Tegan and Sara – Love You To Death (2016), recenzja Michała Szuma

2
155

Kiedy trzy lata temu postanowiły zmienić swój styl, krytycy zgodnie stwierdzili: był to strzał w dziesiątkę. Teraz, w anno domino 2016, siostry Quin wróciły i ich brzmienie jest jeszcze bardziej odmienione, jeszcze więcej podkręcone i jeszcze mocniej synth popowe. Ale czy środowisko muzyczne nadal tak przychylnie odbiera tę nową konwencję na brzmienie duetu?

Wśród zdecydowanej większości mediów album Love You To Death został przyjęty bardzo przychylnie, a wśród niektórych nawet lepiej niż poprzednik. Pochwały spływają głównie za postanowienie kolejnego, jeszcze bardziej odważnego kroku w odmiennym kierunku, ale czynniki takie jak przebojowość czy melodyczność także pozostają nie bez znaczenia.

Poczynając od singla Boyfriend, najnowsze dzieło Tegan and Sara jest zgrabnie skomponowanym zbiorem dziesięciu energicznych piosenek, które są chwytliwe i dość szybko zapadają w pamięć. W tej kwestii niewątpliwie swoje trzy grosze wtrącił czołowy producent pop – Greg Kurstin – współodpowiedzialny w przeszłości za sukces m.in. Adele, Pink czy Kelly Clarkson. Zresztą, jest to już kolejny po Heartthrob (2013) gościnny występ producencki ów jegomości, lecz tym razem nie dopuścił do siebie innych współproducentów i postawił na samodzielną pracę. Być może dlatego brzmienie albumu jest właśnie takie.

Dużo elektroniki, dużo syntezatorów i jeszcze więcej rytmicznych padów – te trzy zsumowane czynniki stanowią wypadkową finalnego brzmienia albumu. Siłą rzeczy jest to zatem krążek melodyczny, a nóżka zrywa się do tańca w bardzo wielu momentach. Singlowy Boyfriend, This Girl czy BWU to tylko najlepsze z nich, ale jest tego o wiele więcej. Ale to, co jest bodaj najmocniejszą stroną płyty, leży na zgoła odmiennym biegunie. Mowa tu o mocno przełamanym charakterze całokształtu, przez co Kurstin i dziewczyny uniknęli monotonni i nudy.

Trio stawia słuchacza przed wyborem: albo kupujesz ich takimi, albo i tak ci się to nie spodoba. Raczej małe grono odbiorców znajdzie na Love You Do Death tylko pojedyncze perełki, które mu się spodobają. Wprawdzie nie jest to koncept, bo nawet nie miał nim być, ale te dziesięć numerów trzyma się tzw. kupy. Wspólny mianownik tworzy wspomniane już wyżej instrumentarium, natomiast różnice wychodzą na płaszczyźnie wspomnianego wcześniej przełamania, o którym teraz słów kilka.

Gdyby wziąć płytę przekrojowo, to napotkamy się na momenty taneczne, rytmiczne i skoczne, jak chociażby w Boyfriend, a chwilę później naszym uszom ukazuje się Dying To Know, będące zupełnym przeciwieństwem – tworem o roboczej nazwie „ballada synthpopowa”. Tuż po niej znowu następuje ożywienie w postaci Stop Desire, natomiast chwilę później wpadamy w kojące objęcia White Knuckles. Taka różnorodność jest w stanie wywołać u słuchacza mnóstwo emocji, a to jest właśnie jedna z funkcji muzyki. Zabieg prosty, aczkolwiek do bólu skuteczny.

Być może nie jest to Wezuwiusz wśród współczesnych albumów, ale na pewno warto choć na chwilę się nad nim zatrzymać. Lekkie brzmienie idealnie sprzyja aurze okołowakacyjnej, a prostota tekstów nie zrzuca na słuchacza lawiny problemów do głębokiego przemyślenia. Miało być prosto, przebojowo i synthpopowo – i tak też jest. Odważny krok w kierunku elektroniki nie okazał się być tym ostatnim – siostry Quin jeszcze nie raz pokażą na co jest stać.

2 KOMENTARZE

  1. pytanie powinno brzmieć: Czy same siostry Quin nadal tak chętnie tworzą tę nową(?) konwencję brzmienia?
    tudzież ich managment. bo moim zdaniem promocja jest hmmm. pozostawia wiele do życzenia.

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.