Znamy go doskonale jako aktora wcielającego się między innymi w główną rolę w filmie Hiacynt, ale Tomek Ziętek właściwie zawsze łączył aktorstwo z muzyką. Teraz odkrył przed nami coś zupełnie innego i na debiutanckim solowym albumie Some Old Songs pokazuje siebie, bez scenariusza czy kreacji. O tej płycie pełnej zachwytów nad zwyczajną codziennością przeczytacie więcej w zapisie naszej rozmowy.
Adrianna Małolepszy: Twoja ścieżka nie była do końca prosta. Zaczynałeś tak naprawdę od muzyki, a jednak wchodzisz w nią w pełni dopiero teraz. Dlaczego?
Było tutaj bardzo wiele czynników. Chyba jednym z najważniejszych to, że po skończeniu szkoły aktorskiej od razu zacząłem pracę. Cały czas dostawałem nowe role i propozycje, więc mocno mnie to absorbowało. Oczywiście muzykę dalej tworzyłem – z zespołem The Fruitcakes wydaliśmy trzy płyty. Próbowałem to łączyć, ale różnie nam wychodziło. Do solowego projektu musiałem dojrzeć. Potrzebowałem pewności, że chcę pokazać ten materiał w takiej, a nie innej formie.
AM: Na czym dokładnie polegał ten proces dojrzewania?
Współprodukowałem płyty The Fruitcakes, uczyłem się mixu, produkcji i po wydaniu naszej ostatniej płyty wiedziałem, że z pomocą odpowiednich ludzi, będę w stanie już zabrać się za swój solowy projekt. Poczułem, że to jest ten moment. Takie trochę teraz albo nigdy. Obawiałem się też, czy te utwory się nie dezaktualizują. Nagrywałem je w przeciągu jednego roku, chociaż pisałem je niekiedy w zupełnie różnych momentach życia.
Wiedziałem też, że dopóki tego nie wydam, nie będę mógł pójść dalej i trzeba to zrobić. Czekanie na osiągnięcie perfekcji nie ma tutaj sensu, bo i tak nigdy nie będzie idealnie.
AM: Ktoś Cię popchnął w kierunku tej ostatecznej decyzji?
Niewątpliwy wpływ miała na to moja żona, która cały czas ogromnie mnie wspiera i zawsze mówiła, że chciałaby, żeby ktoś poza nią też miał szansę posłuchać tej muzyki. Podczas nagrań The Fruitcakes poznałem też Łukasza Kumańskiego, który stał się realizatorem i współproducentem tej płyty i to też było kluczowe. Znalezienie odpowiednich ludzi i pozytywna energia jest niesamowicie ważna. Na pewno skłoniło mnie to do podjęcia tego ryzyka. Mam poczucie, że moja płyta jest bardzo osobista, mimo, że teksty są po angielsku i część osób zarzucało mi jakiegoś rodzaju kreację, ale to jest mój język muzyczny. Ja się wychowałem na muzyce angielskiej czy amerykańskiej i właśnie to jest dla mnie naturalne.
AM: Doskonale Cię rozumiem. Nasze pokolenie wychowało się głównie na muzyce ze Stanów i Wielkiej Brytanii i takim językiem muzycznym się wciąż posługujemy.
Uważam, że jestem po prostu dzieckiem swoich czasów. W latach 90’ wszystkie prywatne rozgłośnie grały właśnie taką muzykę. To na pewno odcisnęło na mnie jakieś piętno. Oczywiście moje fascynacje Beatlesami czy Neilem Youngiem swoją drogą, ale gdyby szukać takiego najbardziej podstawowego rodowodu to myślę, że radio jest tu kluczowym elementem.
AM: Więcej wpływu The Beatles słyszę w płytach The Fruitcakes niż na Twojej solowej.
Moją solową płytę bardzo mocno definiuje gitara akustyczna i idę bardziej w kierunku amerykańskich songwriterów niż Beatlesów. Chciałem odejść trochę od tego co eksplorowaliśmy z zespołem, od tej zabawy formą i naciągania jej do granic możliwości. Na solowej płycie chciałem skupić się na warstwie lirycznej. Tak naprawdę to są bardzo proste piosenki, odwołujące się do bardzo uniwersalnych form.
AM: To są formaty, które wszyscy znają, ale dodajesz do nich coś od siebie i bardzo dobrze to wychodzi.
Cały czas wspominamy o zespole. Jakbyś porównał ten proces tworzenia w zespole a solowo?
Praca w zespole jest jednak pracą pełną kompromisów. Przynosisz jakiś utwór i każdy musi się zgodzić na to, żeby nad nim pracować i żeby znalazł się na płycie. Kilka osób też tworzy sam numer i go pisze. Tutaj byłem tylko ja. Dlatego ta płyta jest dla mnie tak osobista, bo przy wszystkich poprzednich utwory były współdzielone i kilka osób miało wpływ na ich kształt. Teraz nie musiałem tego konfrontować z nikim. W pewnym sensie jest to trudniejsze, bo nagle nie ma tego “odbicia” od drugiej osoby i od zespołu. Oczywiście są muzycy i realizator, ale ostateczna decyzja zawsze była moja.
AM: No i Ty ponosisz całą odpowiedzialność.
Tak. Cieszę się, że wydałem tę płytę i też cieszę się, że teraz, a nie wcześniej. W tym momencie czuję się gotowy. Miałem poczucie, że mam o czym opowiadać i to był odpowiedni moment. Traktuję tę płytę osobiście do tego stopnia, że tworząc grafikę, całe wnętrze książeczki jest stworzone przeze mnie. To jest zapis szalonego czasu w moim życiu.
AM: Jest bardzo osobiste, bo znakomita większość jest tam Twojego autorstwa, ale jest jedna “wisienka” czyli utwór Your Kiss. Skąd wziął się ten wiersz?
To chyba najstarszy utwór, który znalazł się na płycie i on w odróżnieniu od całej reszty powstał trochę “odwrotnie”. W moim przypadku jest tak, że najpierw piszę muzykę, która później determinuje o czym będę chciał opowiedzieć tekstem. Tutaj najpierw był tekst. Znalazłem go w zbiorze niepublikowanych wierszy Jacka Londona, ale później okazało się, że autorstwo tego wiersza przypisuje się Gouverneurowi Morrisowi, co bardzo mnie zaskoczyło.
AM: Czemu zdecydowałeś się umieścić na płycie ten jeden numer z nie Twoim tekstem?
Bo od niego dużo się zaczęło i był dla mnie ważny. Kiedyś nagrałem go nawet w innej, jeszcze bardziej akustycznej wersji. Może kiedyś ukaże się w tamtej formie, ale na to jest jeszcze czas.
AM: Opowiedz mi jeszcze o numerze Tangerine Trees. To jest otwarcie płyty, które wprowadza troszkę inne oczekiwania względem tego co jest dalej.
Tak, jest bardzo żywiołowy w stosunku do reszty. Przypatrywałem się temu jak rozmieszczali utwory na płytach, między innymi, właśnie Beatlesi. Wiem, że to było podyktowane wtedy też technicznymi rzeczami. Chciałem pozytywnego otwarcia.
AM: Uwielbiam też emocje, które przekazujesz w What A Day.
Bardzo się cieszę, ja też bardzo lubię ten utwór. To jest dla mnie taka litania nad porankiem.
AM: Cała ta płyta to są bardzo codzienne emocje i sytuacje.
Zależało mi na tym. Nagrałem znacznie więcej utworów niż finalnie znalazło się na płycie, ale nie chciałem jej przeładować, bo zależało mi, żeby w kontekście winyla zachować jakość brzmienia. Słuchając tego materiału wiedziałem, że chcę, żeby płyta mówiła o pozytywnych emocjach. Chciałbym się dzielić dobrymi rzeczami, pięknymi wspomnieniami. Nie chciałem tego zaburzyć i odrzuciłem wszystkie utwory, które się w to nie do końca wpisywały.
AM: Powstało już kilka teledysków do płyty, ale zatrzymajmy się przy C’mon. Skąd tam Eliza I Wojtek?
Wszystkie teledyski, które robiliśmy wracają do klasycznych form tego medium, a tutaj obecność mojego brata Wojtka i Elizy Rycembel nie jest przypadkowa. Pełnili oni bardzo ważną funkcję w życiu moim i mojej żony, bo byli świadkami na naszym ślubie. chciałem mieć w pewnym sensie pamiątkę i po raz kolejny moje prywatne życie wplata się w twórczość.
AM: To piękne. Wiem też, że miałeś już okazję wystąpić z tym materiałem na żywo.
Tak. Ja bardzo lubię grać koncerty. To był pojedynczy koncert w Lublinie, bardzo mocno się do niego przygotowywaliśmy, mieliśmy super widownię. Nawet głosowali wtedy na to co zostanie kolejnym singlem, więc to dzięki lublinianom mamy Some Old Gum jako trzeci singiel. Bardzo ciekawym doświadczeniem było zagrać te utwory na żywo, bo wydaje mi się, że są w trochę innej wersji. To jest płyta bardzo “do słuchania”, a koncert wymaga trochę innej energii, więc z tą świadomością przygotowaliśmy trochę inne wersje tych numerów. Będzie można się o tym przekonać na trasie koncertowej w lutym.
AM: Zapowiada się wspaniale! Zastanawia mnie też jak bardzo różni się zagospodarowanie przestrzeni na scenie jako aktor, a będąc w roli wokalisty?
Diametralnie. Jako aktor musisz dostosować się zarówno do przebiegu dramatycznego spektaklu, jak i do pozostałych aktorów, z którymi grasz. Wpływ widowni na to co dzieję się na scenie jest minimalny. Wydaje mi się, że w przypadku muzyki ten wpływ jest tak duży, że dostosowujesz to co robisz do nich nawet w trakcie. W przypadku aktorstwa kryjesz się też za kreacją,a tu jesteś totalnie sobą. Ja tworząc tę płytę specjalnie podpisałem ją swoim pełnym imieniem i nazwiskiem, więc wychodzę i staję przed ludźmi jako ja, a nie jako postać. Wydaje mi się, że z mojej perspektywy łatwiej jest stanąć na scenie jako postać. Grając koncert zawsze się denerwuję. Tego nie da się chyba do końca pozbyć. Wydaje mi się, że z biegiem lat nabywamy większą świadomość tego co i jak robimy, ale też co może pójść nie tak. Im jestem starszy tym bardziej się denerwuję.
AM: Bardzo serdecznie Ci dziękuję i trzymam kciuki za wszystkie Twoje projekty!