Mike Shinoda – Dropped Frames, Vol. 1 (2020), recenzja Wojtka Chabera

Frontman Linkin Park postanowił nagrać płytę wspólnie z fanami, korzystając z ich podpowiedzi i pomysłów podczas sesji live organizowanych w trakcie lockdownu. Muzycznie wyszło lepiej niż można byłoby się spodziewać i inspirująco pod względem budowania relacji fan-artysta.

Linkin Park's Mike Shinoda Releasing Album of Instrumentals ...

Pandemia koronawirusa zatrzęsła światową gospodarką a branża muzyczna jest jedną z tych, które szczególnie mocno odczuły jej skutki. Odwoływane koncerty, przekładane premiery, utrudnienia w tworzeniu nowego materiału – artyści od początku mieli pod górkę i jak to zwykle bywa w kryzysowych sytuacjach, przetrwają ci, którzy wpadną na nowe, innowacyjne pomysły, o których wcześniej nikt nie pomyślał.

I właśnie w kontekście nieszablonowych działań można mówić o pomyśle Mike’a Shinody, by wydać Dropped Frames. Linkin Park zawsze było znane z umiejętności budowania i utrzymywania dobrych relacji z fanami. Członkostwo w Linkin Park Underground – oficjalnym fanklubie było premiowane nie tylko gadżetami (to akurat dość typowe), ale też niewydanymi wcześniej piosenkami, wersjami demo, instrumentalami i remixami, które były gratką dla każdego fana. Rok w rok zarejestrowani fanklubowicze dostawali extra-album, którego próżno było szukać w sklepach czy w Internecie (w późniejszym czasie materiały wyciekały z pewnym opóźnieniem, głównie na YouTubie).

Dropped Frames, Vol.1 to album złożony z jedenastu utworów instrumentalnych i jednego (singlowego) zaśpiewanego przez Shinodę i siódemkę fanów. Wyboru siedmiu głosów, które towarzyszyły mu w utworze otwierającym płytę dokonał poprzez challenge #SingOpenDoor, który promował w mediach społecznościowych, głównie na Twitterze i Instagramie. Z czasem głównym kanałem komunikacji Shinody z fanami stał się Twitch, a sesje nagraniowe live odbywały się pięć dni w tygodniu. Tak też powstał cały album, a najbardziej zaangażowani podczas transmisji fani, zbierając punkty mogli komentować, sugerować tematy przewodnie sesji nagraniowych czy wpływać na sposób miksowania utworów.

W czasach, w których już takie wiele zostało powiedziane, pomyślałem, że instrumentalne utwory mogą dać ludziom przestrzeń do wytchnienia ulgi od tego gwaru mówi Mike Shinoda

I rzeczywiście, brzmienie utworów z Dropped Frames nie drażni, niezależnie od tego, czy ktoś gustuje w tym gatunku, czy nie. Muzyka została zmiksowana w ten sposób, by mogła towarzyszyć każdemu w jego typowych codziennych czynnościach, nieabsorbująca na tyle, by odrywać od innych zajęć. W tym sensie, Shinoda zbliżył się do założeń Erika Satie, francuskiego kompozytora muzyki poważnej z przełomu XIX i XX w., który tworzył w duchu musique d’ameublement, choć zrobił w zupełnie innym stylu i kontekście.

Mike Shinoda announces new album 'Dropped Frames, Vol. 1' curated ...

Gatunkowo poruszamy się w obszarach elektroniki, z którą zmiksowano i zapętlono elementy hip hopu czy drum’n’bass. Warto zwrócić uwagę na kawałek El Rey Demonio, inspirowany muzyką latynoską ze świetnym wykorzystaniem trąbek czy Osiris, zawierający ścieżkę z dźwiękami tambinu, określanego też mianem fletu Fula (od nazwy ludu Fula lub Fulbe) z Afryki Zachodniej. Ciekawy jest też Super Galaxtica, który brzmi jak soundtrack gry komputerowej z połowy lat 90. w mocno odświeżonej wersji. Im minus można ocenić tylko obecność utworu Booty Down, który jest raczej żartem i według samego Shinody, to „najgłupsza piosenka, jaką kiedykolwiek stworzył”.

Poszczególne utwory na płycie mocno różnią się od siebie i słychać, że są efektem sesji nagraniowych, których celem było stworzenie różnorodnego materiału. Każdego dnia Shinoda wraz ze śledzącymi go na Twitchu fanami szedł w zupełnie innym kierunku i szukał nowych inspiracji. Na Dropped Frames trafiło kilkanaście kawałków, ale wedle zapowiedzi samego artysty, na sierpień planowana jest kolejna dawka, a we wrześniu zostanie wydana trzecia część, dopełniająca ten specyficzny korona-tryptyk.

Shinoda poszedł o krok dalej niż niektórzy artyści, decydujący się na transmisje live z sesji nagraniowych podczas lockdownu. Zaprosił swoich fanów do współpracy nad tworzeniem muzyki i nagrodził ich zaangażowanie wydaniem płyty. To jednak nie koniec, bo według zapowiedzi muzyka, sesje live mają być organizowane także po wygaśnięciu pandemii i powrocie branży muzycznej do normalności. Może się to okazać nowym trendem i w przyszłości regułą, że artyści będą dosłownie korzystać z rad swoich fanów przy tworzeniu nowego materiału. Dzięki mediom społecznościowym i platformom streamingowym, klienci staną się de facto współproducentami. To rewolucja na rynku muzycznym, której potencjalne skutki trudno w tej chwili przewidzieć. „Obyś żył w ciekawych czasach” – stare chińskie przysłowie, a raczej forma przekleństwa i czarnowidztwa, może w tym przypadku odwrócić swój wydźwięk i być zapowiedzią lepszych czasów.

Czytaj również