnowszy album w dorobku Lennego zamyka tytułowy Blue Electric Light i rzeczywiście poraża na wejściu. Chociaż jest zdecydowanie bardziej spokojny i wyważony niż myślałam. Chociaż mamy w nim sekwencje nadające surowości to mimo wszystko nadal miło się przelewa.
Długo zastanawiałam się, czy Blue Electric Light to Lenny z domieszką Prince’a, czy raczej Prince z domieszką Lenn’ego.
Na szczęście Kravitz potrafi doskonale wykorzystać wpływy i inspiracje, a przy tym zostać sobą, szala przechyla się więc na jego korzyść i pozwala zaliczyć ten album do tych, zdecydowanie dobrej jakości.
