Po tym jak w 2018 roku Mikolas Josef wziął udział w 63. Konkursie Piosenki Eurowizji ze swoim singlem Lie To Me, artysta odnosił coraz to większy sukces na arenie międzynarodowej. Chociaż utwór Eurowizyjny nie zdobył wielkiego rozgłosu, to jego kolejne single Colorado, czy Acapella były hitami, które męczyła każda radiostacja w Europie. Teraz młody Czech wypuścił swój najnowszy singiel Lalalalalalalalalala i z tej właśnie okazji zgodził się odpowiedzieć na kilka naszych pytań.

Karol Piotrowicz: Hej Mikolas! To nie jest Twoja pierwsza wizyta w Polsce, prawda?
Mikolas Josef: Jestem po raz pierwszy w Warszawie. Wcześniej byłem w Katowicach, więc można powiedzieć, że jestem w Polsce po raz drugi.
KP: Jak zaczęła się Twoja przygoda z muzyką? Czy zawsze była ona Twoją pasją, czy jest to coś, co rozwinęło się w tobie z czasem?
MJ: W momencie, w którym nauczyłem się myśleć wiedziałem, że to jest to, co chcę robić. Dobrą stroną tego jest fakt, że wiesz co robisz i wiesz dokąd zmierzasz, ale w drugiej strony nie uczysz się robić niczego innego przez co jesteś po prostu kiepski w innych dziedzinach. Gdy miałem 5 lat, zacząłem uczyć się gry na instrumentach. Później zacząłem nagrywać swoje utwory, a zbierałem na to pieniądze grając na ulicach. To wyglądało tak, że każdego piątku pożyczałem samochód ojca i wyjeżdżałem do Hamburga w Niemczech, do Szwajcarii, do Austrii. Bywałem nawet w Norwegii. Moje weekendy wyglądały tak, że grałem na ulicach przed galeriami, a gdy ludzie mieli mnie już serdecznie dosyć, to zmieniałem miejsce i dalej grałem. W poniedziałki wymieniałem drobne na banknoty i wracałem do domu. Chodziłem do szkoły tylko 3 dni w tygodniu. Potem nagle stało się BOOM i zostałem zaproszony do konkursu Eurowizji. Miałem zaprezentować piosenkę, którą sam napisałem i nagrałem na swoim laptopie w swoim własnym pokoju. To było bardzo nieprofesjonalne nagranie, ale ludziom się podobało. Reszta jest historią. Teraz jestem w takim punkcie swojej kariery, do którego chciałem zawsze dotrzeć jakby Eurowizja nigdy się nie wydarzyła. Mój utwór Acapella pozwolił mi dotrzeć do znacznie większego grona słuchaczy.
KP. Twoje pierwsze utwory, jak Free, czy Hand Bloody, były mocno inspirowane muzyką hip-hopową, a teraz idziesz bardziej w kierunku popu. Czemu obrałeś taką drogę?
MJ: Zawsze lubiłem muzykę pop. Utwór Hands Bloody był moją próbą bycia raperem. Jeszcze wtedy nie do końca wiedziałem co chcę robić. Nikt mi nie mówił co mam robić. Nie miałem obranej żadnej konkretnej ścieżki i robiłem co mi się podobało. Większość moich pierwszych utworów, było z początku piosenkami gitarowymi. Gitara jest tak jakby naszym instrumentem narodowym. Słyniemy z muzyki folkowej i miała ona na mnie wielki wpływ. Utwór Lie To Me początkowo powstał na gitarze, ale zaczęło mi przeszkadzać, że każdy mój utwór ma w sobie elementy gitarowe i chciałem zrobić coś nowego. Moje podejście artystyczne mocno się wtedy zmieniło i ewoluowało. Trudno mnie zamknąć w klamrach jednego gatunku muzycznego.
KP: Wracając jeszcze do tych pierwszych utworów, były one głównie o takich problemach jak fobia społeczna, zaburzenia psychiczne itd. Czy pisałeś je w oparciu o własne doświadczenia?
MJ: Zawsze pisałem o własnych przeżyciach. Hands Bloody był o fobii społecznej. Mój najnowszy singiel Lalalalalalalalalala zresztą też jest o tym. Wtedy jednak było trochę inaczej. Wchodziłem do centrum handlowego i te wszystkie tłumy wokół mnie sprawiały, że moje ciało zamierało. Bardzo źle się czułem także w szkole. Omijałem każdego zatłoczonego miejsca. Zawsze używałem muzyki jako formę terapii. To jest mój sposób radzenia sobie z problemami, z którymi się borykam. Potem moje piosenki były bardziej o złamanym sercu, lub o rzeczach, które nie podobają mi się w świecie, w którym żyjemy. Lie To Me to utwór o złamanym sercu, który pierwotnie był smutnym gitarowym kawałkiem, który potem przerodził się z klubową piosenkę. Jednak powstał z głębi mojego serca.
KP: Z jednej strony borykasz się z fobią społeczną, a z drugiej występujesz na Eurowizji przed milionami, którzy Cię oglądają. Jak sobie z tym poradziłeś?
MJ: To trochę dziwne, ale jak jesteś na scenie, to odczuwasz to trochę inaczej. Hands Bloody powstało w 2015 roku. Od tamtego momentu przeszedłem przez wiele sesji terapeutycznych, na których nauczyłem się, że świat jest wielki i że nie jest to tylko kilka osób. W jakiś sposób udało mi się przezwyciężyć ten problem. Podczas Eurowizji miałem pewien nawrót tej fobii, ale objawiła się ona w trochę inny sposób. Jej poziom osiągnął granicę niemożliwego i po wszystkim musiałem się trochę od wszystkiego odciąć i zrobić sobie przerwę, by się zregenerować. Zapewne ta fobia będzie zawsze mi towarzyszyć, ale miejmy nadzieję, że będę w stanie sobie z nią radzić.
KP: Powiedziałeś, że Lie To Me na początku było piosenką akustyczną napisaną na gitarze, a potem zmieniła się w piosenkę klubową. Jak wyglądał ten proces?
MJ: To zabawne, bo z utworem Lalalalalalalalalala było podobnie. Napisałem ją na gitarze, a w rezultacie powstał taki utwór z elementami disco, house i muzyki klubowej. Może to dlatego, że po napisaniu utworu, chcę odciąć się od tych emocji, które mi towarzyszyły podczas pisania go. Chcę przekształcić go w coś, co sprawi, że poczuję się taki beztroski, oczyszczony. Mimo, że jestem gościem, który pisze ballady, to jestem też typem człowieka, który lubi pójść do klubu i się zabawić. Żyję w dwóch światach, które próbuję zbalansować. Dowodem na to może być fakt, że planuję wydać też akustyczną wersję utworu Lalalalalalalalalala, by ludzie usłyszeli jak brzmiała ona na początku i jak ewoluowała.
KP: Zapewne słyszałeś to pytanie milion razy, ale w utworze Lie To Me śpiewasz: „I know you 'bop-whop-a-lu bop’ on his wood bamboo”. Jak ty na to wpadłeś?
MJ: To było dziwne. Napisałem tą piosenkę, nagrałem ją i brałem się właśnie za miksowanie jej. Wszystko, od pierwszego do ostatniego dźwięku, było dla mnie bardzo osobiste. Pisałem ten utwór przez bardzo długi czas. Uczyłem się dopiero produkcji muzyki w tamtym czasie. Miałem bardzo dużo czasu, by myśleć nad każdą częścią tej piosenki. Szukałem wielu nawiązań do muzyki funkowej i chciałem przełożyć ją na dzisiejszą muzykę.
KP: Tekst całego utworu jest dosyć odważny. Czy uważasz, że na świecie jest popyt na takie treści w muzyce rozrywkowej?
MJ: Nie powiedziałbym, ze chodzi tutaj o popyt. Mam w swoim katalogu dwie piosenki, które mają niecenzuralne treści. Myślę, że czasami po prostu musisz powiedzieć coś, co ci siedzi w głowie. To jest piękne w muzyce, że możesz być na tyle naturalny i otwarty, na ile się czujesz. Nie wiem, czy jest popyt na taką muzykę, ale z perspektywy artysty tak to właśnie wygląda.
KP: Nie bałeś się zaprezentować takiej piosenki na Eurowizji wiedząc, że oglądają to też dzieci z rodzicami, lub ludzie z różnych środowisk?
MJ: Gdy pisałem ten utwór, w żadnym stopniu nie myślałem nawet o Eurowizji. Niektórzy są poproszeni o reprezentowanie swojego kraju w Eurowizji i napisanie utworu właśnie na ten konkurs. U mnie to wyglądało tak, że jeden gość z czeskiej telewizji przyszedł na jeden z moich koncertów i spytał mnie, czy nie zechciałbym reprezentować kraju w Eurowizji z tą piosenką. Pierwszą moją myślą było: „Z TĄ PIOSENKĄ?!?! Czy jesteś pewien, że chodzi ci o TEN utwór? Chyba oszaleliście.” Powiedział mi, że będzie musiała to być ocenzurowana wersja tego utworu. Wcześniej oferowali mi piosenki napisane przez inne osoby, więc gdy zaproponowali, bym wystąpił z Lie To Me, bardzo mnie to zdziwiło, ale zgodziłem się. Napisałem ocenzurowaną wersję tej piosenki i chociaż ta pierwsza wersja wisiała dalej na Youtube, to wersja, którą usłyszało miliony widzów była łagodniejsza.
KP: U większości Eurowizja to początek i zarazem koniec międzynarodowej kariery. W Twoim przypadku, zajęło Ci to 2 lata, by opanować Europę z utworem Acapella. Jak zareagowałeś na tak pozytywny odbiór tego kawałka?
MJ: Dokładnie tak jak powiedziałeś – Eurowizja często jest początkiem i końcem kariery. Gdy idziesz na Eurowizję, reprezentujesz pewne państwo. Dźwigasz na sobie nadzieję, całego narodu. Tak jest zresztą też w innych dziedzinach. Gdy reprezentacja hokeja wygra, to wszyscy ich oklaskują, a gdy im się nie powiedzie, wszyscy mówią, że schrzanili akcję. Tak samo jest z Eurowizją. Musisz zdawać sobie z tego sprawę biorąc udział w tym konkursie. Ja nie miałem takiego poczucia i poszedłem tam myśląc, ze nie obchodzi mnie co inni pomyślą. Zrobię swoje i nara. Miałem takie szczęście, że odniosłem jakiś sukces. 6-te miejsce to nie wygrana, ale nie było też najgorzej, bo było to najwyższe miejsce jakie zajęły Czechy z historii tego konkursu. Ludzie byli szczęśliwi. Gdy wypuściłem Acapella bardzo się zdziwiłem jak usłyszałem, że radiostacje w Polsce zaczęły puszczać ten utwór. Dlaczego akurat w Polsce, skoro ten kawałek ma latynoskie klimaty? Bardzo pozytywnie mnie to zaskoczyło i sprawiło, że uwierzyłem, że to jednak nie jest mój koniec. Mogę to osiągnąć bez telewizji, Eurowizji i że moja muzyką dosięgnie słuchaczy samą sobą. Bardzo dziękuję ludziom w Polsce za słuchanie mojej muzyki. To było coś niesamowitego.
KP: Niedawno rozmawiałem z Nettą o jeszcze innej klątwie Eurowizji, którą jest fakt, że artyści nie mogą się od niej później uwolnić i są ciągle o nią pytani. Czy irytują Cię już pytanie o ten konkurs?
MJ: Nie. W żadnym stopniu. Przede wszystkim pozdrowienia dla Netty. Kilka miesięcy temu spotkaliśmy się w Pradze i mogliśmy otwarcie porozmawiać ze sobą. Jest świetna. Wcześniej, jak oglądałem Eurowizję, wydawało mi się, że nikt tak naprawdę się tym tak nie jara. Nieznani na świecie artyści się tam pchają i tyle. Jednak, gdy wróciłem ze „swojej” Eurowizji, zobaczyłem że wielkie gwiazdy chcą tam też występować. Moje postrzeganie się zmieniło diametralnie. Teraz, gdy ktoś mnie o nią pyta, to wracam myślami do tamtego momentu i myślę sobie, ze zrobiliśmy wielką robotę i zmieniliśmy wiele ludzkich wyobrażeń, poglądów i nastawień. W moim kraju był to też czas, który dał mi wielki rozgłos i lubię to wspominać. Rozumiem to, o czym mówi Netta, że w pewien sposób to do ciebie przylega, ale wszystko zależy od punktu widzenia, czy postrzegasz to jako coś dobrego, czy negatywnego. Ja wspominam to jako coś bardzo pozytywnego. Mam dobre wspomnienia i nauczyło mnie to tez wiele. Tak naprawdę, to pomogło mi wyrwać sie z grania na ulicach i pożyczania samochodu taty, więc na pewno zawsze będę dobrze to wspominać.
KP: Gdy oglądałeś te wszystkie reprezentacje na żywo, miałeś jakiegoś faworyta?
MJ: To było dla mnie dosyć trudne. Od samego początku, jak patrzyłeś na wygląd strony internetowej Eurowizji, portale społecznościowe, rankingi, to zawsze stawiano mnie bardzo wysoko. Ciągle zestawiano mnie przeciwko innym artystom biorącym udział w konkursie. Niektórzy przez to mieli takie uczucie wobec mnie, że to właśnie ja mogę to wygrać. Czułem się pomiędzy. Ale potem, gdy przyszło do fizycznego poznania się z innymi, atmosfera była całkiem inna. „Niech gadają co chcą. To się nie liczy. Po prostu się napijmy.” Najwięcej czasu spędziłem z reprezentacją Szwajcarii – Zibbz, i Islandii – Ari Ólafssonem, i zawsze kończyło się to zasypianiem w najdziwniejszych miejscach, jakie można sobie wyobrazić. Ari potrafił zasnąć nawet na stojąco. Gdy już się wszyscy poznaliśmy, to okazało się, że wszyscy ci ludzie są niesamowici i przemili. Nie dało się wyczuć tej rywalizacji. Jak zajdziesz tak daleko, to nie potrzebujesz więcej problemów. Może to był powód tego wspierania się artystów nawzajem zamiast atakowania się.
KP: Acapella i Colorado to piosenki, które w pewien sposób uspokoiły Twój image po Lie To Me. Jednak nowy utwór, Lalalalalalalalala, jest w pewien sposób powrotem do Lie To Me. Czy w Twoim życiu wydarzyło się ostatnio coś, co zmusiło Cię do napisania takiego utworu?
MJ: Wiem, że w pewnym momencie oderwałem się od klimatów z piosenki Lie To Me. Nie chciałem utknąć w czymś co sprawiło, że odniosłem sukces. Szukałem nowych doświadczeń muzycznych, które by też pomogły mi się rozwinąć jako artysta. Podobało mi się to, ale postanowiłem, że czas najwyższy powrócić do tego, co bardziej obrazuje prawdziwego mnie. To w takich klimatach, jak w Lalalalalalala, czuję się najbardziej swobodnie. Acapella nie było w 100% tym co chciałem robić i długo się zastanawiałem, czy nie oddać tej piosenki komuś innemu. Jednak tak bardzo zakochałem się w tym utworze, że musiałem zrobić go po swojemu. Po Colorado, wróciłem do biura i powiedziałem, że nie moge już tego robić. Najpierw były ulice, potem Eurowizja, a potem ten rozgłos z Acapellą i Colorado. Pracowałem 20 godzin dziennie i w pewnym momencie moje ciało się poddało. Nie ważne jak bardzo naprzód chciałem dalej iść, coś mówiło mi, że muszę zrobić sobie przerwę. Musiałem poświęcić trochę czasu na rozwój osobisty. Jak jesteś ciągle otoczony pracą i ludźmi z pracy, nie myślisz o tym, czy zmierzasz w dobrą stronę i kim naprawdę jesteś. Czy moje problemy są tak ważne? Czemu jednego dnia zabiera mnie karetka, a drugiego idę już do pracy? Przerodziło się to w pewien wyścig. Tak jak w Lie To Me, w nowym utworze zwracam się do kobiety, jednak tutaj jest ona uosobieniem mojej wewnętrznej fobii. Dołóż do tego sytuację z Covidem w jakiej znaleźli się artyści. Ta piosenka jest dosyć agresywna dlatego, że próbuję odseparować się nią od problemów z przeszłości, jak i tych, które dotykają mnie teraz. To tak jakby mój powrót – odcinam się od negatywnych rzeczy. Sama piosenka ma dla mnie wesoły wydźwięk. Chociaż jest to pozytywny utwór, to jednak niesie za sobą ciemną rzeczywistość.
KP: Możesz powiedzieć coś o teledysku? Jest dosyć krwawy.
MJ: Chciałem pokazać w nim to odcięcie się od tych dawnych problemów. Myślałem sobie jak mogę pokazać ludziom to przez co przechodziłem poprzez wizualizację. Kiedy mówimy o problemach psychicznych, nie da się ich zauważyć. To nie złamana noga. Jak jesteś w swojej głowie i sam zmagasz się ze sobą, to czujesz jakbyś miał złamaną każdą kość w swoim ciele. Chciałem to pokazać ludziom i dlatego ten teledysk jest taki krwawy.
KP: Kiedy możemy spodziewać się albumu?
MJ: Pracowałem nad nim przez ostatnie 10 lat. Będę z tobą szczery – album jest już gotowy. Chcieliśmy go wydać tej jesieni. Niestety, pracowałem nad nim tak długo, a żeby wypromować album, musisz dużo podróżować, dawać koncerty itd, by nie okazał się klapą. Teraz, przez sytuację z Covidem jest to bardzo ograniczone. Dlatego teraz chcę skupić się na singlach, a gdy zażegnamy Covid, będę gotowy wydać album. Każdy się mnie o niego pyta, ale ja po prostu chcę, by wszystko poszło po mojej myśli, tak jak to sobie wymarzyłem. Dać ludziom coś, co zapamiętają.
KP: Na tą chwilę nie wiemy kiedy to się skończy. Bardzo możliwe, że przeciągnie się na kolejny rok. Czy wtedy po prostu go wydasz, czy będziesz czekać aż to naprawdę, całkowicie zniknie?
MJ: Na tą chwilę przenieśliśmy premierę na wiosnę 2021. Nie mogę za dużo zdradzić. Wolę myśleć optymistycznie, że to się uda.
KP: Czy możesz zdradzić, które z już wydanych utworów trafią na album?
MJ: Mam już tytuł albumu i wolę za dużo nie zdradzać. Album będzie miał swój specyficzny klimat.
KP: Gdy patrzę na te single, które wydałeś, to mamy Acapella i Colorado, które są zupełnie inne od Lie To Me, czy Lalalalalalalala. Czy da się to połączyć w taki sposób, by wyszła jedna spójna całość?
MJ: Nie da się. To jest niemożliwe. Jakbym miał słuchać takiego albumu, gdzie masz Acapellę, zaraz potem Lie To Me, a potem Hands Bloody, to jakbym słuchał trzech zupełnie innych artystów. Można na to patrzeć jak na pewien proces rozwoju artysty. Ja ogólnie lubię różnorodność. Podoba mi się, że Machine Gun Kelly może być raperem, a zaraz potem robić pop punk. Albo G-Eazy robi rap, a potem nagle zaczyna śpiewać. Myślę, że moi fani już do tego przywykli, że dotykam różnych gatunków. Zawsze jest to też pewne zaskoczenie – „Co on zrobi następnym razem?” Album będzie miały swój specyficzny klimat, ale w żadnym wypadku nie myślę o wcześniejszych singlach jako o błędzie, a bardziej jako o rozwoju artystycznym.
Najnowszy singiel Mikolasa Josefa zatytułowany Lalalalalalalalalala dostępny jest już w każdym serwisie streamingowym.
