Rihanna pokazała klasę w Warszawie, relacja Zuzanny Janickiej i Łukasza Mantiuka z koncertu w Warszawie

Minęły trzy dni odkąd na scenie Stadionu Narodowego w Warszawie pojawiła się Rihanna. Dzisiaj przeczytajcie naszą relację – wypowiedzą się Zuza i Łukasz.

Zuzanna Janicka

Kiedy planuję wybrać się na jakiś koncert, unikam wyszukiwania na YouTubie filmików z trasy. Chcę mieć niespodziankę, chcę czuć się zaskoczona. Okazało się to być dobrą strategią, bo gdybym wiedziała, co mnie czeka, nie podnosiłabym już na samym początku występu Rihanny szczęki z podłogi.  Zwykłe wejście na scenę nie jest dla niej. Barbadoska przy dźwiękach ballady Stay zaczęła przechadzać się między płytą a GC, wywołując głośne piski zgromadzonej obok publiczności. Pojawiła się niczym duch, a ten tajemniczy efekt tylko spotęgował jej strój – biała kurtka z kapturem, którym przez kilka minut „odgradzała” się od świata. Wybór kompozycji rozpoczynających Anti World Tour jest niespotykany. Artystka wprawiła nas bowiem w refleksyjny nastrój za sprawą smutnego, spokojnego Stay i nie mniej poruszającego Love the Way You Lie (Part II). Jednak już po chwili, z nadejściem Woo, atmosfera zmieniła o 180 stopni i mogliśmy bawić się m.in. do Birthday Cake, Pour It Up oraz mocniejszego, wzbogaconego gitarami Bitch Better Have My Money, po którym Rihanna na chwilę opuściła scenę, by zmienić kostium. My w tym czasie słuchaliśmy Goodnight Gotham oraz podziwialiśmy taneczne umiejętności jej tancerzy.

https://www.instagram.com/p/BIwtPDQhnqX/

W kolejnej części swojego show wokalistka przeniosła się w czasie o kilka lat i przypomniała fragmenty kolaboracji, w których się pojawiała – Live Your Life (T.I.), All of the Lights (Kanye West), Run This Town (Kanye West, Jay Z). Ku uciesze fanów wykonała także swój wielki hit „Umbrella” – jedyną piosenkę z początków kariery, po którą sięga dziś na koncertach. Ja jednak bardziej czekałam na Man Down, będące jednym z moich ulubionych utworów Barbadoski. Niestety, nieco się zawiodłam. Nie dość, że kawałek zremixowano odbierając mu te wspaniałe brzmienie reggae, to jeszcze wykonano go we fragmencie. Co zresztą nie było odosobnionym przypadkiem, bo Rihanna dość szybko nudziła się wieloma kompozycjami.

Cieplej Fenty traktowała piosenki ze swojej najnowszej płyty. Prócz wspomnianego już Woo pierwszy raz w Polsce zabrzmiały takie utwory jak Consideration, Desperado, rozpalone Work i Sex With Me. Chociaż rozstawiają po kontach starsze nagrania Rihanny, charakteryzują się mniejszą przebojowością i nie porwały mnie tak do tańca jak… znienawidzone przeze mnie EDM’owe We Found Love i Where Have You Been. Dobra zabawa dobrą zabawą, ale najlepiej wspominam ostatnią część koncertu, którą otworzyło Needed Me. Set złożony z takich kompozycji jak FourFiveSeconds, wyczekiwane Love on the Brain czy brzmiące lepiej niż w studyjnej wersji „Kiss It Better” wymagał skupienia. Zachwyciło mnie Diamonds, które przez Rihannę nigdy nie powinno być pominięte przy kompletowaniu listy utworów przyszłych tras. Ta piosenka budzi emocje, wzrusza i pozwala słuchaczom choć na chwilę być ważniejszą od samej wokalistki częścią koncertu. W górę poszły telefony rozświetlające stadion, a na telebimach pokazywano głównie publikę. Mam mieszane uczucia dotyczące wykonania Same Ol’ Mistakes. Odniosłam wrażenie, że wokal puszczony został z taśmy. To było aż za dobre.

No właśnie – wokal. Głos, o który ciągle kłóci się masa osób. Fani zawsze będą zachwyceni. Inni zawsze będą mówić, że Rihanna powinna zamilknąć. Między bajki trzeba jednak włożyć opowieści, zgodnie z którymi wokalistka przez cały koncert tylko porusza ustami. Setki występów sprawiły, że nabrała wprawy i poprawiła się w śpiewaniu. Dobrze słychać to przede wszystkim w piosenkach, w których Fenty stoi w miejscu. Bo kiedy nadchodzą szybsze numery, łączące ruch ze śpiewem, artystka nieco odpuszcza, omijając nieraz słowo, nieraz całe wersy, czasem korzystając z półplaybacku, czasem oddając głos publiczności lub swojemu chórkowi. I to, moim zdaniem, było największym minusem warszawskiego koncertu Rihanny.

Łukasz Mantiuk

Na koncert Rihanny wybrałem się już po raz drugi. Co prawda wiedziałem mniej więcej, czego oczekiwać, bo i płytę Anti znam doskonale, i pojedyncze filmy z trasy widziałem. Nadzieję miałem jedną – zatrzeć złe wrażanie po koncercie w Gdyni (godzinne spóźnienie, straszny wokal, laziness).

Wszystko, czego chciałem, Rihannie się udało. Zaśpiewała moje ulubione utwory z ANTi, powaliła mnie wokalem na Love on the Brain, rozbujała na medley tanecznych hitów (We Found Love + How Deep Is Your Love  / Where Have You Been), zachwyciła Diamonds.

View this post on Instagram

Diamonds ! # #antiworldtour #anti #rihanna

A post shared by All About Music (@allaboutmusicpl) on

Ta trasa jest dziwna. Z jednej strony mamy sekwencję utworów typu Work, gdzie Rihanna sobie trochę tańczy, bardzo dużo partii tekstów odpuszcza i dobrze się bawi. Po czym mamy genialną końcówkę z Diamonds, Needed Me czy wisienką na torcie, Love on the Brain. To chyba nie przypadek, że właśnie te utwory zostały wybrane na sam koniec. Dzięki temu ostateczne wrażenie po całym wydarzeniu jest pozytywne. Do tego dziwne wizualizacje, piana lecąca z góry… Wszystkie jest „jakieś„, a to w dzisiejszym świecie jest najważniejsze. Po koncercie wyszedłem z uśmiechem na twarzy i chęcią „jeszcze”.

Totalne przeciwieństwo tego, co spotkało mnie w Gdyni.

Ahh, i specjalnie nagrałem całe Love on the Brain – aby udowodnić wszystkim narzekaczom, że piękna Barbadoska potrafi śpiewać.

Czytaj również