Polski folk naprawdę rozkwita. Jeszcze niedawno zachwycaliśmy się świetnym debiutem Kwiatu Jabłoni. Teraz na muzycznym horyzoncie pojawił się niezwykle intrygujący zespół Rozen. Grupa ma już na swoim koncie dwa single Lepszy ląd i Nie wyjadę, które zapowiadają zbliżający się wielkimi krokami debiutancki album. O polskim folku, nadchodzącej płycie, podejściu do pisania tekstów, byciu debiutantem i życiu muzyka w trakcie pandemii rozmawialiśmy z Andrzejem Rozenem.

- Piotr Krajewski: Kiedy poczułeś, że to folk Ci w duszy gra? Od kiedy fascynuje Cię taka muzyka? Czy może jakiś zespół lub artysta sprawił, że zatrzymałeś się właśnie przy tym gatunku?
Andrzej Rozen: Dobre pytanie, bo w sumie nie jest to jakoś szczególnie popularna muzyka w Polsce. Był taki moment w liceum. Pamiętam, że koleżanka, która zawsze miała niszowy gust muzyczny, pokazała mi zespół jeszcze kompletnie nieznany wtedy ani w Polsce, ani za granicą. Poznała go na Last.fm i powiedziała, że wkrótce będą robić karierę. Podesłała mi utwór The Cave Mumford & Sons. Kiedy usłyszałem tę piosenkę, poczułem jakbym uwielbiał taką muzykę, mimo że nigdy wcześniej jej nie słyszałem. Mumfordzi byli taki impulsem. Dzięki nim zorientowałem się, co to w ogóle za gatunek, o czym jest ta muzyka i co to za instrumentarium. Tak się zaczęło. Od pasji słuchania do pasji grania jest niedaleka droga. Początkowo uczyłem się grać na gitarze tylko po to, żeby móc sobie pograć kawałki Mumfordów i innych podobnych zespołów.
- To prawda, że uczyłeś się grać z pomocą YouTube’a?
Rzeczywiście tak było. Mam starszego brata, który bardzo dobrze grał na gitarze. Zdecydowanie lepiej niż ja gram obecnie. Dzięki temu gitara była w naszym domu. Brat powtarzał, że lekcje gry znajdę w internecie. I tak właśnie było, uczyłem się przy pomocy internetu. W związku z tym przez długi czas była to taka pasja w stylu „wracam ze szkoły, nie mam co robić, poćwiczę sobie grę”. Wtedy funkcjonowało to więc tak, jak funkcjonuje dla bardzo wielu osób. Traktowałem to po prostu jako tylko zabawę.
- Ostatnie miesiące są na pewno niezwykle ważne dla Ciebie. Kariera twojego zespołu rozkręca się, wydaliście już dwa oficjalne single, wielkimi krokami zbliża się płyta. Co was połączyło i jak to się stało, że zaczęliście razem tworzyć?
Rzeczywiście, w ostatnich miesiącach czujemy, że rozkręcamy się pod wieloma względami. Zdajemy sobie sprawę, iż to ważny moment. Mieliśmy bardzo dużo falstartów, jeżeli chodzi o nagrywanie płyty i wydanie materiału. Gramy ze sobą od trzech lat, a dopiero teraz debiutujemy. Mam trochę poczucie, że to powinno wydarzyć się już dawno temu. Chociaż z drugiej strony to może i dobrze, że te różne kiksy miały miejsce. Jesteśmy absolutnie przekonani, że teraz jest właściwy czas na wydanie tej płyty. Co do początków… Myślę, że dzisiaj trochę śmielej nazwałbym siebie muzykiem, ale przez długi czas miałem poczucie bycia trochę nie w swoim świecie. Bycia zwykłym człowiekiem, który ma zwykłą pracę i zwykłe życie, a gdzieś na boku wchodzi nagle w nowe środowisko. Jeszcze niedawno pomysł występowania na scenie wydawał mi się absurdalny. To wszystko wydarzyło się trochę przez przypadek. Naszą skrzypaczkę, Karolinę, poznałem na żaglach w Chorwacji. Była znajomą znajomych. Tak się złożyło, że wzięła ze sobą stare skrzypce. W trakcie wyjazdu grałem m.in. covery Mumford & Sons i własne utwory. Moje piosenki wpadły jej w ucho. Zaczęliśmy o nich rozmawiać. Potem wróciliśmy do Warszawy i stwierdziliśmy, że musimy zrobić coś razem. Występowaliśmy wspólnie na open micach. Wydarzenie, na którym daliśmy pierwszy wspólny występ, organizowały Kasia z Kwiatu Jabłoni i Agata Karczewska. Byliśmy przerażeni, ale wyszło super. Niedługo potem do zespołu dołączył wiolonczelista, Dominik Frankiewicz, którego Karolina znała z orkiestry. To wszystko było czystym przypadkiem. Spotkałem na swojej drodze twórczych ludzi. Miałem dużo szczęścia, że zaczęliśmy grać razem. Niedawno do zespołu dołączył też perkusista, Kacper Majewski.
- Wcześniej działaliście pod inną nazwą. Nieco dłuższą i angielską. Andre & The Giants. Skąd ta zmiana? Taki krok to zawsze dość odważna decyzja. Mieliście już pewną grupę słuchaczy, która dobrze kojarzyła Was z tamtej nazwy.
Myślę, że nadal musimy tłumaczyć się z tego kroku. Wydaje się on czasami niezrozumiały, bo owszem, nasz zespół nie jest jeszcze szerzej znany, ale miał już jakoś bazę fanów. Było kilka powodów, dlaczego zmieniliśmy nazwę. Sprawiała ludziom trudność. Mówiliśmy, jak się nazywamy, ktoś próbował nas znaleźć w sieci i nie mógł. Jest to zabójcze dla zespołu, zwłaszcza na początku kariery, kiedy kapela buduje swoją grupę fanów. Inny powód był taki, że na początku po prostu chciałem wpisać się w „folkowy format”. Pewną konwencję nazewniczą, która da ludziom jasny przekaz. Że to taka formacja, jak te, które znają ze Stanów Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii. Do tego, trochę chciałem zasłonić się pseudonimem. Z trudem przechodziło mi przez gardło, że jestem wokalistą, muzykiem, artystą. Były to dla mnie za duże słowa. W końcu dojrzałem jednak do tego, aby móc się pod tym podpisać. Powiedzieć, że to jest moja wizja, że to ja piszę tę piosenki. Czuję, że jestem teraz bardziej świadomy. W międzyczasie zmieniliśmy też repertuar. Przerzuciliśmy się niemal w całości na język polski. To wszystko spowodowało, że nazwa angielska wydawała się mniej pasująca.
- Wspominałeś, że mieliście falstarty. Próbowaliście już kilka razy. Jesteście wciąż młodym zespołem w branży, więc na pewno nie jest Wam łatwo stawiać te pierwsze kroki. Jest coś, co nie pasuje Wam w polskim rynku muzycznym, jeżeli chodzi o debiutujących artystów? Należycie do FONOBO. Da się zauważyć, że to wytwórnia mocno wspierająca młodych artystów.
Rzeczywiście, to wszystko zaczęło się chyba od Ralpha Kaminskiego. Dziś FONOBO to szeroki wachlarz młodych artystów. To fantastyczne, że ktoś jest gotów podjąć to ryzyko. Patrząc na to, jak wygląda dziś rynek muzyki, zdaję sobie sprawę, że często nie opłaca się inwestować w coś, co jest ryzykowne, a budowanie takiego zespołu od zera jest ryzykiem. Niektórzy mówią, że dzisiaj każdy, kto ma komputer, może nagrać płytę. Tak do końca nie jest. Na początku zespoły potrzebują prowadzenia. Funkcjonuje stereotyp dobrego artysty i złej wytwórni, ale myślę, że jest to dużo bardziej złożone. Mieliśmy przygodę z małą, niezależną wytwórnią. Nie wyszło, a wszelkie próby wydania muzyki samemu to ciężka sprawa. Czasami słyszy się o tych nielicznych, którym to się udaje. Nie słyszy się jednak o tej większości, która nie ma tyle szczęścia. Długo czekaliśmy, żeby nawiązać współpracę z wytwórnią. Pomogła zmiana repertuaru na polski. Jest on teraz przystępniejszy i być może łatwiej zobaczyć w takiej muzyce potencjał komercyjny. Musiała więc pojawić się wytwórnia, która profiluje się na debiutujących artystów. Z FONOBO od początku dobrze nam się rozmawiało, znaliśmy się już od jakiegoś czasu. Mam nadzieję, że nasza współpraca fajnie się rozwinie.
- Czyli jesteście debiutującym zespołem, ale ze sporym bagażem doświadczeń. Wiecie więc, jak to wszystko funkcjonuje. To może Wam pomóc.
Myślę, że tak. Jeśli mogliśmy się gdzieś na czymś przejechać albo popełnić jakiś błąd, to zrobiliśmy to. Cieszę się więc, że finalnie debiutujemy właśnie teraz. Materiał na tym zyskał. Jesteśmy dojrzalsi muzycznie. Nasza muzyka bardzo ewoluowała. Poszerzyliśmy skład, zmieniliśmy aranżacje. To wszystko jest dojrzalsze. Ja też się zmieniłem. Kiedyś była dla mnie ważna ta cała etykieta folkowa. Chciałem mieć pewność, że wszyscy to odczytają. Dzisiaj bardziej zależy mi na tym, co chcemy powiedzieć jako zespół.
- Działasz obecnie tak jakby w dwóch światach jednocześnie. Na co dzień pracujesz w agencji brandingowej, a po pracy oddajesz się swojej pasji, czyli muzyce. W obu tych aktywnościach bardzo liczy się kreatywność. Czy w twoim przypadku te dwa światy wpływają jakoś na siebie? Czy doświadczenie kreatywne zdobyte w pracy pomaga ci w tworzeniu muzyki i odwrotnie? Czy jeśli wkrótce będzie taka możliwość, chciałbyś skupić wyłącznie na muzyce?
To duże szczęście móc tak funkcjonować. Bywa to czasami uciążliwe i męczące, ale sytuacja z pandemią koronawirusa uświadomiła mi, w jak trudnej sytuacji są niektórzy artyści, jeśli muzyka jest ich jedynym źródłem utrzymania. W moim przypadku ta moja druga kariera, czyli praca w agencji, nie jest czymś dorywczym. To kariera, która jest również moją pasją. Nie mam noża na gardle, nie muszę czegoś wybierać. Myślę, że daje mi to swobodę w muzyce. Mogę poczekać na sukces muzyczny. Wydawało mi się, że jeśli w pracy zawodowej zajmuje się doradzaniem markom w zakresie wizerunku, tożsamości i komunikacji, to w ten sam precyzyjny sposób będę w stanie myśleć o swojej muzyce i marce zespołu. Nie jest tak. Ten projekt jest tak bliski mojemu sercu, że trudno tak myśleć o tym. To zbyt emocjonalne. Od początku kariery niemuzycznej zajmowałem się kreatywnymi rzeczami. Myślałem nawet, że będę dziennikarzem. Potem była praca w PR, aż w końcu branding. Zawsze to były dziedziny, które wiązały się z tworzeniem w designie lub w słowie. To wszystko ośmieliło mnie do robienia muzyki. Myślę, że moje prace wzajemnie na siebie oddziałują. Są dla siebie pewnym wentylem. Na wszelkie stresy w pracy odpowiedzią jest muzyka, a na wszelką frustrację w muzyce odpowiedzią jest praca. Taki harmonijny zestaw.
- Pomagasz budować wizerunek. Zauważyłem, że wasze okładki singli są utrzymane w spójnej estetyce. Bardzo lubię, kiedy artyści mają zaplanowany i przemyślany każdy aspekt swojej albumowej ery. Czy więc warstwa wizualna jest również dla Was ważna i czy to oznacza, że okładka albumu także będzie w podobnej estetyce?
Dobrze to czytasz. Taki jest zamysł. Rzeczywiście, to była pewna estetyka, którą stworzyliśmy wspólnie z wytwórnią i fotografem, Wiktorem Franko. Miałem inspirację, która wydawała mi się wizualną emanacją tej muzyki. Zdaję sobie sprawę, że jest ona trochę niedzisiejsza. Chciałbym, aby nasz album pokazał, że nasza muzyka ma różne faktury, wzory i odcienie, ale jednocześnie tworzy spójną paletę. Tak też myśleliśmy o tej sesji. To pewien rym w stosunku do samej muzyki. Zawsze podobał mi się taki filmowy czy teatralny klimat. Nasze zdjęcia mają w sobie coś takiego. Nie jest to typowa sesja okładkowo-zespołowa. Trochę sesja modowa, a trochę kadr ze spektaklu lub filmu. Podobnie jest z teledyskami. Te filmowe cytaty nie są przypadkowe. Wszystko to odpowiada temu, jak myślę o muzyce i pisaniu tekstów. Chcę, żeby były to takie quasi filmowe historie.

- No właśnie, odpowiadasz również za scenariusze i koncept teledysków. Czy kiedy tworzysz nowy utwór, pojawia Ci się w głowie gotowy obrazek do niego?
Powiedziałbym wręcz, że często piszę soundtracki do obrazka, który mam w głowie. Nie zawsze to musi kończyć się jednak teledyskiem. Czasami są to wspomnienia czy obrazki z filmu, który widziałem. Tekst jest często impresją na temat czegoś wizualnego, co mam w głowie. To, że zajmuję się na co dzień designem, powoduje, iż często myślę obrazem. To się jakoś dopełnia. Jak na razie ten sposób myślenia o pisaniu tekstów mnie nie zawiódł.
- Wasz pierwszy singiel z debiutanckiej płyty Lepszy ląd jest kawałkiem pełnym nadziei z pozytywnym klimatem. Kolejny utwór Nie wyjadę to już zupełnie inna historia. Nostalgiczna, melancholijna, poruszająca temat straty i tęsknoty. To również piosenka bardzo otwarta, jeżeli chodzi o interpretację. Utwór może wzruszyć niejedną osobę. Da się zauważyć, że tekst jest dla Was jednym z najważniejszych elementów twórczości, prawda?
Tak, dotknąłeś czegoś, co jest dla mnie szalenie ważne, jeżeli chodzi o podejście do pisania tekstów. Oba utwory uznałeś za otwarte w interpretacji. To jest coś, co zawsze mi się podobało i co jest jedną z niewielu rzeczy, które stosuję świadomie, gdy idzie o pisanie muzyki. Nie traktuję moich tekstów jak pamiętnika. Bardzo często są oparte na moich doświadczeniach, ale finalnie nie chcę, żeby słuchacz zastanawiałam się nad tym, co przeżyłem i co to za indywidualne doświadczenie. Dużo bardziej wolałbym, żeby opowiadana przeze mnie historia i moje doświadczenia dawały pretekst do odczuwania pewnych emocji, które są uniwersalne. Żebyśmy mieli razem takie zbiorowe ćwiczenia z empatii. Cała płyta będzie różnorodna. Różne teksty, różne historie, różne nastroje i emocje, które będziemy mogli wszyscy wspólne przeżyć. Jest to dla mnie dużo ważniejsze niż indywidualistyczne opowiadanie. W moich tekstach jest sporo mnie i moich doświadczeń, ale dużo bardziej ciekawi mnie to, jakie struny poruszają te teksty u innych ludzi. Nie chodzi mi o to, żeby pisać swoją muzyczną autobiografię.
- Jako fan muzyki folkowej pamiętam, że będąc na koncertach, chociażby The Lumineers czy Mumford & Sons, niejednokrotnie marzyłem o tym, aby usłyszeć taką muzykę także w języku polskim w wykonaniu naszych artystów. W końcu się to udaje. Nie boicie się jednak porównań np. z amerykańskimi gwiazdami? Folk, który tworzycie, jest niezwykle popularny właśnie wśród tamtych artystów. Co wyjątkowego chcielibyście dodać od siebie do indie folku?
Nie boimy się tych porównań, dlatego że występujemy z pozycji fanów tych zespołów i jeżeli ktoś słyszy w naszych utworach Mumford & Sons, The Lumineers, Of Monsters & Men i inne folkowe grupy, to nie jest to przypadek. Kochamy taką muzykę i chcemy ją grać. Na początku bardzo wiele zespołów chciałoby grać jak ktoś, jak tamci. Jest to zazwyczaj niemożliwe. Pojawia się rozczarowanie, że nie można być nimi. Bo oni już istnieją. W pewnym momencie możesz przejść jednak z odgrywania konwencji do własnego, wyjątkowego stylu. Nabraliśmy tego stylu i tak jak zauważyłeś, to się ujawnia w tekstach. Chciałbym, żebyśmy byli znani z chwytliwej folkowej muzyki pełnej historii i emocji, które czynią ją uniwersalną. To jest ten wyróżnik. Na ten moment możemy mówić o naszym stylu na bazie dwóch singli, ale kiedy pokażemy całą płytę, to myślę, że będzie można odczuć nie tylko różnorodność emocji, ale także środków muzycznych.
- Muszę teraz wspomnieć o pewnym duecie. Niebywały sukces Kwiatu Jabłoni, który tworzy podobną muzykę, co Wy, pokazuje, że polscy słuchacze wcale nie są zamknięci na mieszankę folku z popem. Co więcej, widać, że łakną takiej muzyki. Melodyjnej, minimalistycznej, bez niepotrzebnego efekciarstwa, szczerej i przede wszystkim o czymś. Nastawionej mocno na tekst i opowieść. Czy myślisz, że folk w Polsce faktycznie może się rozwinąć i stać się bardziej popularny? Może nastanie moda na taką muzykę?
Pamiętam, że w jednym radiu Kasia Sienkiewicz z Kwiatu Jabłoni miała swoją audycję i kiedyś mnie tam zaprosiła. Następnym gościem programu była Agata Karczewska. Spotkaliśmy się wszyscy w drzwiach i zażartowałem, że cała warszawska, a może nawet cała młoda polska scena folkowa spotkała się w jednym pomieszczeniu. Był to oczywiście żart, ale czasami faktycznie czuliśmy się w ten sposób. Niewykluczone, że na Zachodzie ten gatunek ma największą falę popularności i czasy świetności już za sobą. Bardzo często zastanawiałem się, dlaczego takiej muzyki nie ma w ogóle w Polsce. Być może chodziło o aspekt komercyjny. Jeśli podchodziłoby się do tego takimi kategoriami, to dziś muzyka folkowa nie wydaje się właściwym ruchem. Kwiat Jabłoni udowodnił jednak, że jest wręcz przeciwnie. Twórczość Kasi i Jacka jest taką muzyczną odtrutką na dzisiejsze czasy. Obecnie cały rynek kręci się wokół elektroniki, charakteryzuje się przesytem produkcyjnym. Okazuje się jednak, że można nagle wyjść z dwoma instrumentami na scenę i zagrać coś, co poruszy tłumy. Publiczność Kasi i Jacka to często ludzie młodzi, wchodzący w dorosłość, mający różne rozterki, o których w przestrzeni publicznej raczej się nie mówi. Odpowiedzi na te wszystkie pytania odnajdują właśnie w muzyce Kwiatu Jabłoni. Ciężko mi ocenić, czy tworzymy muzykę dla tej samej grupy, co oni. To możliwe. Bardzo wierzę w to, że folk ma potencjał trafiania do wszystkich. Folk jest szczery, odwołuje się do korzeni muzyki, do rzeczy które są ludziom bliskie. To przystępna muzyka. Kibicuję wszystkim, którzy robią w Polsce taką muzykę. Również w FONOBO jest kilka osób grających folk i to jest fantastyczne. To wciąż muzyka niszowa, więc wszyscy wspieramy się w tej polskiej folkowej rodzinie. Mam nadzieję, że za jakiś czas nie będziemy o tym rozmawiać jako o niszy, a jako o czymś powszechnie słuchanym i lubianym.
- Mówisz, że wszyscy się wspieracie. Coś w tym jest. Zauważyłem, że Kasia i Jacek z Kwiatu Jabłoni mocno Wam kibicują. Widać to w social mediach. Czy myśleliście o wspólnej piosence? To byłaby naprawdę ciekawa mieszanka, coś niezwykłego w polskim folku. Jak się w ogóle poznaliście z Kwiatem Jabłoni?
Kasię poznałem właśnie na open micu, o którym wspominałem. Wtedy nie było jeszcze Kwiatu Jabłoni. Kasia i Jacek grali w zespole Hollow Quartet. Wydali mi się wówczas bardzo sympatyczni. Kiedy pierwszy raz zagrałem publicznie swój utwór, podszedł do mnie Jacek. Powiedział, że piosenka jest super i wpada w ucho. To było dla mnie bardzo motywujące. Jacek grał także z naszą skrzypaczką, Karoliną w innym zespole. Kiedyś pomagałem mu również w jakimś studenckim projekcie. Nasze drogi się przeplatały. Sporadycznie, ale mijaliśmy się co jakiś czas. Następnie były koncerty, gdzie graliśmy support przed nimi. Dwa w Warszawie i jeden w Krakowie. Byli bardzo dla nas hojni, jeżeli chodzi o wsparcie. Zawsze ciepło się o nas wypowiadali. Wspominam te koncerty do dziś. Rozen nie może liczyć jeszcze na tak liczną publiczność. Wystąpiliśmy w wypełnionym po brzegi krakowskim klubie Studio, a to naprawdę duże miejsce. Możliwość zagrania naszego materiału dla otwartej na taką muzykę publiczności było naprawdę czymś niezapomnianym. Cały czas mam w głowie reakcje widzów na nasze utwory. W chwilach zwątpienia przypominam sobie, że są ludzie, którzy jeśli tylko o nas usłyszą, to będą chcieli nas słuchać.
- … a wspólna piosenka Rozen i Kwiatu Jabłoni? :)
Kto wie. Myślę, że byłoby to fantastyczne. Jeśli Kasia i Jacek przeczytają ten wywiad, to my jesteśmy otwarci (śmiech). Chętnie! A tak zupełnie szczerze… To byłoby naprawdę ciekawe. Instrumentacja ich zespołu i nasza to takie folkowe combo. To po prostu musi wypalić. Mam nadzieję, że kiedyś się to wydarzy.
- Zaprezentowaliście dwa singla, a to już całkiem spora zapowiedź debiutanckiej płyty. Kiedy możemy jej się spodziewać? Czy szykujecie jakieś niespodzianki? Mam na myśli inne brzmienie. A może pojawią się zaskakujący goście?
Płyta nadal powstaje. Materiał na nią istniał już wcześniej, niektóre piosenki mają nawet po kilka dobrych lat. Czekały na nagranie. Jesteśmy na bardzo zaawansowanym etapie. I czujemy, że teraz to naprawdę wypali. I to już na wiosnę. Wiem, że w czasach koronawirusa nie powinno się mówić, że coś na pewno wypali, ale wszystko wskazuje na to, że w tym przypadku tak będzie. Nasze dwa single dają już pewne wyobrażenie o całej płycie, ale mogę powiedzieć śmiało, że album będzie bogatszy muzycznie. Kwestię gości na razie pominę. Na pewno w niektórych utworach będzie można usłyszeć więcej instrumentów niż te, które prezentujemy na scenie. Nasze główne instrumenty, czyli wiolonczela, skrzypce, gitara i perkusja, będą przeplatane różnymi innymi ciekawymi brzmieniami.
- Próbujecie też łączyć folk z elektroniką? To dość modne połączenie w ostatnim czasie.
W pewnym sensie tak. Przez długi czas, za sprawą tych licznych falstartów, perspektywa nagrywania muzyki w studiu była dla mnie rzeczą, której bardzo się bałem. W przeszłości kończyło się to często kiksem. Traktowałem to więc jak coś nieprzyjemnego w porównaniu z graniem koncertów, które są pozytywne i energetyczne. Współpraca z producentem, Mateuszem Hulbójem, z którym tworzymy muzykę, kompletnie zmieniła moje podejście. Zachwyciła mnie i rozwinęła muzycznie. Mateusz jest wdzięcznym partnerem do pracy. Zachęca mnie do tego, żeby spróbować nowych rzeczy. Na naszej płycie pojawią się instrumenty dęte, które były moim marzeniem. Wydawało mi się to do pewnego momentu czymś nieosiągalnym. Będzie też trochę elektroniki, ale nie takiej jak ta popularna obecnie. Będzie ona dużo bardziej schowana. Budująca pewien ambient, nastrój, a nie samą melodię. Zdradzę jednak, że znajdzie się na płycie jeden mały wyjątek. Pracując z Mateuszem w studiu, czułem się czasem jak dziecko, które jest pierwszy raz w Disneylandzie. Te wszystkie zabawki tak bardzo mi się spodobały. Wyszło z tego wiele różnych eksperymentów.
- Mamy trudne czasy koronawirusa. Pandemia mocno wpłynęła na życie muzyków i funkcjonowanie branży koncertowej. Zapewne też planowaliście pierwsze koncerty z nowym materiałem. Jak na Was wpłynął ten czas? Może pandemia pomogła Wam w tworzeniu i dopieszczaniu pierwszej płyty? Wielu znanych artystów, także tych największych, przyznało, że ten trudny czas pozwolił im tworzyć o wiele więcej nowej muzyce. Bo mieli po prostu na to czas. Dobrym przykładem jest m.in. Taylor Swift, która dzięki lockdownowi stworzyła płytę Folklore, uznawaną przez wielu krytyków za jej najlepszą. Być może gdyby nie pandemia, ten album mógłby w ogóle nie powstać. Jak było w waszym przypadku?
Fakt niegrania koncertów, a równocześnie nagrywania płyty powoduje, że możemy całą energię poświęcić właśnie na to. Wróciłem niedawno z sesji wyjazdowej w Zakopanem, gdzie nagrywaliśmy coś w domowym studiu. To jest taki efekt uboczny całej tej sytuacji, który akurat jest super. Utrudnieniem jest na pewno to, że się mniej widujemy. Staramy się trzymać dystans. Nie za bardzo możemy robić próby. Jesteśmy trochę rozproszeni po kraju. Jest to pewna trudność. Mogliśmy jednak w całości poświęcić się nagraniom. Potrzebowaliśmy tego. Czas pandemii, zwłaszcza ten początkowy, był naprawdę dziwny. W pierwszych tygodniach miałem dużo więcej wolnego czasu w związku z pracą. Kompletnie nie mogłem jednak skupić się na muzyce. Te warunki wydawały mi się takie sztuczne. Nie byłem w stanie sięgnąć po gitarę. Teraz jest odwrotnie. Im bardziej nasz materiał staje się namacalny, tym bardziej jestem zainspirowany. Ubolewamy jednak, że nie możemy testować muzyki na żywo. Jest to dla nas pewna nowość, ponieważ koncerty są dobrą próbą sprawdzenia, czy jakaś piosenka rezonuje w ludziach, czy jednak nie. Singiel Nie wyjadę to przypadek utworu, który opublikowaliśmy przed zagraniem go na żywo.
- Nawiążę więc do tematu koncertów. Zdaję sobie sprawę, że w czasach pandemii ciężko rozmawiać o jakichkolwiek planach czy trasie koncertowej. Ciekawi mnie jednak jedna rzecz. Czy masz już pomysł na waszą trasę? Jak mogłaby wyglądać ona od strony wizualnej? Mówię o oprawie, aranżacji, scenografii. Czy masz wymarzoną wizję koncertu?
Dotknąłeś teraz jednego z moich marzeń muzycznych. Ralph Kamiński, nasz kolega z tej samej wytwórni, jest arcymistrzem czegoś takiego. Jego koncerty to właściwie spektakle. Marzy mi się, aby nasza muzyka była podróżą, pewną większą wypowiedzią złożoną z różnych historii. Koncerty są szansą, żeby opowiedzieć te historie po swojemu. Spójnie w muzyce, scenografii, kostiumach. Wiadome, że ten aspekt przychodzi jednak z czasem i wraz ze skalą koncertów. Nie mieliśmy jeszcze szansy pokazać się w pełni i pomyśleć o tym wszystkim. Inaczej się gra w małym klubie, a inaczej na dużej scenie. Jeśli będziemy mogli grać większe koncerty, to na pewno chciałbym, aby były one jakąś opowieścią. Mam nadzieję, że kiedyś stworzymy coś fajnego.
- Jesteś fanem zamkniętych, klubowych koncertów czy wolisz jednak występy plenerowe? Na pewno publiczność festiwalowa jest nieco inna od widzów zgromadzonych w klubie np. w trakcie trasy koncertowej.
Mamy małe doświadczenie grania na festiwalach. Pierwszym festiwalem, na którym mieliśmy wystąpić, był tegoroczny Spring Break w Poznaniu. Koncerty plenerowe mają swoją specyfikę. Często jest tak, że grający zespół to taka atrakcja oglądana z boku na spacerze. Koncerty zamknięte dają to skupienie, które jest potrzebne do obcowania z muzyką. Marzę jednak, żeby zagrać kiedyś na dużym festiwalu. To jest taka specyficzna rzeczywistość. Święto, na które przyjeżdżają ludzie bardzo otwarci na każdą muzykę. Występ w takim miejscu musi być czymś świetnym.
- Człowiek kreatywny to zawsze człowiek z wieloma pasjami. Co jeszcze sprawia Ci przyjemność oprócz grania i tworzenia muzyki?
Twoje pytanie spotyka się z refleksją, którą akurat miałem ostatnio. Zarówno tworzenie muzyki, jak i branding są dość absorbujące, więc czasami czuję, jakbym pracował na dwie zmiany. Zapominam, że to przecież moje pasje. Mam jednak też inne zajęcia, które dają mi przyjemność. Na przykład chodzenie po górach. Lubię też żeglarstwo i to akurat zaplata się jakoś z muzyką, bo właśnie na żaglach poznałem Karolinę Matuszkiewicz. Od tego zaczęła się cała moja kariera muzyczna. Bardzo lubię też prace ogrodnicze. Wiem jak to brzmi (śmiech). Ale to bardzo kojące zajęcie. Często jeździmy z żoną na działkę i rozmawiamy tam głównie o tym, co posadzić, co przesadzić, co przyciąć. Można się uzależnić.
- Czytelnicy All About Music uwielbiają różnorodną muzykę. Może polecisz coś ciekawego, czego ostatnio słuchasz i czym się zachwycasz?
Zainspirowała mnie ostatnio jedna rzecz, ale trochę wstyd polecać, bo w sumie wstyd jej nie znać. Wcześniej w ogóle nie załapałem się na Artura Rojka. Przez wiele lat kojarzył mi się głównie z Myslovitz i bardzo starymi hitami. Nie wiem, jak się uchowałem, ale praktycznie nie znałem jego solowej twórczości. Płyta Składam się z ciągłych powtórzeń to wybitna muzyka pod każdym względem. Lato 76 i Beska są dla mnie jednymi z lepszych piosenek, jakie kiedykolwiek słyszałem, a już zwłaszcza w języku polskim. To tak trochę w kategorii nadrabiania zaległości. Więc jeśli ktoś ma takie zaległości jak ja, to bardzo polecam. Z piosenek, które ostatnio mam ciągle w głowie, to na pewno utwór Colors zespołu Black Pumas. Cały ich album jest fantastyczny. To takie moje ostatnie odkrycie. Słucham ich nałogowo.
- Dzięki bardzo za wywiad. Trzymam za Was kciuki i czekam na debiutancki album.
Bardzo fajna rozmowa. Wielkie dzięki!
