Kayaxowy projekt My Name is New rośnie w siłę, niedawno został ogłoszony labelem, pod skrzydłami ma wielu zdolnych, obiecujących artystów. Jednym z nich jest Tacher, którego debiutancki solowy album ukazał się 30 września.
Jego Pudełko na buty to zbiór rozmaitych historii. Niedawno mieliśmy okazję porozmawiać z muzykiem i zapytać go, co tak naprawdę w nim schował.
Daria Radomska: Dosłownie kilka dni temu premierę miało Twoje debiutanckie wydawnictwo. Pudełko na buty może być interpretowane na różne sposoby. Osobiście kojarzy mi się z dzieciństwem i chowanymi w nim największymi skarbami. A Ty, co w nim ukryłeś?
Tacher: Ukryłem w nim dziewięć piosenek. Ale rzeczywiście ten tytuł najczęściej kojarzy się tak, jak mówisz. Ja też mam takie pudełko. Trzymam w nim zdjęcia, jakieś stare bilety z wystaw, pamiątki z podróży i walkmana, nie wiem po co. Tytuł płyty pochodzi od piosenki, która traktuje metaforycznie o przyprawiającej o szaleństwo samotności, odosobnieniu, potrzebie przyjaźni i odrobiny czułości. Tekst to monolog, prośba, wołanie jakiegoś stworzenia trzymanego w pudełku na buty na straganie podczas wielkiej wyprzedaży w piekle, gdzie handluje się wszystkim. Spotkałem się też ze społeczno polityczną interpretacją tej piosenki. Ktoś napisał, że wpisuje się ona w aktualny czas. Faktycznie, w Pudełku na buty śpiewam, nawiązując do znanej ryciny Francesco Goi, że kiedy rozum śpi wstają kościotrupy i upiory. Rzeczywiście ostatnimi czasy, jak grzyby po deszczu, powstają coraz głupsze teorie spiskowe, podsycane przez nieodpowiedzialnych ludzi, a my jesteśmy coraz bardziej okopani, zamknięci w swoich bańkach, jak właśnie w takich pudełkach na buty. Po angielsku mówi się też: „to think out of the box”, co wyraża potrzebę wyjścia poza pewien schemat, nabrania dystansu.
Płyta wyszła po szyldem My Name Is New, projektu, który niedawno ogłosił się labelem. Jakie możliwości otworzył on przed Tobą? W końcu jesteś jednym z pierwszych jego podopiecznych.
Dołączyłem do projektu na samym początku w 2018 roku. Wtedy mój pierwszy singiel Love pod prąd pojawił się na wszystkich platformach streamingowych. Później był drugi singiel Piąte piętro, a teraz już cały album Pudełko na buty. Dzięki My Name Is New zagrałem kilka dużych supportów, brałem udział w koncertach i festiwalach organizowanych przez MNIN i mogłem też liczyć na wsparcie medialne swoich działań. Jestem na świeżo, tydzień po wydaniu debiutanckiej płyty i sporo się dowiedziałem o tym, jak funkcjonuje dzisiaj cała machina promocyjna, obejmująca również wszystkie te nowe narzędzia komunikacyjne. Wygenerowanie nawet niewielkiego zainteresowania artystą i jego płytą czy singlem wymaga wspólnej pracy wielu ludzi, a także wspierających się nawzajem promocyjnie artystów. Samotny wilk ma dziś jeszcze trudniej, bo informacje bombardują nas tonami i przelatują z prędkością światła.
Skąd czerpiesz inspiracje? Często mówisz, że historie zawarte na albumie zahaczają o metafizykę. Zastanawiam się, czy któraś z historii „wydarzyła się naprawdę”?
Na szczęście nie. W realu pozostaję zwolennikiem tzw. liberalnej ironii, a nie metafizyki. Moje piosenki czasem metaforycznie czy alegorycznie odnoszą się do rzeczywistości wokół nas, jak we wspomnianej interpretacji Pudełka na buty. Love pod prąd jest np. piosenką o miłości w czasach braku kultury. Opowiada o poddanej społecznemu wykluczeniu bliskiej relacji człowieka z robotem. Inspirują mnie filmy, książki, seriale, komiksy. Wiadomo, jak każdego. Melancholia i może trochę też Hedonizm są inspirowane prozą Georges’a Bataille’a; Bracia Wszechmogący nawiązują gdzieś do „Kaznodziei” Gartha Ennisa, w Piątym piętrze pobrzmiewają echa rozwijanej przez Nietzsche’go starożytnej koncepcji wiecznego powrotu, mitu o Prometeuszu albo „Dnia świstaka” z Billem Murrayem. Nie byłbym też sobą, gdybym czasem – na przykład w takim mrocznym, brutalnym westernie fantastycznym, jak wspomniani Bracia Wszechmogący – nie puścił jednak oka do odbiorcy, podsuwając mu w refrenie jeszcze jeden literacki punkt odniesienia z zupełnie innej beczki, rozbrajający nieco ten mroczny nastrój.
Album powstawał na przestrzeni kilku lat. Czy w związku z tym od samego początku wiedziałeś, w jakim kierunku będzie kształtować się płyta? A może zamysł zmieniał się z czasem?
Mniej więcej kierunek znałem i czułem, ale potrzebowałem trochę czasu, żeby dojść do samodzielności i zorganizować się w nowej sytuacji. Niektóre piosenki mają dobrych kilka lat. Ich formy, aranże i czasem teksty zmieniały się. Otwierające płytę Białe ptaki i zamykający Hedonizm są stosunkowo najmłodsze. Na wczesnym etapie obawiałem się np. tego, że album nie będzie spójny, że stylistycznie jestem za bardzo rozstrzelony, ale po ostatecznej selekcji i końcowych szlifach produkcyjnych Pudełko na buty okazało się, ku mojemu własnemu zaskoczeniu, bardzo spójną w swojej różnorodności 40-minutową płytą.
Przeczytałam gdzieś w Twoich social mediach o motywie kota leżącego w tytułowym pudełku i bardzo mi się to spodobało. Trochę jest tak, że słuchając albumu człowiek czuje się wręcz otulany, głaskany tak jak on (kot) delikatnymi dźwiękami. Jak byś się do tego odniósł?
„Cześć Koty. Wymośćcie się w moim pudełku”. Bo ja mam koty i wiem czego koty potrzebują. Gdy kot widzi pudełko, musi do niego wejść. To co mówisz, to bardzo miła recenzja mojego albumu.
Scena muzyczna nie jest Ci obca od wielu lat, jednak Pudełko na buty to Twoje pierwsze solowe „dziecko”. Czy z perspektywy czasu ta podróż w pojedynkę to dla Ciebie ogromne wyzwanie? Znajdujesz wiele różnic pomiędzy byciem i graniem w zespole a pracą samemu?
Różnice są zasadnicze, bo teraz robię to, co chcę i z czystym sumieniem biorę za to odpowiedzialność. Było mi to potrzebne, bo zbyt często czułem się jak kot w nie swoich butach. Więc zdjąłem je i urządziłem się w pudełku.
Teraz komponuję, piszę teksty i produkuję swoje piosenki. Oczywiście korzystam też z pomocy instrumentalistów, realizatorów, Bartosz Jaworski zrobił miks i mastering. Żeby się ogarnąć i przestawić potrzebowałem trochę czasu. Największym wyzwaniem było pokonanie wewnętrznych barier w głowie.
Z każdego utworu bije niezwykła charyzma i emocjonalność. Widać, że wkładasz w to, co robisz, całe serce. Która z piosenek była dla Ciebie najtrudniejsza do napisania/skończenia?
Na płycie akurat znalazły się piosenki, z którymi nie miałem większych trudności i jakoś tak naturalnie mi się napisały. Zazwyczaj największe perturbacje dotyczą tekstów, ale te piosenki, których teksty mnie nie zadowalały, po prostu nie weszły i czekają na swoją porę. Czasami muszę piosenkę odłożyć na kilka tygodni do szuflady, żeby zacząć myśleć o niej „out of the shoebox” właśnie. Bracia Wszechmogący powstali z zupełnie innej piosenki, w której coś mi ciągle nie grało. Odkopałem ją po dłuższym czasie i w ciągu kilku chwil zmieniłem tempo, trochę linię wokalu, cały tekst i dodałem nowy refren.
Udało mi się dotrzeć do setlisty z jednego z koncertów. Między autorskie utwory wplotłeś wtedy covery takich klasyków jak Radiohead, Nirvana czy Damien Rice. Ich twórczość wydaje się dość spójna z tym, co robisz. Ale… Czy zdarzają się jakieś muzyczne wariacje w Twoich słuchawkach?
Niech no spojrzę w telefon, który za mnie nawet wie, czego słucham. Nie, nie ma wariacji raczej. Wszystko się mieści gdzieś w przedziale między Grechutą a Nirvaną. Ostatnio słuchałem Kurta Vile’a, Phoebe Bridgers i Khruangbin. Może Maciej Obara Quartet nieco odstaje stylistycznie.
Mimo wszechobecnej pandemii zdecydowałeś się na wydanie płyty. Czy była to łatwa decyzja? Z jednej strony zmniejsza to pole do promocji (chociażby brak, albo bardzo okrojona ilość, koncertów). Z drugiej jednak trudno nie odnieść wrażenia, że teraz muzyka jest wielu ludziom potrzebna jeszcze bardziej.
Decyzja nie była trudna. Chciałem już w końcu wydać ten album i zaznaczyć swoją obecność czymś konkretnym. Żal koncertów, bo sytuacja pogarsza się znowu z dnia na dzień. Nie wiadomo, ile pandemia i związane z nią zmiany potrwają, więc nie ma co odwlekać wszystkiego na przyszłość. Wszystko dzieje się teraz. W przypadku nastawionych na duży komercyjny sukces producentów nowego Bonda czy Batmana odwlekanie premiery może jeszcze jest uzasadnione. W moim niekoniecznie. Ja przyszedłem się przywitać i powiedzieć, że jestem.
Data premiery albumu zbiegła się z datą wydania tytułowego singla, za którym stoi niezwykle ciekawy teledysk. Opowiedz, proszę, nam coś więcej o koncepcie tej piosenki.
Animację do Pudełka na buty stworzył Kajetan Pochylski. Kobiety-muchy, centaury i inne chimery przechadzają się w niej po ulicy Bydgoskiej w Toruniu. Gdyby istniało piekło, tak właśnie by wyglądało. Albo niebo. Kajetan objechał ostatnio festiwale i zebrał nagrody za swój autobiograficzny dokument animowany pt. „Ostatnie kino” – miałem przyjemność nagrać do niego kilka dźwięków. Jak wrócił, to zrobił ten teledysk. W klipie pojawiają się też lalki zaprojektowane i wykonane przez Maję Krupińską, która konstruuje takie dzieła sztuki dla toruńskiego Baja Pomorskiego i innych teatrów w Polsce. Lalki Mai świetnie wkomponowały się w surrealistyczny świat Kajetana i wszystko razem idealnie zagrało z moją piosenką.
