Zachorowałem na grypę. Co bym zrobił, gdybym za dwie godziny musiał wejść na scenę przed tysiące widzów? Felieton Kuby Koziołkiewicza

Uwaga! Grypa atakuje! Odczuwam to aktualnie na własnej skórze. W niedzielę wracając autobusem z Wrocławia do Krakowa zacząłem odczuwać pewne niepokojące symptomy tej bardzo nieprzyjemnej choroby – ból w kościach, „ciężką głowę” i szczypanie w gardle po każdym przełknięciu śliny. Gdy dotarłem do domu byłem pewien, że rano wstanę w jeszcze gorszym stanie. Nie myliłem się.

Łamanie w stawach było o wiele silniejsze, w przełyku bakterie chyba odpalały fajerwerki i generalnie byłem kompletnie bez chęci do życia. Gdyby ktoś kazał mi wtedy podnieść siatkę z dwoma jabłkami i paczką ryżu, nie wykonałbym tego zadania. Wszyscy dobrze wiedzą, że facet w czasie choroby tak naprawdę umiera. Jest na skraju wyczerpania. Nic mu się nie chce. Gdyby ktoś dałby mu do ręki strzelbę, wzorem Kurta Cobaina odstrzeliłby sobie łeb.

Siedząc w biurze przy komputerze minuty wydawały się trwać wieczność. Naprawdę. W brzuchu co chwila mi burczało, ale przecież nie mogłem niczego zjeść – mój przełyk przypominał ciało przywiezionego do szpitala człowieka wyciągniętego z palącego się domu. Woda też niewiele pomagała. Byłem kompletnie bezproduktywny, ale czas pracy trzeba było jakoś odbębnić.

Gdy dotarłem do domu, tylko ściągnąłem buty i schowałem się pod kołdrą. Po ośmiu godzinach katorg wreszcie znalazłem się tam, gdzie chciałem – własnym łóżku. Sielankowa aura sprawiła, że zacząłem myśleć na temat różnych spraw. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać co bym zrobił, gdybym w tym momencie był liderem znanego na całym świecie zespołu, który za kilka godzin ma stanąć na scenie przed tysiącami fanów i musi przez półtorej godziny śpiewać swoje piosenki. Wizja ta strasznie mnie przeraziła. Niby jakim cudem miałbym wyśpiewać jakikolwiek dźwięk, skoro zwykłe poproszenie mojej dziewczyny o kubek ciepłej herbaty cięło moje gardło niczym miecz samurajski?

Łatwo jest oceniać kogoś nie mając zielonego pojęcia o rzeczywistości, w której ta osoba musi egzystować. Ile to razy stojąc wśród publiczności na koncercie rockowym myślałem sobie „Jezu, dlaczego tam na scenie to nie mogę być ja?”. Dla niespełnionego rockmana widok ludzi, którymi chciałbym być, bardzo często daje powody do zazdrości. Niby to zła cecha, ale nie znam osoby, która by czegoś komuś nie zazdrościła. Po koncercie wychodzę z miejsca imprezy i kieruje się w stronę miejsca zamieszkania. Gdy już tam docieram, coś jem, oglądam TV, posiedzę na komputerze, poczytam książkę – wykonuje wiele różnych rzeczy. Potem idę spać i oddaje się błogiemu relaksowi. A kilka lub kilkaset kilometrów dalej ci sami muzycy, których widziałem na scenie, właśnie wsiadają do autobusu lub samolotu i odbywają entą podróż w przeciągu ostatniego miesiąca. I tak co wieczór.

Wiem, że są gorsze zawody od bycia gwiazdą muzyki. Wiem, że najwięksi przedstawiciele muzyki rozrywkowej zarabiają tyle pieniędzy, że ustawiają kilka pokoleń w przód swoich rodzin. Ale wydaje mi się, że często zapominamy o tym, że ich koncerty i płyty to tylko wierzchołek góry lodowej. Coś, co jest jedynie efektem finalnym wielomiesięcznych, a czasem też wieloletnich prac, które wielokrotnie potrafią dobić. Nagrywanie muzyki to najgorsza rzecz, jaka może spotkać muzyka. Sam miałem małe bo małe, ale jednak, doświadczenie w tej materii. Uwierzcie mi – trzyminutowy efekt zasłyszany przez was w radiu czy internecie to wielokrotnie kilkadziesiąt godzin żmudnych prac, powtarzania w nieskończoność jednego fragmentu, by zabrzmiał idealnie, przesłuchiwanie go, czy czasem nie wkradł się jakiś błąd.

Pamiętam pewien kadr z filmu Some Kind of Monster będącego dokumentem o Metallice. Lars Ulrich, perkusista grupy, siedzi na czarnej kanapie znajdującej się w studiu nagraniowym i rozmyśla. Prace nad płytą St. Anger nie należały do najłatwiejszych. Przed jej realizacją z zespołu odszedł wieloletni basista Jason Newsted, a lider James Hetfield poddał się terapii odwykowej w klinice. Perkusista narzeka na ciągnące się w nieskończoność sesje nagraniowe. W pewnym momencie na twarzy Ulricha pojawia się jednak anielski, pełen błogości uśmiech i stwierdza: Nie mogę się już doczekać, kiedy zagramy te piosenki na żywo w czasie koncertów.

Ale koncerty to też nie jest siedzenie na plaży pod palmami z wykwintnymi drinkami w ręku. Ozzy Osbourne twierdzi, że w czasie swoich występów chudnie ok. 4 kilogramów. Nie jestem do końca pewien, że Książę Ciemności mówi zupełna prawdę, ale nie zmienia to faktu, że koncerty są wyczerpujące. Pamiętam, jak byłem na koncercie Green Day w Pradze w 2010 roku. Kapela zagrała 33 piosenki przez ponad trzy i pół godziny. Ja wyszedłem z imprezy cały mokry. Gdy tylko znalazłem się poza terenem imprezy, od razu położyłem się na trawie. Tak bardzo byłem zmęczony. A co miał powiedzieć lider zespołu Billie Joe, który latał po całej scenie i wymęczył się sto razy bardziej, niż ja?

Życie gwiazdy muzyki na pewno nie należy do mało atrakcyjnego. Taka osoba zwiedza praktycznie cały świat, spotyka ludzi z przeróżnych kultur, a przy okazji zarabia na tym dobre pieniądze. Ale taki stan rzeczy nie przyszedł od tak. Większość zespołów rockowych zaczynała od grania za darmo lub zysków wystarczających na jedzenie, picie i ewentualnie nocleg. Może gwiazdy muzyki pop mają łatwiej, ale nic przecież nie przychodzi samo. Trasy koncertowe wydają się rajem na ziemi, niekończącą się zabawą, za którą płacą kupę kasy. Ale gdy takowa trasa trwa 8-9 miesięcy, a przez ten czas twoim jedynym stałym partnerem jest walizka i laptop, poprzez którego kontaktujesz się z najbliższymi, te oczywiste pozytywy zaczynają przybierać nieco bardziej szarawych barw. Nie mówię, że życie dobrze prosperujących muzyków jest złe, bo byłoby to oczywistym kłamstwem. Ale czasem warto spojrzeć na niektóre sprawy trochę szerzej, by zdać sobie sprawę, że coś, co wydaje się w stu procentach pozytywne, do końca takie nie jest.


Czytaj również