„Miłość nie należy wyłącznie do rock’n’rollowego cliché, jeśli śpiewasz o niej we właściwy sposób”. Wywiad z Paulem Humphreysem z OMD

Znalezione obrazy dla zapytania Paul HumphreysKiedy w październiku 1978 roku grali swój pierwszy w karierze koncert nie mogli przewidzieć, że cztery dekady później staną się jedną z legend muzyki elektronicznej. O trudnych, choć szalonych początkach, skomplikowanej relacji z Beatlesami i niegasnącym buncie rozmawiałam z Paulem Humphreysem z grupy Orchestral Manoeuvres in the Dark (OMD).

Katarzyna Turowicz: Mija 40 lat od Waszego pierwszego koncertu w Eric’s Club w Liverpoolu. Jak wspominasz pierwsze lata istnienia OMD?

Paul Humphreys: To były naprawdę bardzo dobre, wręcz fantastyczne czasy. Mieliśmy niesamowite szczęście, chociaż nasz początek nie należał do łatwych. Po pierwsze Andy i ja nie mieliśmy pieniędzy, nie mogliśmy kupić sprzętu i instrumentów, które chcieliśmy mieć.

Tak jak wiele zespołów debiutujących na przełomie lat ’70 i ’80.

Dokładnie, tak jak właściwie wszystkie formacje w tym czasie. Wszystkie grupy bardzo starały się kupować potrzebne instrumenty, a my byliśmy bardzo wciągnięci w muzykę elektroniczną, słuchaliśmy Kraftwerku i Neu!, obie grupy zostały założone w Dusseldorfie, oraz wielu innych zespołów pochodzących z Niemiec, które tworzyły w połowie lat ’70 i też chcieliśmy tacy być. Andy i ja byliśmy nastolatkami pragnącymi być Kraftwerkiem. (śmiech) W tym wszystkim dobre było to, że nie mogliśmy sobie pozwolić na bycie Kraftwerkiem, ponieważ oni mieli już wtedy ogromne pieniądze, by móc sobie kupić sprzęt wykonany zgodnie z ich wymaganiami.

A później również roboty…

Tak, mieli wykonywane według ich wytycznych syntezatory, a dodatkowo mogli sobie przy tym pozwolić na koszty, których my w tym czasie nie mogliśmy ominąć, więc aby brzmieć jak Kraftwerk musieliśmy mieć sprzęt taki jak oni, na który nie mogliśmy sobie wtedy pozwolić. W związku z tym musieliśmy stworzyć naszą własną wersję Kraftwerku, która stała się OMD i brzmiała całkowicie inaczej niż Kraftwerk. (śmiech) Myślę, że dopiero współcześnie osiągnęliśmy brzmienie zbliżone do tego, co prezentował Kraftwerk, ponieważ w końcu dysponujemy technologią, która nam na to pozwala.

Współcześnie rzeczywiście jest to dużo prostsze.

Poza tym myślę, że dopiero dziś, mimo 40. lat istnienia OMD, ponownie staliśmy się bardziej elektronicznym zespołem.  Wydaje mi się, że w momencie, kiedy lata ’80 przechodziły w kolejną dekadę XX wieku, prezentowaliśmy bardziej organiczne brzmienie. W tym czasie sięgaliśmy po więcej gitar, żywą perkusję i bas, czyli naturalne, prawdziwe instrumenty. Dużo z nimi wtedy eksperymentowaliśmy, ale kiedy zaczynaliśmy, nie posiadaliśmy żadnych syntezatorów.  Mogliśmy jedynie tworzyć zwariowane dźwięki na tych wszystkich sprzętach, które sam zrobiłem, bo byłem elektronicznym freakiem.

Mimo, że pewnym sentymentem otaczasz początki OMD i to szaleństwo lat ’80, to jednak nie mieliście łatwego startu…

Zdecydowanie! Nie byliśmy łabędziami. Nie potrafiliśmy nawet znaleźć żadnych ludzi, którzy chcieliby z nami grać, dlatego byliśmy duetem, tylko nas dwoje. Zazwyczaj Andy i ja graliśmy tylko w takim składzie, a na scenie wspomagał nas magnetofon, bo nie mieliśmy żadnych innych muzyków, którzy chcieliby z nami występować. Sądzili, że to, co robimy jest dziwne i tandetne. (śmiech) Wszyscy pragnęli należeć do rockowych zespołów.

A dziś, po 40 latach, jesteście jednym z najważniejszych i najbardziej wpływowych zespołów w historii muzyki elektronicznej.

Och, to bardzo miłe. Rzeczywiście, wiele zespołów inspirowało i nadal inspiruje się naszą twórczością. To wspaniałe móc słyszeć te wszystkie historie, które opowiadają nam młodsze formacje. Wiele z nich wskazuje album „Dazzle Ships” jako ten, który wywarł na nich największy wpływ. Dziś uważamy, że jest trochę szalony. Właściwie to najdziwniejsza płyta jaką kiedykolwiek nagraliśmy. (śmiech) Tak czy inaczej oni ją pokochali, a ten album ma coś do zaoferowania dla nich, to niesamowite. W tym znaczeniu jesteśmy dumni z tej płyty, ale nie jest ona naszym największym sukcesem.

Początki waszej kariery również rządziły się pewnymi dziwnymi z perspektywy czasu zasadami jak nieużywanie słowa „miłość” w waszych wczesnych utworach.

Tak, właściwie do naszego szóstego albumu studyjnego pomijaliśmy słowo „miłość” w naszych piosenkach, ponieważ dla nas, zespołu, który rozpoczynał swoją karierę na przełomie lat ’70 i ’80, ważne było uwolnienie się od tego całego rock’n’rollowego cliché. Kraftwerk nigdy nie śpiewał o miłości. W swoim utworach podejmowali tematyki przyszłości, a my pomyśleliśmy „Świetnie, to będzie naszą strategią”. Nie chcieliśmy robić czegoś, co mieściło się w tym rock’n’rollowym cliché, a miłość, naszym zdaniem, w tamtym czasie do tej sfery należała. Z perspektywy czasu myślę, że byliśmy wtedy zbyt wielkimi purystami, ponieważ wraz z Andym wnosiliśmy do zespołu i piosenek wszystko to, czym się wtedy interesowaliśmy – historię, II wojnę światową, przyszłość, ludzi. To były tematy, których nie podejmowały rockowe formacje, ale byliśmy też zainteresowani miłością, bo każdy z nas chce być kochany, więc w pewnym momencie pomyśleliśmy – dlaczego jesteśmy tak zawzięci i pomijamy w naszych piosenkach miłość? To przecież część ludzkości, a ludzkość składa się na tematy utworów OMD. Tego nie ma w twórczości Kraftwerku – oni do tego stopnia wydestylowali cywilizację ze swoich utworów, aż zostały w nich jedynie maszyny i roboty. Podczas gdy w naszym przypadku im bardziej się w nią zagłębialiśmy, tym więcej ludzkości i człowieka pokazywaliśmy w naszej muzyce, więc miłość również musiała się w niej znaleźć. Miłość nie należy wyłącznie do rock’n’rollowego cliché, jeśli śpiewasz o niej we właściwy sposób. W większości naszych utworów miłość pojawia się w formie złamanego serca, naszych złamanych serc – mojego i Andy’ego, naszych związków. Trudno jest być w trasie po świecie z zespołem i żegnać się ze swoją miłością słowami „Pa, kochanie, widzimy się za pół roku”. To nie jest dobre dla związków, oboje musieliśmy się z tym zmagać, więc naturalnie wpływało to na nasze piosenki.

Czy mieliście więcej podobnych reguł?

Oczywiście. Przede wszystkim chcieliśmy wyzbyć się tego, co wiązało się z rock’n’rollem. Nawet do tego stopnia, że kiedy do naszego duetu dołączył perkusista, my nie pozwoliliśmy mu grać na właściwej perkusji. On był tradycyjnym perkusistą i zapytał, czy może grać na prawdziwej perkusji, a my mu odpowiedzieliśmy „Nie, od dziś nie będziesz mógł grać na wielkim bębnie i innych tradycyjnych perkusyjnych elementach. Wszystko musi być elektroniczne, będziesz grał na padach i nigdy, przenigdy nie możesz wykonywać tych wszystkich wariacji na perkusji, bo to zbyt rock’n’rollowe.” Mieliśmy całą listę tego, co wolno oraz tego, co jest zabronione. Myślę, że to było super, bo było czymś w rodzaju specyficznego podsumowania nas.

Lata temu Vince Clarke, współzałożyciel i były członek zespołu Depeche Mode, powiedział: „Electricity naprawdę sprawiło, że chciałem tworzyć muzykę elektroniczną, bo było to tak wyjątkowe, unikatowe”.  Dla was takim zespołem był Kraftwerk, prawda?

Tak, dla nas to był Kraftwerk, ale Kraftewerk tworzył 8-9-minutowe utwory. Były prawie jak rock progresywny, a my zdecydowaliśmy się destylować naszą muzykę w 3-minutowe popowe piosenki, więc wzięliśmy pewne ziarenko etosu Kraftwerku oraz ich ideę refrenów. To była główna myśl, którą zainspirował nas Kraftwerk. Haczykiem w ich piosenkach był refren prawie za każdym razem oparty na linii melodycznej keyboardu, więc pomyśleliśmy, aby w naszych utworach również uczynić linię melodyjną syntezatora jako refren. Z czasem od tego odeszliśmy, ale początkowo właśnie tak to odczuwaliśmy. Słychać to w Enola Gay, Maid of Orlean, Souvenir czy w Electricity, gdzie refren stanowi melodia syntezatora, nie wokal.  Wszystkie te wczesne utwory opierają się na linii melodyjnej keyboardu. Zainspirowaliśmy się tym pomysłem od Kraftwerku, ale nasze piosenki były 3-minutowe, aby mogły być grane w stacjach radiowych. Natomiast Depeche Mode na bardzo wczesnym etapie istnienia wydawali mi się grupą nieco rockową, więc kiedy Vince usłyszał Electricity prawdopodobnie postanowił grać muzykę syntezatorową. Znam Vince’a bardzo dobrze, jest moim przyjacielem i to było bardzo zabawne, ponieważ pewnego razu zdecydował się przeprowadzić ze mną wywiad do swojego bloga i w pewnym momencie powiedział: „Wiedziałeś, że pierwszą melodię, jaką nauczyłem się grać na syntezatorze, było Almost?”. To B-Side singla Electricity, który jest dość trudny do zagrania. (śmiech) Tak czy inaczej pierwszym utworem, jakiego nauczył się grać, było Almost. (Paul nuci linię melodyjną Almost)

Widzę to trochę w ten sposób – w Electricity słychać inspirację utworem Radioactivity Kraftwerku, a w Just Can’t Get Enough Depeche Mode pewne wpływy Electricity. Śpiewacie o tym w Art Eats Art.

(śmiech) W tym wszystkim chodzi o oddziaływanie. Uważam, że tak długo, jak destylujesz dźwięki, twoje inspiracje muszą wybrzmieć w twojej muzyce. To, co jest interesujące w naszym przypadku to to, że mieliśmy dosłownie kilka grup, których twórczością się inspirowaliśmy, ponieważ nie chcieliśmy, aby nasza muzyka była zanieczyszczona przez wiele różnych gatunków i typów muzyki. W związku z tym uznaliśmy, że właściwe będzie słuchanie muzyki elektronicznej, która pochodzi z Niemiec, więc słuchaliśmy Kraftwerku czy Neu!. Uważaliśmy Davida Bowie za najfantastyczniejszego artystę na świecie. Uwielbialiśmy Roxy Music, Bryan Ferry był znakomity. Później dowiedzieliśmy się, że w jego zespole na syntezatorach gra Brian Eno, który po jakimś czasie opuścił grupę i zaczął tworzyć własną muzykę – ambientową, bardzo piękną, trochę abstrakcyjną.  Śledziliśmy ich dokonania i nie słuchaliśmy nikogo innego. No, może jeszcze Talking Heads oraz Velvet Underground i to było wszystko.

Żadnych Beatlesów. (śmiech)

Nienawidziliśmy The Beatles! (śmiech) Z perspektywy czasu zrozumieliśmy, że byli wspaniałymi artystami. Poznałem Paula McCartneya i bardzo przyjaźnię się z jego bratem, Mike’em McCartneyem, ale w tamtym czasie Beatlesi nie byli w naszym stylu. Słuchał ich mój starszy brat. Beatlesi wręcz huczeli z jego pokoju. To była jego muzyka, a ja chciałem czegoś innego. Byłem buntownikiem, zawsze przeciwko temu, co lubił mój brat. Jednak patrząc wstecz Beatlesi byli znakomici, ich muzyka była wspaniała.

Tak jak Kraftwerk.

Och tak, nadal są znakomici, mimo, że z oryginalnego składu pozostał już jedynie Ralph. Poznaliśmy członków zespołu. Po raz pierwszy spotkaliśmy Kraftwerk w 1980 roku, mieliśmy zaledwie po 20 lat i graliśmy w jakimś małym klubie w Niemczech, który znajdował się niedaleko Dusseldorfu. Nigdy nie zapomnę tego momentu. Wyszedłem na scenę, spojrzałem w górę, a oni tam byli – na balkonie stali wszyscy czterej muzycy Kraftwerku, ubrani całkowicie na czarno. Stali i patrzyli w ten sposób (Paul prostuje się, krzyżuje ręce i robi poważną minę). To tak jakby bóg przyszedł na twój koncert. (śmiech) Zerknąłem w stronę Andy’ego i próbowałem powiedzieć: „Andy! Patrz! Patrz! To Kraftwerk! Przyszli nas zobaczyć!” (śmiech) Później przyszli do nas na backstage i okazali się naprawdę sympatycznymi ludźmi, zaprzyjaźniliśmy się. Oni byli mistrzami, a my ich uczniami, to był ten rodzaj relacji.  Przychodzili za każdym razem, kiedy byliśmy w Niemczech, żeby nas zobaczyć, sprawdzić, jak rozwijają się ich uczniowie. (śmiech)

Kilka miesięcy temu ukazała się wasza najnowsza płyta, której tytuł odnosi się do obrazu Giovanniego Segantini. Czyj to był pomysł?

Andy widział ten obraz. The Punishment of Lust”, bo taki jest jego tytuł, obecnie znajduje się w Walker Art Gallery w Liverpoolu. On jest pasjonatem muzeów, ja elektroniki. Uwielbia ten obraz od zawsze, ogląda go od lat. W pewnym stopniu zainspirowaliśmy się nim w odniesieniu do naszej płyty, która nosi tytuł „The Punishment of Luxury”. Ten obraz jest niezwykle mizoginiczny. Przedstawia kobiety, które unoszą się w przestrzeni, ponieważ chciały czegoś więcej niż tylko bycie w kuchni czy rodzenie dzieci. Zainspirowaliśmy się tytułem tego dzieła, ale to wszystko. Pomyśleliśmy, że „The Punishment of Luxury” jest znakomitym tytułem, ale w rzeczywistości jest pewną refleksją o współczesnym społeczeństwie, o tym, jak jesteśmy karani za nasze wygody, bombardowani zewsząd przez telewizję, czasopisma, gazety, ludzi z marketingu starających się nam sprzedać coś, czego tak naprawdę nie potrzebujemy, i bez czego i tak bylibyśmy szczęśliwi, ale firmy muszą mieć rocznie jakieś dodatkowe zyski. Byłem całkowicie szczęśliwy z moim 32-calowym telewizorem, ale teraz, według marketingowca, nie jestem i dlatego powinienem mieć 50-calowy telewizor z funkcją 3D, mimo, że wystarcza mi ten, który miałem dotychczas. Właśnie takie są kary za wygody. Tym żywi się marketing, przedsiębiorstwa obwiniają ludzi: „Nie jesteś cool, bo nie masz nowych Nike” lub „Dziecko nie powinno pokazywać się w szkole bez najnowszego modelu tych butów”. W ten sposób jesteśmy zmuszani do kupowania różnych rzeczy. To kary za luksusy, których na dobrą sprawę nie potrzebujemy we współczesnym świecie. Możemy żyć w prostszy sposób.

Kiedy tak rozmawiamy o waszym najnowszym albumie myślę, że zasada pomijania słowa „miłość” w waszych utworach wciąż istnieje. (śmiech)

(śmiech) Wydaje mi się, że rzadko myślimy o miłości. Zazwyczaj skupiamy się na ważnych sprawach, które mają miejsce na całym świecie i w polityce. Chcemy, aby nasze refleksje dotyczące różnych kwestii skłaniały do dyskusji i nie brzmiały jak kazania w stylu „to jest złe, a to jest dobre”. Chcemy po prostu powiedzieć: „Hey, tak świat wygląda teraz, warto to przedyskutować”.

W przeszłości buntowaliście się m.in. przeciwko zimnej wojnie, teraz sprzeciwiacie się konsumpcjonizmowi. Jesteście dość buntowniczą grupą, non-stop z czymś walczycie już od ponad 40. lat! (śmiech)

(śmiech) Zawsze znajdą się jakieś sprawy na świecie, które nas nurtują. Innym powodem jest to, że ja i Andy mamy dzieci i nie wiemy, jak długo jeszcze będziemy na tej planecie, ale dla planety jest ważne, aby pewne kwestie rozwiązać. Nasze dzieci mają swoje własne dzieci, więc nadal cierpliwie dużo czytamy, oglądamy filmy dokumentalne, jesteśmy aktywnymi uczestnikami tego świata i mamy to szczęście, że możemy zabrać głos. To będzie przynosić efekty tak długo, jak długo będziemy mogli zmieniać ludzkie życia lub sprawiać, że pomyślą o czymś w inny sposób.

Uważasz, że muzyka jest dobrym orężem, by zmienić świat?

Jako dzieci tak właśnie sądziliśmy, to jeden z powodów, dla których zaczęliśmy tworzyć muzykę. Uważaliśmy też, że muzyka elektroniczna stworzy przyszłość, ale ona wcale jej nie stworzyła. Myśleliśmy, że możemy zmienić świat, musimy tylko odnieść sukces i wtedy użyjemy muzyki jako wehikułu, aby przeobrazić świat, a później uświadomiliśmy sobie, że to ma wpływ. Uwielbiamy te historie, teraz tworzymy książkę, w której ludzie mogą napisać swoje historie związane w grupą, to, jak nasza twórczość wpłynęła na ich życia, wspomnienia związane z zespołem. Co ciekawe, naprawdę zmieniliśmy życie niektórych ludzi. Stworzyliśmy tyle utworów, które stały się tak ważne dla wielu ludzi, kiedy tracili swoich rodziców, ukochanych, mnóstwo sytuacji, w których dana piosenka w jakiś sposób przeprowadziła ich przez ten trudny czas. Świadomość tego daje nam do zrozumienia, że wszystko to, czego dokonaliśmy, było tego warte.

Czytaj również