Kylie Minogue – DISCO (2020), recenzja Kamila Mielczarka

Inne recenzje

Kylie Minogue nie trzeba nikomu przedstawiać, to ikona australijskiej oraz międzynarodowej sceny muzycznej. Od ponad 30 lat Minogue rozgrzewa serca i dusze milionów ludzi na świecie. Ci, którzy z muzyką Kylie zetknęli się niedawno mają co nadrabiać i w czym wybierać, artystka na swoim koncie ma już 15 studyjnych albumów. Ostatni, wydany w czwartym kwartale zeszłego roku został zatytułowany DISCO. Debiutując na skraju barwnych lat 80. Kylie Minogue obdarowała muzykę dawką młodzieńczego i nieskazitelnego oblicza jej wokalu i dźwięków, które wyznaczały standardy muzyki pop w kolejnych latach. Ikona szalonych lat ubiegłego wieku skończyła eksperymenty związane z poszukiwaniem nowego stylu muzycznego i tym razem postawiła na dobrze znany jej klimat rodem z dyskotekowych parkietów.

DISCO ukazało się 6 listopada 2020 roku nakładem wytwórni BMG. Większość utworów na płycie stylistycznie nawiązuje do muzyki disco lat 70. i 80. z licznymi elementami współczesnej muzyki klubowej. Podczas pierwszej fali zachorowań, wokalistka tworzyła muzykę, w swoim domowym studio, dzięki czemu odpowiada za większość materiału, który pojawił się na ostatnim krążku. Wśród producentów nie mogło zabraknąć takich nazwisk jak Sky Adams, Teem Brunil czy Biff Stannard. Dzięki łącznej sprzedaży ponad 54 tysięcy egzemplarzy album zadebiutował na pierwszym miejscu notowania UK Albums Chart, stając się najlepszym debiutem ubiegłego roku. Ponadto, DISCO jest ósmym albumem numer jeden Minogue w Wielkiej Brytanii, dzięki czemu piosenkarka jest pierwszą, której albumy były numerem jeden w ciągu pięciu kolejnych dekad. Krążek DISCO niejednokrotnie pojawiał się w końcoworocznych zestawieniach różnych portali muzycznych, zajmując przyzwoite miejsca. W naszym podsumowaniu, DISCO uplasowało się na ósmym miejscu.

Album składa się z 12 piosenek w wersji standardowej i został wzbogacony o cztery dodatkowe utwory na rozszerzonej wersji płyty. Nawiązując do nazwy, DISCO to płyta przepełniona melodyjnymi tekstami i rytmiczną muzyką. Kylie dopięła zadania ładując w nowy materiał setki tanecznych i chwytliwych melodii, które skutecznie przenoszą nas na dyskotekowe parkiety lat 70. Wraz z biegiem albumu, słuchając każdej kolejnej piosenki, muzyka w pewnym momencie zaczyna poniekąd zwalniać, przygotowując nas do mentalnego starcia z brutalną rzeczywistością.

W pierwszej części albumu Minogue nieprzypadkowo uplasowała wydane w celach promocyjnych krążka, najbardziej żwawe piosenki. Płytę otwiera piosenka Magic, która została ogłoszona drugim singlem z albumu i została wydana 24 września. Magic to radosna piosenka disco, która zwiastuje nam nową, lepszą przyszłość i pozwala na samym początku drogi z DISCO odciąć się od rzeczywistości. Do piosenki ukazał się również teledysk, nakręcony w jednym z londyńskich klubów, w którym Kylie uroczo śpiewa wśród tancerzy i zaznacza swoją pozycję, siedząc na dyskotekowym tronie ubrana cała na złoto.

Kolejnym, wyskokowym kawałkiem z płyty jest Miss A Thing, drugi utwór na płycie. Kylie piosenkę zwiastowała już podczas kręcenia materiałów zza kulis teledysku do Magic. To kolejna piosenka, w której możemy usłyszeć gamę instrumentów, takich jak perkusje, trąby, gitary basowe czy też uwielbiany w tamtych czasach syntezator.

Bez komentarza nie może także pozostać piosenka Real Groove, która bezkonkurencyjne jest najlepszą kompozycją znajdującą się na płycie. Real Groove zostało ogłoszone trzecim singlem promującym album i doczekało się nawet remixu, w którym możemy usłyszeć inną królową tanecznych rytmów- Due Lipę. Piosenka klimatem i energią przypomina mi Kylie sprzed lat jak choćby w  Can’t Get You Out of My Head. Uwielbiam ją w takim wydaniu, nie zawsze artystą udaje się tak idealnie dopasować tekst i przekazywane nim emocje do klimatu piosenki. Real Groove pierwszy raz w wersji live usłyszeliśmy podczas INFINITE DISCO, koncertu online zorganizowanego w celu promocji albumu, który przeniósł wszystkich widzów do równoległego wszechświata, pozwalając zapomnieć o samotności i izolacji. Sama Kylie prezentowała się zjawiskowo nosząc złoty, jednoczęściowy strój z szerokimi nogawkami, idealnie wpasowała się w klimat płyty.

Na dwa tygodnie przed premierą wyczekiwanego albumu, Kylie postanowiła podzielić się z nami kolejną zapowiedzią tego co nas czeka. 23 października do sieci trafiła piosenka I Love It, która została jedynie singlem promocyjnym najnowszego wydawnictwa i znalazła się na EPce wydanej pod koniec października razem z poprzednimi singlami. Minogue współtworzyła piosenki wraz z Richardem Stannardem i Duckiem Blackwellem, brytyjskimi producentami muzycznymi. I Love It to genialna piosenka, idealnie pasująca do czasów świetności Studio 54. Melodie przyciągają od pierwszych ruchów strunami, przez pulsujące basy i delikatne elektryczne klawisze, które słychać w ciągu całej piosenki.

Say Something to pierwsza oficjalna zapowiedź albumu DISCO. Utwór przez fanów artystki był długo wyczekiwanym początkiem nowej, tanecznej ery. Zadebiutował 23 lipca i został bardzo dobrze przyjęty przez świat. Ekipa Kylie na pewno nie żałowała wyboru tej piosenki na pierwszy, oficjalny singiel. Say Something to piosenka z mądrym tekstem, który niesie za sobą przesłanie, opowiada o poszukiwaniu miłości i dążenia do jedności. Główny singiel z płyty to niewątpliwy hymn dyskotek. Nuta, która w momencie otworzenia ponownie klubów będzie niejednokrotnie grana ze względu na gitarowe zagrywki czy też funkowe bity, które nadają jej wyjątkowego charakteru. To więcej niż hymn do żądzy ludzkich więzi w mrocznych czasach, to poetycki, głęboki skok na przód dla Minogue.

Dwie ostatnie piosenki z pierwszej części albumu, reprezentującego wysoki poziom to w moim odczuciu Last Chance i Supernova. Supernova to kolejny dyskotekowy numer, ją od pozostałych wyróżnia szybki rytm, który poczuć możemy w piosence Dance Floor Darling, która mogłaby cała być utrzymana w tym tempie. Klimat samego krążka pobudza i skłania do tańca, chociażby do rytmicznych ruchów nogą. Supernova, umiejscowiona pod koniec płyty, daje nam jeszcze większego powera i pobudza nas jeszcze bardziej. W utworze często słyszymy syntezator, który dla Kylie kojarzy się z głosem małego kosmicznego stworzenia, które jest jej przyjacielem.

Last Chance zostało zainspirowane ABBĄ i Bee Gees, na których punkcie w dzieciństwie miałem obsesję. Last Chance nie może się równać z tymi epickimi, niesamowitymi piosenkami wszech czasów. Kylie natomiast udało się wchłonąć i zrozumieć całą esencję pozostając na ścieżce, którą sobie określiła. To jedna z ostatnich piosenek, które zostały uwzględnione na trackliście płyty. Nawiązując do tytułu piosenki, nie można odpuszczać i trzeba wszystkiego próbować do ostatnich sił.

Zbliżamy się ku końcowi standardowej wersji płyty, do utworu Where Does the DJ Go? Myśle, że Kylie nie bez powodu umieściła tę piosenkę dokładnie w tym miejscu. Słuchając tego kawałka czuję inne emocje, niż dotychczas. Czyżby Minogue celowo zasygnalizowała lekką zmianę klimatu? Piosenki znajdujące się na drugiej części albumu nadal są dobrymi, dyskotekowymi klasykami, natomiast porównując je do wcześniej odsłuchanych numerów z płyty dochodzę do wniosku, że brakuje im tej samej energii, zabawa z tworzenia kolejnych piosenek niesie za sobą inne emocje. Emocje, których wcześniej nie słyszeliśmy na DISCO. Piosenki sygnalizujące nam, że impreza dobiega końca, ale my nadal chcemy się bawić, dla mnie rozkręcają się za późno. Na chwilę wracamy jeszcze na znany nam taneczny parkiet, do piosenki Unstoppable. Utwór przywołuje nam energię, którą nabyliśmy słuchając pierwszej piosenki z płyty, singla Magic. Zmiana DJa, zwolnienie tempa i świadomość, że album, jak i nasza muzyczna impreza dobiegają końca, sprawiają, że nie jestem już w stanie zaangażować się tak samo jak na początku.

Oprócz wersji standardowej została również wydana rozszerzona wersja albumu, na której znalazły się cztery dodatkowe kompozycje, z których zdecydowanie Fine Wine zasługują na więcej uwagi i mógłby znaleźć się na podstawowej wersji krążka, a Spotlight pominąłbym w selekcji piosenek na płytę. Ostatnich utworów na płycie słucha się przyjemniem, natomiast nie zapadają one w moją pamięć. Po znakomitym początku, Kylie sama postawiła sobie wysoko poprzeczkę.

DISCO to doskonały przykład tego, że prostota jest niekiedy najlepszym rozwiązaniem. Proste teksty oraz muzyka w łatwy sposób nawiązująca klimatem do założonej z góry ery dobrze się sprawdziły. Minogue nie musi nic nikomu udowadniać i zdecydowanie słychać to w jej wokalu. Piosenki są lekkie i przyjemne dla ucha, przez co podróż przez album to sama przyjemność. Kylie osiągnęła zamierzony efekt i w czasach, kiedy wszystkim brakuje rozrywki i wielu z nas czeka, by bezpiecznie i legalnie poszaleć wśród ludzi, wydała dyskotekowy album, który chociaż psychicznie pozwala złagodzić nasz ból. Zyskaliśmy kolejną płytę, która godnie może brzmieć na naszych przyszłych posiadówkach. Kylie Minogue ponownie pokazała, że nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa i świat o niej jeszcze usłyszy. Miejmy tylko nadzieje, że szesnasty album wokalistki będzie tak samo dobry, albo i lepszy, niż zamykający jej obecny dorobek, omówiony DISCO.

Kylie Minogue - Disco
  • Data premiery: 06 11 2020
  • Single: Say Something, Magic, Real Groove
Najlepsze utwory: Miss a Thing, Real Groove, Supernova, Say Something, Last Chance, I Love It
Najsłabsze utwory: Celebrate You, Spotlight


Recenzja wyraża poglądy autora i nie jest tożsama ze stanowiskiem i opinią całej redakcji.

Kamil Mielczarek
Kamil Mielczarek
Na codzień Księgowy Funduszy Inwestycyjnych, od czasu do czasu student Finansów i Rachunkowości. Mieszkający w Warszawie, miłośnik natury i podróży, zatracający się w mainstreamowej muzyce zza oceanu. Słucha w większości kobiet, lubi soczysty bas i preferuje żwawsze piosenki.

Czytaj również

Kylie Minogue nie trzeba nikomu przedstawiać, to ikona australijskiej oraz międzynarodowej sceny muzycznej. Od ponad 30 lat Minogue rozgrzewa serca i dusze milionów ludzi na świecie. Ci, którzy z muzyką Kylie zetknęli się niedawno mają co nadrabiać i w czym wybierać, artystka na swoim...Kylie Minogue - DISCO (2020), recenzja Kamila Mielczarka