Carly Rae Jepsen – artystka jednej piosenki? Niekoniecznie. 26–letnia wokalistka udowodniła, że nie skończy się na Call Me Maybe. Najnowszy krążek – Kiss brzmi świeżo i bardzo popowo, ale i.. strasznie banalnie w paru fragmentach. Przed odsłuchaniem albumu myślałem, że piosenkarka na tyle zainspirowała się sukcesem pierwszego singla, aby powielać jego różne części np.: pochód akordów i część instrumentalu w innych utworach. Nie… Piosenkarka poszła o krok dalej: użyła smerfnego podkładu.
Album jest zbyt dziecinny jak na artystkę, która ma już prawie trzydziestkę na karku. W szczególności mam tu ma myśli piosenkę Tiny Little Bows, która przypomina mi w refrenie twórczość Fasolek. Mimo wszystko utwór wpada w ucho głównie dzięki fantazyjnemu podkładowi. Wyobrażam sobie, że gram w Mario i czuję się świetnie.
Pozytywnymi aspektami tego albumu są utwory Tonight I’m Getting Over You, hitowy singiel – Call Me Maybe oraz Good Time. Pierwszy z wymienionych ma ciekawy aranż. Jak dla mnie kandydat na singiel; w radiu przyjąłby się świetnie. Call Me Maybe, to oczywiście przetrawiona przez wszystkich piosenka, ale jest na tyle stworzona pod popowe gusta, że nawet nie słysząc jej stwierdziłbym, że będzie hitem. Good Time jest przyjemną pozytywną nutą, ale dość szybko się nudzi więc wkrótce najpewniej o niej zapomnę.
Na trackliście oczywiście uwagę przykuwa duet Jepsen z Justinem Bieberem. Wniosek współpracy? Nie ważne jest to o czym śpiewaliby – sama ich kolaboracja okaże się sukcesem wśród piszczących Bieberofanów i zwolenników Carly. Mnie ten utwór nie zaskoczył – zwykła pospolita popowa piosenka. Gdyby śpiewał ją Bieber jeszcze za czasów gitarowego grania na ulicy i Jepsen aspirująca do stania się gwiazdą pop, tak jak każda nastolatka śpiewająca do szczotki od włosów, piosenka przeszłaby zupełnie bez echa. To oczywista oczywistość, ale ma to podkreślić straszliwą banalność tegoż utworu.
Przyszła pora na najnowszy singiel Carly – This Kiss… Co to ma być?! Moje uszy krwawią, a, gdy przeczytałem, że przy takiej słabej produkcji współpracował Redfoo (jeden z członków, świetnego z resztą LMFAO), to całkiem się załamałem.
Proponuje, aby użyć kilku piosenek z tego krążka do puszczenia dzieciom w przedszkolnej bawialni: zbiorą się w kółeczku i zaczną tańczyć i śpiewać. Gwarantuję świetną zabawę. Żenada. Płyta nie jest tak męcząca jak np. ostatnie wydawnictwo Rity Ory, ale swoją banalnością i infantylizmem przebiła wszystko. Nawet Pink Friday : Roman Reloaded Nicki Minaj jest w zestawieniu z tym dojrzałą płytą. Wokal Jepsen jest przeciętny, więc ratunku w nim nie ma co szukać. Przykre…- Call Me Maybe? – No raczej nie…

