MaRina – On My Way (2017), recenzja Pawła Markiewicza

3
839

Ostatnie lata niezbyt sprzyjały MaRinie. Problemy ze zdrowiem, operacja, a później walki z portalami plotkarskimi, które odciągnęły potencjalnych odbiorców od premiery długo wyczekiwanej płyty. Do tego wiele osób, właśnie przez tę wszechobecną dramę – wywołaną przez strony pośrednie, jest uprzedzona do artystki i bez nawet jednego odsłuchania albumu w całości, skreśla go na starcie. A szkoda. Tacy ludzie tracą naprawdę wiele, bo zebrany przez Łuczenko materiał prezentuje światowy poziom.

I ciśnie mi się na usta, żeby napisać, że MaRina to trochę taka nasza polska Swift – z tą różnicą, że Tay w mniejszym lub większym stopniu zgotowałą sobie taką opinię sama, a nasza rodzima wokalistka była tylko (albo i aż) szczęśliwa i kolejno spełniała swoje marzenia. Skąd tyle uprzedzeń, zawistności i krytyki w kierunku tej osoby? Trudno stwierdzić. Jednak tutaj, w recenzji, skupiam się na ocenie matariału zawartego na wydawnictwie. A to kawał solidnej muzyki. Kto nie chce się przekonać ten gapa!

Pewnie się zaśmialiście z ostatniego zdania lead’u. Jak to? MaRina i światowy poziom muzyczny? Poważnie. I broń Boże nie mam na myśli tutaj języka angielskiego – do którego miałem lekkie obawy. Na szczęście wymowa Łuczenko jest bardzo dobra. Taka niewymuszona, lekka. Przyjemnie się tego słucha. Puścicie te kompozycje obcej osobie i w życiu nie pomyśli, że śpiewa to Polka, a tym bardziej TA MARINA.

Generalnie całe wydawnictwo oscyluje w klubowych, głębokich brzmieniach house i lekko EDM. Ale nie tylko. Są tutaj też piosenki utrzymane w klimatach alternatywnego r&b. Wszystkie trzy promujące utwory świetnie zobrazowały to, co znajdziemy na płycie. Pierwsze – On My Way (chyba jedyny kawałek, który mógłby przypasować rozgłośniom radiowym) jest takie lotne i przyjemne. Drugie – Hiding In The Water to coś w stylu alternatywnego r&b, z dopicowaną produkcją i ładnym miksem. Trzecia i ostatnia zapowiedź to Takin’ Ya Rock , która prezentuje taneczną odsłonę OMW – wraz z Lay My Body Down to najdynamiczniejsze akcenty wydawnictwa. LMBD ma też cudną zmianę tempa. Lekko zaskakujące, ale bardzo intrygujące.

Proszę wskażcie mi naszych polskich artystów, którzy stworzyliby tak solidną płytę bez wytwórni, bez sztabu producentów za plecami. Będzie Wam naprawdę trudno wymienić choć jedną osobę. A MaRina wraz z kilkoma osobami (m.in. Panem od „Runnin” Naughty Boy’a i Beyonce) stworzyła materiał współczesny, aktualny, niezbyt sprzyjający do tego, żeby podbijał listy przebojów. Czuć tutaj też właśnie tę wolność. Łuczenko mogła wyrazić siebie, bez żadnych odgórnych ograniczeń. Po prostu. I co najważniejsze. To już nie jest ta sama wokalistka z czasów Peper Mint, GlamPop czy Saturday Night (chociaż ta elektronika, ahh). Teraz widzimy dojrzałą, cholernie świadomą muzycznie artystką, która wie czego chce i wie po co to robi.

Choć nie zawsze robi to idealnie. Już wyjaśniam. Po jednej stronie mamy charakterne, pikantne i zadziorne Sin oraz fenomenalnie Complete, które jest wyjściowym akcentem z albumu. I właśnie przez tak dobre kompozycje, chwile wcześniej zawarte I Do i Flesh And Bone wypada dość bezpłciowo. To nie ten sam kaliber, który otwierał płytę i wiódł nas przez połowę płyty. Schowałbym te dwie piosenki na sam spód szuflady i poczekał kilka lat aż dojrzeją.

Odstawmy wszystkie zgryźliwości i plotki na bok. Skupmy się na tym, co prezentuje ta dziewczyna za pośrednictwem muzyki. W końcu jest to artystka i wokalistka – nie zapominajmy o tym. On My Way to obok Discordii obowiązkowa pozycja z gatunku polskiego popu, którą powinna usłyszeć każda osoba szukająca czegoś innego od tego, co dostarcza nam radio. Zaufajcie mi. Posłuchajcie materiału zebranego przez Marinę. Nie pożałujecie.

3 KOMENTARZE

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.