„My robimy swoje uczciwie, z pasją i wielką do tego miłością.” Wywiad z Lion Shepherd

Lion Shepherd działają wspólnie od 2015 roku. Z powodzeniem łączą ognistego, progresywnego rocka z egzotycznymi dźwiękami azjatyckich instrumentów. Niedawno powrócili z europejskiej trasy koncertowej, jednak nie zdecydowali się na długą przerwę. Szybko powracają z kolejnym, trzecim albumem zatytułowanym po prostu III. O genezie tego tytułu oraz o szczegółach powstania nowego dzieła opowiedział mi wokalista i twórca tekstów, Kamil Haidar.

Weronika Oszajca: Wasze wcześniejsze wydawnictwo Heat (2017) zostało bardzo ciepło przyjęte przez odbiorców i zdobyło wiele pochlebnych recenzji. Ruszyliście też w długą, międzynarodową trasę koncertową wraz z zespołem Riverside. Po jej zakończeniu nie zdecydowaliście się jednak na długą przerwę i szybko powracacie z nowym materiałem. Jak udaje Wam się pogodzić tak prężnie rozwijającą się karierę z życiem osobistym? Zdążyliście odpocząć i złapać oddech?

Kamil Haidar: Udaje się, po prostu mniej śpimy (śmiech). Poważnie mówiąc, faktycznie czasem jest ciężko. Na przykład w moim przypadku, przy posiadaniu dwójki małych dzieci, nieraz jest to wyzwaniem. Gdy zaczęliśmy podróż pod szyldem LS te niespełna 5 lat temu, każdy wiedział na co się decyduje. Podjęliśmy konkretne wybory i teraz nie ma przestrzeni na narzekanie. Metoda jest prosta: nie nadążasz? Wysiadaj. Ten zespół ma tak duży potencjał i chęci twórcze, wykonaliśmy tak dużo pracy przy wcześniejszych płytach, że nie możemy się teraz zatrzymać. Dopiero przy promocji III dostrzegam efekty pracy przy pierwszych dwóch albumach. Mam wrażenie, że ludzie się do nas przekonali i nadal przekonują. Dziennikarze zaczęli nas traktować bardzo poważnie i wszyscy widzą, że Lion Shepherd to nie żart. To maszyna, która dopiero się rozpędza – duża siła twórcza. Grzechem byłoby to trwonić.

WO: Podczas trasy odwiedziliście aż 8 państw. Jak wspominacie ten czas? Czy stał się on dla Was inspiracją przy tworzeniu nowej muzyki?

KH: Na pewno utwierdził nas w tym, w jaki sposób chcemy rozwijać naszą dalszą karierę. Publiczność w Europie jest fantastyczna i bardzo ciekawa naszej twórczości, dlatego będziemy bardzo intensywnie przyglądać się zagranicznemu rynkowi i gdy tylko nadejdzie właściwy moment – wrócimy tam. Pracujemy już nad tym ciężko i w najbliższym czasie powinny pojawić się konkrety.

WO: Przy wydawaniu Heat (2017) było Was tylko dwóch, mimo że często korzystaliście z usług innych muzyków, zawsze określaliście się mianem duetu. Co zadecydowało o poszerzeniu oficjalnego składu i przyjęciu do zespołu nowej osoby?

KH: To był impuls. Szczerze mówiąc, duetem byliśmy z konieczności. Po prostu nikt nie nadążał za naszą wizją; zarówno muzyczną, jak i organizacyjną. Obaj chcieliśmy stworzyć bandę. Zespół, jeśli jest nieprzypadkowy, jest fantastyczną sprawą. Gdy pojawił się Maciek Gołyźniak, od razu poczuliśmy, że nadszedł czas na rozbudowanie składu. Maciek wie czego chce, ma za sobą świetną karierę i sporo przed sobą. Od razu się zaprzyjaźniliśmy. Wszystko nastąpiło naturalnie – nie było w kalendarzu zapisanej pozycji „teraz robimy trio”. Pojawił się super koleś z podobną wizją, któremu brakowało bandu. Nie projektów, zaproszeń, pracy – tego akurat Maciek ma sporo. Brakowało mu bandy łobuzów, z którymi spróbuje zawojować świat. Chciał dać z siebie dużo pasji, wiedzy, kreatywności oraz doświadczenia, a że my akurat jesteśmy w trakcie zawojowywania świata (śmiech) i brakowało nam kolejnego motorniczego, to Maciek szybko wskoczył na pokład. Zresztą, od nas dostał konkretną propozycję: „Dołączasz do bandu i robimy płytę razem. Sesyjną pracą nie jesteśmy zainteresowani”.

WO: W pracach przy nowym albumie również nie zabrakło gości, na przykład muzyków z kwartetu smyczkowego Atom String Quartet. Jak wspominacie Waszą współpracę? Kogo jeszcze usłyszymy na nadchodzącym albumie?

KH: To dla nas nowość, z kwartetem jeszcze nie pracowaliśmy. Chłopaki weszli we czterech, zagrali jakby było ich pięćdziesięciu, wypili kawę i pojechali. To jest jeden z najlepszych kwartetów na świecie i mówię to z pełną odpowiedzialnością. Oprócz „Atomów”, pojawia się też wspaniały Robert Szydło, który nie tylko miksował i masterował płytę, ale zagrał też na basie. Na początku trochę się wzbraniał, ale wiedzieliśmy, że to zepnie fantastyczną klamrą tę naszą wspólną przygodę. Namawialiśmy go, aż w końcu wziął basówkę do ręki (śmiech). nikt nie zagrałby tego w ten sposób, w jaki on to zrobił. Łukasz Damrych też wskoczył ze swoimi pojechanymi partiami klawiszowymi i nadał tej płycie momentami takiego trochę jazzowo-psychodelicznego sznytu. Na sam koniec do studia dosłownie rzutem na taśmę przyjechała Karolina Skrzyńska ze swoim kwartetem wokalnym. Dziewczyny zaśpiewały ze słowiańską nutą takie partie, że kopary nam opadły. To kolejny eksperyment, który się udał. już dawno pojawił się pomysł zaproszenia damskiego wokalu do chórków i długo trwała dyskusja jak to zrobić. Może trochę gospelowo, może trochę standardowo. W końcu wpadłem na pomysł żeby ściągnąć dziewczyny, które śpiewają tradycyjną słowiańszczyznę, pogaństwo i rycerskie turnieje (śmiech) – w oczach kolegów pojawiło się lekkie zdziwienie, ale dopiąłem swego. na tej płycie mamy prawdziwie polsko-słowiańską nutę. Album w końcu powstał w Polsce i warto, żeby świat to dostrzegł. Mam wrażenie, że przynajmniej w rocku progresywnym jeszcze nikt nie łączył takich klimatów i udało nam się uzyskać coś świeżego.

WO: Przy wydawaniu III zdecydowaliście się również na zmianę wytwórni, przeszliście do Universal Music Polska. W jaki sposób wpłynęło to na Waszą swobodę twórczą?

KH: W żaden. Jesteśmy tak zamkniętym konceptem, że nasza nowa wytwórnia musiała podjąć prostą decyzję – bierzemy ich takimi, jakimi są, albo wcale. Zaufali nam i bardzo się z tego cieszę. Z naszej perspektywy to wielka zmiana jakościowa bo mamy wsparcie bardzo silnego podmiotu, który jak w coś uwierzy, uruchamia bardzo mocną lokomotywę. Myślę, że to był świetny moment na rozpoczęcie współpracy z tzw. Majorsem. Zespół jest gotowy na rozwój i duża wytwórnia była nam po prostu potrzebna. Poza tym, trafiliśmy na fantastyczną product manager Gosię Taklińską, która kocha rocka jak mało kto. Pewnie mnie teraz zabije za to, że ją ujawniam, ale korzystam z okazji, żeby powiedzieć: „Gosia! Dziękujęmy!” (śmiech).

WO: Macie nadzieję, że nowa muzyka i zmiana wytwórni pomogą w trafieniu do szerszego grona odbiorców?

KH: Oczywiście, że tak. Mamy taką samą nadzieję, jak podczas wydawania Hiraeth czy Heat. Każdy zespół chce być doceniony. My robimy swoje uczciwie, z pasją i wielką do tego miłością. Wierzę głęboko w to, że taka karma wróci w postaci sukcesu.


WO: Fascynuje mnie tytuł wydawnictwa. Czyżby oznaczał lekką inspirację Led Zeppelinami, którzy również decydowali się na tytułowanie krążków kolejnymi numerami? A może wybór tak tajemniczej nazwy ma pozostawić fanów w całkowitej niepewności aż do dnia premiery?

KH: Na początku potrzebowaliśmy nazwy projektowej, więc roboczo posługiwaliśmy się hasłem LS3. Miałem w głowie inny pomysł na tytuł, ale w ostateczności doszliśmy do wniosku że III najlepiej charakteryzuje etap, na którym znalazł się zespół. Z dwóch stało się nas trzech. To trzecia płyta w dorobku zespołu. Ludzie zaczęli posługiwać się pojęciem „trójki”, pisząc do nas maile lub komentarze. No i duch Led Zeppelin nieustannie krąży na naszych płytach, więc wszystko zdawało się być przesądzone (śmiech).

WO: Przeglądając Internet, natknęłam się na informację, że podczas sesji nagraniowych zarejestrowaliście aż 100 minut muzyki. Zapowiedzieliście również dodatkowe wydawnictwo uzupełniające III, czy są to poważne plany? Kiedy fani mogą spodziewać się takiej gratki?

KH: Tak, są to poważne plany i zapewne wydarzy się to jeszcze w tym roku. Na razie mamy zaplanowanych tak wiele wydań III, że to na nich musimy się skupić. Swoją premierę będą miały dwie wersje winylowe, wersja cyfrowa audiofilska (również w formie USB), niedługo nastąpi również premiera w serwisach streamingowych oraz na CD. Dajmy fanom odetchnąć (śmiech).

WO: W nowej muzyce po raz kolejny nie brakuje wyjątkowych, orientalnych brzmień. Jakie rzadko spotykane instrumenty możemy usłyszeć tym razem? Jak udaje Wam się tak skutecznie wkomponowywać ich brzmienie w progresywnego rocka, czy jest to dla Was wyzwaniem? A może przychodzi Wam to zupełnie naturalnie?

KH: Mamy komplet naszych armat na tej płycie. Jest lutnia oud, irish buzuki, kalimba, darbuki i timbalesy, gitara 12 strunowa. łączenie tych dźwięków przychodzi nam naturalnie – taki koncept mieliśmy od początku i to jest jedna z charakterystycznych cech tego zespołu. Bardzo łatwo przychodzi nam implementacja tych instrumentów, bo nie robimy tego na siłę. Często są one zaczątkiem powstających kompozycji, więc naturalnie się w nie wpasowują.

WO: Już niedługo zaczynacie trasę koncertową po Polsce. Jakie są Wasze oczekiwania? Co tym razem chcielibyście zaprezentować swoim fanom?

KH: Jak zwykle, idziemy na opak w stosunku do marketingowych wytycznych. Jedziemy w trasę przed premierą nowej płyty, a jednocześnie gramy numery z niej. Gramy również sporo utworów, których nie graliśmy wcześniej. Więc zaskoczymy fanów na 100% i taki już nasz urok (śmiech).

WO: To już Wasz trzeci album, pod szyldem Lion Shepherd tworzycie razem od 2014 roku. Jak oceniacie Waszą muzyczną podróż, w jaki sposób zmieniało się Wasze brzmienie z biegiem lat?

KH: Trudno mi to ocenić, jesteśmy w takim pędzie, że nie zastanawiam się nad tym. Wiem, że nasz dźwięk ewoluuje w dobrym kierunku, tak to sobie wyobrażałem na początku i III spełnia moje wszystkie oczekiwania. To jest po prostu płyta, którą zawsze chciałem nagrać, marzyłem o tym, żeby tak właśnie brzmiała trzecia płyta i jest ona na pewno przełomowa w karierze Lion Shepherd. Tak czuję i czekam z wypiekami na twarzy na to, gdzie to wszystko nas zaprowadzi.



Ostatnio opublikowane