Misia Furtak rozpoczęła karierę muzyczną kilkanaście lat temu wraz z zespołem Très.b. W styczniu tego roku wydała natomiast solowy album „Co przyjdzie?”, czyli, jak napisała Justyna Grochal z serwisu interia, płytę utkaną „z subtelności i siły, z chropowatości i łagodności, z intymności i emocjonalnego obnażenia. A gdzieś nad tym wszystkim unoszą się opary melancholii.”
Między kolejnymi koncertami z trasy, Misia znalazła dla nas chwilę na rozmowę.
MU: Minęło już trochę czasu od wydania płyty „Co przyjdzie?”. Czy emocje opadły?
Misia Furtak: Na pewno podchodzę do niej nieco inaczej. Już od pół roku gram te piosenki na żywo i dlatego zdążyłam się z nimi oswoić. Występy pokazały mi jednocześnie, ile kosztuje mnie stawanie przed ludźmi i wyśpiewywanie tych historii. Pierwsze razy nie były łatwe.
MU: Czy to płyta dla smutnych ludzi?
Na pewno potrzebna jest pewna wrażliwość, żeby zrozumieć, o czym śpiewam. Niedawno Paweł Żukowski namalował zdanie, wypowiedziane przeze mnie w wywiadzie dla Vogue.pl. Biorąc pod uwagę fakt, że jego pseudonim to „Ponury” oraz to, że prowadzi na Facebooku stronę „Ponuro mi”, może coś w tym jest! Mówiąc serio, wydaje mi się, że ta płyta trafia do ludzi, którzy rozumieją taki rodzaj weltschmerzu, ale nazywanie jej smutną uważam za uproszczenie.
MU: Często jesteś określana takimi epitetami jak „delikatna, wrażliwa, spokojna”. Czy to jest pełen obraz Twojej osobowości?
Zabawne, że używasz słowa „epitety”, bo to brzmi jakbyś sugerowała, że te określenia są obraźliwe. Tak, napisałam bardzo kruchą płytę i ludzie mogą uważać, że jestem mimozą. Nie jestem. Mam poczucie humoru, moją pierwszą kasetą było Rage Against the Machine, a kiedy kończy mi się cierpliwość, dużo przeklinam. Przyznaję, że po polsku jestem trochę spokojniejsza. Za to w języku angielskim – zdecydowanie bardziej „dziarska”. Zresztą nawet na tej płycie nie jestem tylko delikatna. Surowość, która jest niewątpliwie właściwością tego albumu to również moja cecha.
MU: Czy „Co przyjdzie?” to najważniejszy dla Ciebie dotychczas album?
Myślę, że tak, z kilku powodów. Zanim ostatecznie zdecydowałam się usiąść do pisania tej płyty, byłam bliska zrezygnowania z drogi muzycznej. Uświadomiłam sobie jednak, że mam coś do powiedzenia i że jestem w stanie doprowadzić ten proces twórczy do końca. Zrobiłam to, na co miałam ochotę, nie oglądając się na nikogo i na nic. A publiczność dobrze ten album przyjęła. Takie doświadczenie dodaje siły. Poza tym jest na tej płycie dużo szczerych emocji. Na pewno jest dla mnie szczególna.
MU: Przy okazji tej płyty, a także przy poprzednich projektach miałaś okazję pracować z wieloma muzykami. Czy dostrzegasz różnicę między tymi, którzy mają wykształcenie muzyczne, a tymi, którzy go nie mają?
Oczywiście, z tym, że obie drogi, jak wszystko, maja wady i zalety. Na przykład Olek Orłowski to genialny perkusista z ogromnym wyczuciem aranżacyjno – producenckim, który nie ma wyższego wykształcenia muzycznego. Z kolei Hania Raniszewska jest po drugiej stronie: skończyła dwie akademie i codziennie ćwiczy. Oboje są świetnymi muzykami. Wykształcenie muzyczne się przydaje, ale też można sobie niego tego poradzić. W dodatku bez szkoły często ma się większą otwartość. Choć teraz sama czuję, że trochę teorii by mi się przydało, to prawda jest taka, że talent jest najważniejszy. I wcale nie musi być szkolony od linijki.
MU: Z Hanią Raniszewską z zespołu „Tęskno” spotkałaś się nie tylko przy okazji tworzenia nowego albumu, ale również na wyjeździe w Bieszczady o nazwie „Tchnienia”.
„Tchnienia” to festiwal, który organizujemy. Stworzyliśmy siedmioosobowy kolektyw i jesteśmy w procesie tworzenia drugiej edycji, podczas której również przewidujemy koncerty, spotkania i wyprawy w góry. Wokół „Tchnień” wytworzyła się społeczność, która jest naprawdę niezwykła. Bardzo lubię kameralny charakter tego wydarzenia. Myślę, że jego wydźwięk jest bardzo spójny z charakterem mojej ostatniej płyty.
MU: Podczas tego wyjazdu pełniłaś też rolę dziennikarki.
Prowadziłam panel, więc to jeszcze trochę co innego, ale w pewnym sensie jestem bardziej dziennikarką niż wokalistką, przynajmniej zgodnie z wykształceniem, bo przez 3 lata studiowałam właśnie dziennikarstwo. Przez te wszystkie lata, w różnym zakresie, ale byłam aktywna – pracowałam w polskim radiu, belgijskiej telewizji publicznej i holenderskim magazynie dla ekspatów. Uwielbiam prowadzić panele przy okazji festiwali filmowych czy muzycznych, rozmawiać z ludźmi. Niedawno prowadziłam np. dyskusję na temat zdrowia psychicznego w branży muzycznej na festiwalu „Spring Break”, a przy projekcie „Tchnienia” rozmawialiśmy o podejmowaniu decyzji i zmianach życiowych.
MU: Mam wrażenie, że często angażujesz się w projekty alternatywne, niszowe. Czy sukces komercyjny ma dla Ciebie w ogóle znaczenie?
Oczywiście, że tak. Wiem, że większy sukces komercyjny oznacza pewną wolność. Ważne są dla mnie nagrody artystyczne, bo po pierwsze traktuję je jako dowód uznania, a po drugie, przynajmniej niektóre z nich przekładają się także na popularność i kwestie finansowe. W moim przypadku było tak po otrzymaniu Paszportu Polityki. Mimo to przy płycie „Co przyjdzie?” nie chciałam kalkulować. To trudne wybory, ale zawsze staram się być wiarygodna i uczciwa. Po 12 latach pracy mogę powiedzieć, że nie zrobiłam niczego, co byłoby kompletnie niezgodne ze mną, po to, żeby zarobić. Natomiast nie widzę niczego złego w zarabianiu dużych pieniędzy na uczciwym i wiarygodnym wykonywaniu pracy, która Cię ekscytuje, jest zgodna z Tobą i w której jesteś dobra. Powiem więcej – tego nam wszystkim życzę.
