Coma – 2005 YU55 (2016), recenzja Karoliny Kozłowskiej

0
377

Na tę chwilę wszyscy fani zespołu Coma czekali z wypiekami na twarzy. Łódzka formacja przerwała pięcioletnią ciszę i zaserwowała swoim fanom koncept album 2005 YU55, będący, jak sami twierdzą, najbardziej eksperymentalnym krążkiem w całej ich karierze. Chociaż faktycznie współcześnie nikt w obrębie rocka tak nie gra, to składowe elementy płyty stanowią dla nas dobrze już znane rozbudowane metafory Roguckiego i bogate aranżacje jego kolegów.

Dotychczasową dyskografię Comy zamykał Czerwony album, który podzielił sympatyków łódzkiej formacji. Panowie nie śpieszyli się z nowym wydawnictwem, od czasu do czasu jedynie podkręcając ciekawość ludzi informacjami, że może to być najważniejszy longplay w ich karierze – dzieło rozbudowane, nieoczywiste i bardzo różnorodne. I taka właśnie jest 2005 YU55. Jest to propozycja trudna – myślę, że trzeba przesłuchać ją kilka razy, aby w pełni uchwycić pewne niuanse i zaprzyjaźnić się z poszczególnymi piosenkami.

Dominantę stanowi tutaj warstwa tekstowa. Wiele osób zarzuca Roguckiemu grafomaństwo i przesadę. Cóż, łodzianin preferuje kwieciste wykorzystanie naszego pięknego, rodzimego języka i ma do tego absolutne prawo. Niektórzy określają to mianem przerostu formy nad treścią – dla mnie jest to wyraz ekspresji. W lirykach Piotr Rogucki porusza całe spektrum jakże odmiennych tematów. Od idylliczne dzieciństwa, przez internetowe romanse, po pewne powiązania z nauką zarówno Dalekiego Wschodu, twierdzącą, że stan duszy ma wpływ na zdrowie fizyczne; jak i starożytnej Grecji, dopatrując się w spożywaniu alkoholu pewnego mistycznego doświadczenia na wzór tamtejszych Dionizji. Styl pisania Roguca jest rwany, odrobinę chaotyczny, oparty na dość krótki frazach. Pojawiają się powtórzenia i błędy językowe – być może autor chciał nimi oddać chaos otaczającej nas rzeczywistości.

Album otwiera Taksówka, która ma niecodzienną rytmikę i doprawdy chwytliwy, przekorny refren, co rzadko zdarza się w takich utworach, nie będących piosenkami w stricte tego słowa znaczeniu. Do bardziej melodyjnych należą Turbacz, trochę więcej gitarowego hałasu dostarczają nam Zaduszki. Z kolei w Magdzie możemy posłuchać doprawdy soczystej linii basu. Jako bardzo interesujące kawałki na krążku jawią się te z miniserii „Łąka”. Łąka 1 jest intrygujący i utrzymuje napięcie przez całą swoją długość. Całkiem zabawny, napisany bez nadęcia tekst tworzy z muzyką spójną całość. Podobnie jest z Łąka 2, zróżnicowanym pod względem brzmieniowym. Punkt zwrotny całego albumu stanowi YU55, opisujący moment zderzenie się ziemi z asteroidą, czyli głównego motywu, wokół którego obraca się cała płyta. Jest to propozycja, w której monolog Roguckiego, pełen odniesień do chociażby filmu Melancholia Larsa von Triera czy dzieł Juliusza Słowackiego, wysuwa się na pierwszy plan, a delikatne dźwięki sączą się gdzieś w tle. Od tej chwili płyta wybucha wreszcie, wreszcie porządnym, gitarowym graniem! Wyróżnia się tutaj Jest to we mnie, jak dla mnie najlepsza pozycja na 2005 YU55 – intensywna z niezwykle obrazowo przedstawioną historią.

2005 YU55 ma swoje lepsze i gorsze aspekty. Niekiedy przykuwa uwagę muzycznymi pejzażami, (Witczak, Marszałkowski, Matuszak i Kobza są znakomitymi muzykami), innym razem są to trafne i zgrabne wersy Roguckiego. Faktem jest, że piątka panów z Łodzi debiutując rewelacyjnym Pierwszym wyjściem z mroku postawiła sobie wysoko poprzeczkę i przyzwyczaiła słuchaczy do określonego sposobu grania. Jednak od tamtego momentu minęło 12 lat. Do mnie również najbardziej trafiają numery, które Coma tworzyła, będąc 20-letnimi chłopakami. Jest to kwestia podobnego wieku i doświadczeń życiowych. Lecz chłopcy stali się mężczyznami – dojrzeli, z ich udziałem stały się zupełnie inne doznania zarówno prywatne, jak i artystyczne, nic więc dziwnego, że wciąż poszukują, są aktywni i próbują zgłębiać całkiem nowe obszary. Pozostaje nam tylko czekać, gdzie artyści zabiorą nas w następną muzyczną podróż.