Muzyka francuskojęzyczna od jakiegoś czasu jest mniej popularna w Polsce. Już dawno minęły czasy świetności In-Grid, Kate Ryan, Garou czy Matta Pokory. Wciąż jednak pojawiają się nowe nazwiska, które w rodzimej Francji (ale i u nas) zdobywają szczyty list przebojów. Mowa tu chociażby o Indili. Jak więc w światku muzycznym odnajduje się trio Yelle?
Yelle to przykład zespołu, który największą popularność zdobywa w rodzimej Francji. Ich specyficzne poruszanie się po nurcie elektro-popowym średnio przyjmuje się w Europie, choć nie można im odmówić charyzmy i fanów w innych krajach. Zafascynowany rynkiem francuskim, nie wyobrażam sobie nieznajomości tego zespołu. Po dobrze przyjętej płycie Safari Disco Club i lekkiej ewolucji w brzmieniu, dziś ponownie mnie zaskakują. Sam band wyraźnie chciałby wypłynąć poza granice swojego kraju. Do produkcji bowiem zatrudnili znanego chyba wszystkim Dr. Luke’a, odpowiedzialnego za piosenki Katy Perry, Miley Cyrus, Britney Spears czy Jessie J.
Już zapowiadające płytę dwa single: Bouquet final oraz Complètement Fou nieźle zamieszały w mojej głowie. Są to utwory, które różnią się między sobą wszystkim. W pierwszym wokalistka urzeka nas melorecytacją, która wydaje się o pół dźwięku ustawiona wolniej do muzyki. Pozornie ciągnący się bit jest melodyjny, układa się i wpasowuje w miły dla ucha wokal Julie. Tytułowy kawałek natomiast to majstersztyk produkcyjny. Elektopopowe brzmienie inaczej brzmi w zwrotkach, a inaczej w refrenie. Razem jednak łączy się w coś, co zwolennik innej muzyki raczej nie zrozumie – harmonię, mimo ostrego wydźwięku. Po takich zapowiedziach miałem nadzieję, że dostanę jeszcze kilka kawałków równie wysokiego poziomu. A co dostałem?
Na pierwszy plan na pewno wysuwa się energetyczna kompozycja Ba$$in. Typowa dyskotekowa nuta udekorowana szeregiem ozdobników, zmieniająca kilkukrotnie ostateczny wydźwięk i tempo.To co wyróżnia ją jednak na tle nijakich club bangerów to wokal, który brzmi prawie zawsze jak rapowanie typowe dla Brytyjczyków. Równie dobrą energię odnajdujemy w Moteur action. Lekko stonowane zwrotki przeobrażają się w miłe dla ucha, bardziej dźwięczne refreny, powodujące lepszą melodyjność utworu. To właśnie takie piosenki są wizytówką tego zespołu, który swoje do tej pory swoje single wydawał właśnie w takim rytmie. Te piosenki także mogłyby stać się potencjalnymi singlami i osiągnąć mniejszy lub większy sukces. Wszystko zależy od słuchacza, który albo polubi utwory, albo stanie obok ich obojętnie. Podobne zdanie mam o kompozycji Coca sans bulles, która mimo ostrego początku jest utworem bardziej stonowanym, lub adekwatnie energetyczną balladą w stylu dance. Toho natomiast zaskakuje nie co awangardowym bitem rodem z lat 80., co widać także w innych kompozycjach zespołu. To właśnie nawiązanie do klimatów sprzed kilku dekad słyszymy w ich piosenkach. Choć w zupełności są nowoczesne, to słychać echa tamtych lat. Stanowi to dobry kontrast do tego co dzieje się na reszcie tego wydawnictwa.
Druga część krążka to ballady, niejednokrotnie na chwilę pobudzane dźwiękami elektroniki. Ta odsłona zaskakuje i jest odpowiednia dla laików, którzy z zespołem Yelle nie mieli do tej pory do czynienia, a nie chcieliby przeżyć szoku od samego początku. O ile Les soupirs et les refrains ma podobny wydźwięk do wcześniej wspomnianego Coca sans bulles, to Nuit de baise I to kompletna odmiana. Stonowana, lekko nadziewana elektroniką, kompozycja przyciąga swoją prostotą i charyzmą. I choć na pierwszy słuch ucha może wydawać się nie co mdła i patetyczna, to ostatecznie nie można ich jej uznać do najgorszych na płycie. Balladowo robi się także przy Un jour viendra, która zaskakuje gitarowym początkiem, w dalszej części utworu często ewoluuje, aż do dźwięku czysto elektronicznego. Na koniec zachwytów mamy ciekawe Jeune fille garnement, które oczarowało mnie ciekawą, niewymagającą melodią przypominają mi ścieżkę dźwiękową jakiegoś filmu.
Prawdziwe faux paus zespół zaliczył w kompozycji Florence en Italie. Ot miła balladka do granic przesłodka, aż mdła. U znanych wykonawców mówi się o takich kompozycjach a.k.a „zapychacz”. Innymi słowy, nie wnosi nic do tej płyty, słabo komponuje się z całością. Lepsza nie jest także piosenka Dire qu’on va tous mounir, która jest po prostu słaba. Pozbawiona radości półtora minutowa kompozycja nie zasługuje nawet na wersję deluxe albumu. Takie piosenki psują tylko ogólne wrażenie .
Complètement fou to dobra dawka elektronicznego bitu okraszonego ciekawym głosem wokalistki. To propozycja dla tych, którzy już od dawna lubują się w takim brzmieniu, ale także dla osób, które eksperymentują swoim gustem i chcą poznać coś nowego. Nie jest to coś, co spodoba się tłumom, a nawet może drażnić francuskim słownictwem. Jest to jednak coś, godnego polecenia. Yelle, tak trzymajcie!

