
Legendy rocka progresywnego nie mogą iść do przodu odwróceni tyłem, cały czas spoglądając w przeszłość. Muszą przynajmniej podjąć próbę unowocześnienia swojego brzmienia, jeśli chcą pokazać, że jest jeszcze sens słuchać ich muzyki. The Quest jest taką próbą, ale zupełnie nieudaną.
Jest, jak jest. Pytanie tylko, czy ten krążek to wypadek przy pracy, czy jednak widomy znak, że lepiej dać już sobie spokój. Bo w 2021 r. The Quest to nie jest dobra płyta. Nie byłaby dobrą również dziesięć lat temu, i dwadzieścia, i trzydzieści lat temu też. Gdyby ktoś zapytał mnie o najbardziej boomerskie zespoły rockowe, nawet jeszcze przed wysłuchaniem Questa, Yes z pewnością znalazłby się w tym gronie. Problem w tym, że oni na tej płycie stracili nawet swoją boomerskość. Stali się krindżowi. Nie przygotowali nic ciekawego dla nowego słuchacza, młodego, poszukującego, otwartego na wirtuozerię i nieco zakurzone i niemodne brzmienia. Co mnie zdziwiło, to to, że nie spróbowali przemówić do swojej bazy. Nie umiem sobie wyobrazić słuchacza, który byłby zadowolony z tego albumu. Zaciekli fani mogli nawet nie wysłuchać jej do końca.
Czy to skutek całkowitego wyprania z kreatywności członków zespołu? A może jednak wina menedżerów i wytwórni, którzy próbowali zachęcać do innowacji muzyków, którzy teraz lepiej czuliby się w utartym schemacie? Trudno wyrokować, a tym bardziej pisać o tak legendarnej grupie, że ich nowa twórczość od dłuższego już czasu jest nieciekawa, jest nijaka, jest niepotrzebna. Bo przecież Heaven&Earth z 2014 r. było jeszcze gorsze, Fly From Here do zapomnienia, a Magnification sprzed 20 lat bardzo średnie. To już lepiej wrzucić na słuchawki starutkie już dziś Close to the Edge czy nawet 90125, jeśli ktoś woli bardziej soft rockowe brzmienie Brytyjczyków. I tak właśnie powinno się wymyślać siebie na nowo, tak, jak zrobili to na początku lat 80. z płytą 90125.
I żeby już tak nie wyżywać się na muzykach, nie mogę przejść do porządku dziennego nad faktem, że każdy z członków zespołu jest prawdziwym wirtuozem instrumentu, na którym gra. Tak było od zawsze i w wielu konfiguracjach, jeśli chodzi o skład. Yes miał po prostu świetnych grajków i słychać to również dziś. The Ice Bridge, otwierający album, to najlepszy przykład gitarowej maestrii. Lirycznie chodzi o zmiany klimatyczne, ale refleksja nad topnieniem lodowców przychodzi mi łatwiej przy dźwiękach Sigur Rós. Dalej mamy Dare to Know z symfonicznym interludium i akustycznym outro. Dwa początkowe utwory mogą zlewać się w jeden, jeśli ktoś słucha ich w tle, niejako przy okazji robienia innych rzeczy. By w pełni wyłapać różnice między nimi, trzeba się dobrze skupić i naprawdę słuchać. W ogóle cały album słuchany w tle, bez należytego skupienia, przemknie prawie niezauważony, a momenty, w których jedna piosenka się kończy, a kolejna zaczyna, są trudne do wychwycenia.
Bardzo progresywnie robi się wraz z wejściem Leave Well Alone, złożonego i często zmieniającego rytm i nastrój, ponad ośmiominutowego utworu, który płynnie zmienia się w The Western Edge brzmiący bardziej, jak coda niż pełoprawny kawałek. Future Memories to całkiem przyjemna ballada, w której główną rolę gra Jon Davison na wokalu, choć ja nie mogę oprzeć się tutaj czarowi gitarowego rzemiosła Steve’a Howe’a. The Quest kończy się bardzo słabo, zwłaszcza mam tu na myśli kawałek A Living Island, który powinien zostać wyrzucony z tej płyty na zbity pysk. Jest też mały bonus – drugi krążek, na którym znalazły się trzy odrzuty z sesji. Na pewno to były odrzuty. Nie chce mi się wierzyć, że ktoś koncepcyjnie przemyślał te utwory od początku do końca. Tylko po co było je tam dodawać?
Yes rozczarowuje. Yes zapomniało o swojej fanbase. Gdyby to była ich pierwsza wpadka, namawiałbym do dania im drugiej szansy, ale za dużo było ich w ostatnich latach. Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść…

