Niedawno ukazała się wyjątkowa płyta Andrzeja Smolika podsumowująca i celebrująca 20 lat drogi artystycznej. W związku z jej premierą miałam okazję porozmawiać z artystą.
Dlaczego omal nie został marynarzem? Jak związał się z Męskim graniem? Kto namówił go na wydanie pierwszej płyty sygnowanej własnym nazwiskiem? Jak zaczął produkować dla najważniejszych nazwisk polskiej sceny muzycznej? Tego wszystkiego i wielu innych ciekawych rzeczy dowiecie się czytając zapis wywiadu.
Adrianna Małolepszy: Skąd wzięła się u ciebie ta pierwsza iskierka, żeby robić muzykę?
To bardzo dawne czasy. Moja rodzina była dość muzykalna, ale nikt nigdy nie robił tego zawodowo i nie pchał mnie w tę stronę. Pierwszą iskrą było to, że w podstawówce bardzo łatwo przychodziło mi granie melodii na flecie czy cymbałkach. Nie uczyłem się nut, tylko grałem ze słuchu. Nie musiałem się nad tym specjalnie zastanawiać.
Pewnego razu mój ojciec, który pracował za granicą przywiózł mi malutki instrumencik monofoniczny. Granie na tym sprawiało mi radość i podniosło mi pozycję społeczną na podwórku za dzieciaka.
Potem o tym, że mam taki instrument dowiedzieli się starsi koledzy, którzy mieli swoje zespoły. Wtedy w latach 80’ trudno było zdobyć cokolwiek i zaprosili mnie do składu. Bardzo mnie fascynował ten świat.
Adrianna Małolepszy: A propos’ tych zespołów… Z jednym z nich pojechaliście nawet do Jarocina na festiwal.
Tak. Pojechałem do Jarocina z zespołem, w który wierzyłem. To był ten Jarocin, kiedy ludzie wdarli się na małą scenę, muzycy uciekli do piwnic, a my właściwie tego samego dnia rano otwieraliśmy koncert w amfiteatrze gdzie mnóstwo ludzi spało na ławkach. My graliśmy a obudzeni Punkowcy rzucali w nas butelkami po winach.
AM: A powiedz mi jak skumałeś się z Wilkami?
Było to tak, że zostałem wyrzucony z Akademii Morskiej , wróciłem do Świnoujścia do domu rodzinnego. Zadzwoniła żona Roberta z pytaniem czy nie przyjechałbym na przesłuchania do Wilków, bo gdzieś usłyszeli o mnie. Wtedy Wilki były ogromnym zespołem. Pojechałem. Okazało się, że chyba nie miałem żadnych konkurentów.
Szybko złapaliśmy dobry kontakt muzycznie ale też ludzko i zostałem w Warszawie.
AM: Może po prostu chcieli Ciebie, a te przesłuchania to była tylko przykrywka.
Możliwe. Nie mam pojęcia jak mnie znaleźli. Byłem gościem, który nie wyobrażał sobie, że w ogóle można z tego żyć, a trzy dni później grałem na festiwalu w Opolu.
AM: A wyobrażasz sobie siebie jako kapitana statku?
Wyobrażam sobie. Zarówno moja mama jak i tata byli bardzo silnie związani z gospodarką morską. Całe moje życie było związane z morzem. Z remontami, połowami i przede wszystkim otwarciem na świat…. Połowa mojego miasta to byli ludzie, którzy pływali. Wielu ojców pół roku nie było w domu.
AM: Wracając do Wilków. Tam zaczynałeś na klawiszach. Jak przeszedłeś z tego do produkcji?
W pewnym sensie droga była prosta. Będąc klawiszowcem jest Ci najbliżej do produkowania. Zmieniała się wtedy technologia. Najpierw to były klawisze, na których można było wyłącznie grać, potem zaczęły to być urządzenia wielogłosowe z wbudowanymi sequencerami zapamiętującymi to co grasz.
Stwierdziłem, że to super, że mogę samowystarczalnie tworzyć muzykę. Uczyłem się, apetyt rósł, pojawiły się komputery jeszcze bardziej poszerzając możliwości, aż w końcu pojawił się home recording. Zbiegło się to z tym, że Piotr Banach zaproponował mi napisanie dwóch numerów na płytę Milena Kasi Nosowskiej, którą produkował. Udało się i to mnie uskrzydliło. Uświadomiłem sobie, że wystarczy ciężko pracować, rozwijać się mieć uszy i oczy otwarte.
AM: No właśnie, to jest świetne. Bo mogłeś zostać przy tych klawiszach, grać komuś w zespole i już, a jednak cały czas się rozwijałeś.
To chyba nie było wystarczające, a poza tym ma dość krótkie nogi.
AM: No i od zrobienia płyty Kasi chyba się posypały propozycje.
Wbrew pozorom to odbywało się powoli, delikatnie. Nie było jakiegoś silnego peaku. Największą zmianą chyba był moment, kiedy wyprodukowałem płytę Krzysztofa Krawczyka. To był jakiś taki bum To złamało pewną konwencję. Byłem kojarzony z modną, elegancką elektroniką, a tu nagle robię coś z Krawczykiem. Budziło to kontrowersje, ale wyszło bardzo fajnie i zmieniło trochę patrzenie na tego typu projekty.
Wszyscy nagle dowiedzieli się, że mogę zrobić muzykę komercyjną i pojawiła się lawina propozycji.
AM: Był w tamtym okresie jakiś telefon, który Cię zaskoczył?
Chyba Tomasz Stańko. Chciał ze mną pracować nie ze względu na moje dokonania elektroniczne czy bycie w młodym nurcie, ale właśnie ze względu na Krzysztofa Krawczyka. Spodobało mu się to, że można zrobić pop bez obciachu. Nie jest to w sumie nic dziwnego, bo przecież Miles Davies też robił takie projekty.
AM: Mamy lawinę propozycji. Jak znalazłeś czas, żeby zacząć swoje solowe projekty?
Wtedy akurat miałem dużo czasu. Nie było dzieci i byłem młody, miałem dużo energii i żyłem wyłącznie muzyką.
Pierwszą płytę nagrałem po zrobieniu remixu Prawy do Lewego Gorana Bregovica i Kayah. Bardzo się on spodobał i ludzie w wytwórni stwierdzili “musisz nagrać taką płytę!”
AM: Chciałeś?
Bałem się tego. Super było produkować dla kogoś, nagrywać klawisze… ale nagranie całego swojego albumu, który nazywa się Smolik było przerażające, ale chyba podświadomie też trochę tego pragnąłem i postanowiłem spróbować. Dlaczego nie.
Wtedy powstało Sissi Records, byłem tam chyba pierwszym artystą. “Józek” powiedział, że otwieramy oddział zajmujący się muzyką nie komercyjną. To samo działo się wtedy na świecie. Wiedziałem, że to naturalna konsekwencja zachodzących zmian.
Puściłem im trochę materiału, bardzo się spodobał i tak pojawił się pierwszy album.
AM: A w tej chwili jak Ci się lepiej pracuje? Dla siebie czy dla innych?
Zdecydowanie dla innych. Im bliżej siebie tym trudniej o dystans i podejmowanie decyzji. Tak jak chirurg nie leczy swojej rodziny. Przy pracy dla innych masz więcej luzu, a poza tym jest to spotkanie wielu energii. Pewne rzeczy powstają ze wspólnoty.
AM: Masz jakieś kryterium na podstawie, którego potwierdzasz albo odrzucasz współpracę?
Kryteria są różne. Najważniejsze jest to, że muszę coś czuć. Dostać propozycję i bez zastanowienia wiedzieć, że chcę to zrobić. Wtedy jest o wiele łatwiej. Czasami musisz zacisnąć zęby, bo jest to też praca. Teraz w tym trudnym momencie miałem o tyle szczęście, że na ten czas przypadła praca nad filmem, do którego napisałem muzykę i jakieś pół roku upłynęło mi na tworzeniu muzyki samemu ze sobą, pracując zdalnie.
Uczyłem się tego. Wcześniej nie wyobrażałem sobie pracy zdalnej, że nie będę z ludźmi w studio, nie będę z nimi gadał, pił herbaty… A jednak okazało się, że się da.
Muzycy nagrali wszystko u siebie, większość muzyki powstała całkowicie zdalnie, ale miałem co robić. Nie leżałem i nie patrzyłem w sufit.
AM: A propos’ filmu, bardzo bym chciała zahaczyć o Twój album The Trip, który zupełnie wymyka się ramom. Skąd się wziął i jaka jest jego historia?
W 2011 roku postanowiłem zrobić swoją stronę internetową. Wtedy to jeszcze było ważne, bo media społecznościowe dopiero raczkowały. Nie chciałem mieć takiej zwykłej witryny, więc szukałem u różnych ludzi pomysłów jak to zrobić. Natknąłem się na Kasię i Dawida Marcinkowskiego, który zrobił dla mnie kiedyś interaktywny klip do pierwszej płyty, który tak po prostu wysłał mi z pytaniem czy mi się to podoba. To było bardzo dobre.
Oni wpadli na pomysł, żeby ta strona była wyspą, po której będzie się chodzić od jednego punktu do drugiego, posłuchać muzy i czegoś się dowiedzieć.Zaczęliśmy to robić i bardzo się tym zajaraliśmy. Wtedy powstał szerszy koncept żeby powstał film i aplikacja interaktywna, muzyka płyta…. Do tego doszła historia lądowania na księżycu, które się nie odbyło. Kasia i Dawid pracowali w brytyjskiej agencji nowoczesnych form multimedialnych, zatrudniliśmy lektora, który przeczytał libretto ich autorstwa.
Był to być może pierwszy na świecie album do interaktywnego filmu.
AM: To nadal jest fantastyczne i bardzo się broni.
Trochę przenosi Nas w lata 70’ choć nie do końca. Ma klasyczny kształt. Koncept był nowoczesny, ale cała oprawa to filmy z domeny publicznej z lat 50’, 60’, 70’. Ten kilkunastominutowy film jest sklejony z innych filmów. Nikt nie nakręcił ani jednego nowego zdjęcia. Trochę żeby pokazać, że dzisiaj możemy tak manipulować treściami, że nie wiesz co jest prawdą, a co fałszem.
AM: A jak zaczęło się całe przedsięwzięcie Męskiego Grania?
W 2013 Paweł Krawczyk z zespołu Hey napisał do mnie czy nie pomógłbym mu wyprodukować kawałka Kasi i O.S.T.R dla Męskiego Grania. Zgodziłem się chętnie, tym bardziej, że dobrze się znamy i graliśmy razem kilka lat w projekcie Nosowska.
Kiedy już powstał ten numer, okazało się, że ludzie z Męskiego Grania chcieli żeby ktoś na koncercie to wykonał. O.S.T.R. grał z DJ’em, Hey uznał, że to nie jest do końca ich kawałek i nie będą tego grać. Zapytali Nas co można zrobić. Stwierdziliśmy, że można zbudować zespół, ale przecież wtedy nie zagramy jednego numeru.
O.S.T.R. I Kasia zagrali w końcu po kilka kawałków i tak powstała Orkiestra Męskiego Grania, która jeszcze wtedy nazywała się Small Synth Orchestra i była mocno elektronicznym tworem. Graliśmy na koniec festiwalu. Okazało się, że to jest super zwieńczenie całego wydarzenia. Możemy też zapraszać gości i tworzyć wspólnotę.
AM: Podejrzewałeś, że tak się to rozrośnie?
Nie. Absolutnie. Po prostu skończyliśmy to z lekkim smutkiem, bo zespół był świetny.
Rok później zadzwonił telefon czy nie napisałbym utworu już oficjalnie dla Męskie Granie Orkiestra gdzie twarzą mieli być Dawid Podsiadło i Monika Brodka. Wszedłem w to i tak zostałem szefem tej orkiestry.
AM: Robimy tutaj taką podróż od początku z bardzo konkretnego powodu. 20lecie działalności! Po pierwsze gratuluję!
Dziękuję!
AM: Po drugie jest z tego płyta! Jak się dobiera utwory na jedną płytę z całych 20 lat dorobku?
Myślę, że wybierałem je krócej niż trwa ta płyta! Zrobiłem to natychmiast. Podświadomie miałem to w głowie już wcześniej. Wybrałem kawałki, które wydają mi się atrakcyjne dla mnie. Z jakiegoś powodu bardziej je lubię lub są bardziej udane.
Wiedziałem, że to będą dwa winyle i wiedziałem, że mam ograniczenia miejsca, więc musiałem być trochę bezlitosny.
AM: Bolało?
Nie. Nauczyłem się będąc producentem czasami ucinać nawet pozornie interesujące pomysły dla dobra projektu. Czasami za dużo też nie dobrze.
AM: Płyta ma też bardzo interesującą okładkę.
Jest to okładka autorstwa mojej żony Ani tak jak zawsze.
To są zdjęcia zrobione kamerą termowizyjną, co ciekawe zrobione w trakcie mojego Covida.
Normalnie ta kamera służy do badania nieszczelności w rurach lub w budynkach.
AM: Bardzo serdecznie dziękuję za rozmowę!
Ja również! Miłego dnia!
