Loney Dear – Loney Dear (2017), recenzja Karoliny Babik

0
173

Znalezione obrazy dla zapytania Loney Dear - Loney DearCzy po wydaniu sześciu albumów można jeszcze czymś zaskoczyć słuchaczy? Z pewnością tak, choć jest to nie lada wyzwanie. Czy poradził sobie z nim Loney Dear, szwedzki artysta, który pierwszy album nagrał w 2003 roku w piwnicy swojego rodzinnego domu? Od tamtego czasu jego płyty ukazywały się dość regularnie (co rok, co dwa lata), jednak na najnowsze wydawnictwo kazał nam czekać aż 5 lat. Czy było warto? Sprawdźmy to!

Loney Dear na swoim nowym albumie zdaje się brzmieć jak nowo narodzony artysta. Już za sprawą starszych utworów dał się poznać jako muzyk, którego dokonań warto śledzić, jednak najnowsza płyta to zdecydowania jedno z najlepszych pośród jego wydawnictw.

Album Loney Dear zaczyna się spokojnym utworem o tytule Pun. Od pierwszych dźwięków odczuwamy specyficzny, intrygujący klimat, który będzie nam towarzyszył już do końca albumu. Dużą rolę w utworze odgrywa wybijany rytm, bardzo charakterystyczny, który wyprowadzony zostaje na pierwszy plan i znacznie ułatwia słuchaczowi wczucie się w ten nieco zagmatwany numer. Humbug daje pole do popisu klawiszom. Dostajemy tu dźwięki rodem z lat 80., w których to królowały syntezatory. Wszystko to połączone zostaje z wysokim wokalem artysty, co daje nam dość ciekawy duet. Utwór Hulls był jednym z singli zapowiadających najnowszy album Szweda. W utworze na początku dominuje zdecydowanie wokal artysty, do którego dołączają potem dość wyraźne efekty elektroniczne, po pewnym czasie znowu wyciszane. Ta „zabawa” dźwiękami, ich mocą, sprawia, że utwór nie jest jednostajny, monotonny. Zdecydowanie może zapaść w pamięci słuchacza.

Choć kolejny kawałek, Sum, jest nieco jednolity, to dość szybko można się w niego wczuć, zacząć nucić go wraz z wokalistą i przede wszystkim wprowadzić się w pozytywny nastrój.
Lilies to utwór w którym usłyszymy duet z Jay-Jay Johansonem- piosenkarzem, który także pochodzi ze Szwecji. Nie da się zaprzeczyć temu, że pomimo tego, iż obaj mają delikatne głosy, ich połączenie brzmi rewelacyjnie.

Little Jacket to utwór utrzymany w nieco szybszym tempie niż pozostałe. Nie zaburza to jednak ogólnej kompozycji albumu, wręcz przeciwnie. Uważam, że tego typu kawałek wpływa korzystnie na całość płyty i nieco ją ożywia. Nie dzieje się tu jednak za dużo. Od drugiej minuty do końca utworu towarzyszy nam już tylko melodia, co z pewnością wielu słuchaczom może wydać się zbyt minimalistyczne, a mówiąc prościej, po prostu nudne. Isn’t It You „otula” nas tenorem wokalisty. Ponadto, jeśli dobrze wytężymy słuch, pośród charakterystycznych dla albumu elektronicznych dźwięków, w tym utworze będziemy mogli wychwycić także idealnie w niego wkomponowane dźwięki gitary akustycznej. Kolejna piosenka- Dark Light przez znaczną część jest spokojna, delikatna. Potem jednak artysta wprowadził po raz kolejny zabieg wzmacniania melodii. Stopniowo pojawia się więcej elementów, całość brzmi coraz głośniej, wokal z kolei jest delikatniejszy i nie wysuwa się już tak bardzo na pierwszy plan jak na początku utworu. Potem ponownie melodia ustępuje nieco, tym razem, na rzecz wstawki brzmiącej jak monolog wykonywany przez telefon komórkowy. Harbours / Harbors to cudowna dla ucha gra wyższych i niższych dźwięków wokalu artysty. Wybrzmiewają one w idealnej harmonii. Bardzo dobrze brzmi też zagrany na pianinie główny motyw utworu. Brak tu zbędnej improwizacji. Zbędnej, ponieważ powtórzenie wcześniej słyszanej melodii, w nieco innym wydaniu, brzmi naprawdę świetnie. Tak oto przechodzimy do ostatniego numeru jakim jest There Are Several Alberts Here. Nie jest to może piosenka, po której przesłuchaniu przez kolejny tydzień będziemy ją nucić pod nosem (choć szczerze mówiąc nie byłoby to łatwe z większością piosenek na tym albumie), jednak ma w sobie „to coś”. Ten specyficzny klimat, charakterystyczne dla albumu przerwy w trakcie utworu, kiedy pozostajemy tylko my i elektronika. „To coś”, co sprawia, że pomimo swej prostoty, jest niezwykle intrygująca.

Loney Dear zdecydowanie nie jest albumem dla każdego. Da się tu wyczuć skandynawski klimat, który zarówno w kategorii muzyki, jak i chociażby filmu, nie zawsze jest zrozumiały dla każdego. Dla tych jednak, którzy go cenią, album ten zdecydowanie jest warty przesłuchania. Artysta zadbał o wiele szczegółów, co słyszymy zarówno w warstwie melodycznej, jak i wokalnej. Dużo elektroniki, dużo dobrego, kojącego wokalu, a wszystko to utrzymane w dość spokojnym tempie. Ta płyta zdecydowanie przypadnie do gustu fanom kompozycji, w których może nie dzieje się zbyt wiele, ale mimo wszystko potrafią zaczarować słuchacza. Nie jest to zdecydowanie muzyczne objawienie tego roku, warto jednak zapoznać się z najnowszym dokonaniem szwedzkiego artysty.