„W tej zabawie chodzi o to, żeby być czujnym i wszędzie szukać inspiracji”. Wywiad z Jahdeckiem z Chonabibe

Po dobrze przyjętym debiucie Chonabibe wydali drugi album zatytułowany Panoramy. Kilka dni temu mogliście przeczytać naszą recenzję tego albumu. Dzisiaj z kolei zapraszamy Was na rozmowę z Jahdeckiem. Opowiedział nam m.in.: o początkach zespołu, o swoich inspiracjach czy o tym jak przebiega praca nad utworami.

Marta Mrowiec: To nasza pierwsza rozmowa, a więc zacznijmy od początku. Chonabibe skąd pomysł na nazwę? Jakbyście siebie przedstawili w kilku zdaniach?

Gdy zawiązywaliśmy zespół w 2009 roku nazwa „Chonabibe” funkcjonowała od trzech lat. Wymyśliłem ją gdy organizowaliśmy trasę koncertową, w której brali udział lubelscy muzycy, w tym nasz ówczesny kolektyw beatboxowy Al-Fatnujah. W 2008 roku otworzyliśmy klub muzyczny w Lublinie pod tą samą nazwą. To tam razem z Witkiem, Czekolem, Dj’em Positivo i Fat Matthew postanowiliśmy stworzyć projekt, który scali nasze ówczesne – bardzo różnorodne – muzyczne fascynacje. Trochę później dołączył do nas gitarzysta Yankee.

Marta Mrowiec: Współpracowaliście z Piotrem Rubikiem przy pierwszej części Oratorium dla Świata. Jak to wspominacie? Czego się dzięki temu nauczyliście?

Wspominasz akcję, w której braliśmy udział jako Al-Fatnujah w 2007 roku. Byliśmy młodymi muzykami na starcie swej działalności, zadzwonił legendarny Dj Kostek i zaoferował występ ze stuosobową orkiestrą. Oczywiście mieliśmy wątpliwości bo nigdy nie słuchaliśmy muzyki Piotra Rubika, ale z tego doświadczenia wynieśliśmy kilka wspaniałych znajomości, parę pikantnych historii towarzyskich i przede wszystkim graliśmy muzykę w sto osób – bezcenne.

Marta Mrowiec: W marcu 2011 roku wydaliście mixtape Chonabibe Sound + Przyjaciele, na którym znalazło się ponad siedemdziesięciu artystów. Jak wam się udało to wszystko zgrać razem i co było najtrudniejsze w dopięciu tego projektu do końca?

Jesteśmy kolektywem zrzeszającym nie tylko muzyków, ale też aktywistów i organizatorów. Tę frakcję reprezentują Albert i Kylas, którzy dbają o to, by takie projekty jak Chonabibe Mikstejp doszły do skutku. Ja ze swojej strony szukałem jakiegoś sposobu, by stworzyć muzyczną całość z totalnie różnorodnej mieszanki, którą zebraliśmy. Poza tym mikstejp był dla mnie testem, podczas którego sprawdzałem się wokalnie i tekstowo, ponieważ wcześniej zajmowałem się głównie beatboxem.

Marta Mrowiec: Jak doszło do rozpoczęcia Waszej współpracy z wytwórnią Urban Rec?

Napisali do nas „Słyszeliśmy, że robicie fajną muzę, może zdziałamy coś razem?”. Zdarzyło się to akurat w czasie gdy szukaliśmy opcji wydawniczych na pierwszy album.

Marta Mrowiec: Teraz wydajecie drugą płytę pod ich szyldem, czy zatem można powiedzieć, że już się zadomowiliście i znaleźliście u nich swoje miejsce?

Urban Rec. się nie boi i to jest dla nas istotne w tej współpracy. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że wśród innych wykonawców w tej wytwórni jesteśmy dość egzotyczni, ale cieszę się, że są otwarci na szeroko pojętą muzykę miejską. W Polsce to ciągle jednak abstrakcyjne pojęcie i nie ma wytwórni wydających takie brzmienia.

Marta Mrowiec: Jak przebiegają prace nad albumem, każdy ma swoją działkę do zrobienie czy raczej jest to wspólna praca?

Zazwyczaj zaczynam sam od szkicu kompozycji, potem piszę tekst i nagrywam z Mateuszem wokale w domowym studiu. Następnie przedstawiam pomysł reszcie zespołu i razem go kolorujemy.

Marta Mrowiec: Co Was inspiruje?

O stary… wszystko. W tej zabawie chodzi o to, żeby być czujnym i wszędzie szukać inspiracji. Inspirują mnie rozmowy z ludźmi i obserwacja otoczenia. Zajebistości i niesprawiedliwości tego Świata.

Marta Mrowiec: Pan ma relaks był pierwszym singlem. Nawiązuje on do kultowego już filmu Miś. czy To z sympatii i nostalgii do starego kina?

Często sytuacyjnie cytujemy między sobą fragmenty różnych filmów, najczęściej polskich komedii. Pojawiają się teksty z Misia, Chłopaki nie płaczą, Kilerów, Arizona Dream i wielu filmików z youtube’a. Mateunio jest skarbnicą cytatów, choć w przypadku „Pan ma relaks” pomysłodawcą był Positivo.

Marta Mrowiec: A jak Wy się relaksujecie? Czemu poświęcacie wolny czas poza muzyką?

Lubimy relaks w stylu Snoop Dogga. Osobiście rzadko kiedy mam potrzebę odskoczni od muzyki, bo ona mnie po prostu nie męczy. Tzw. czas wolny poświęcam przede wszystkim rodzinie.

Marta Mrowiec: Drugi singiel wypuściliście w Dniu Dziecka. Napisaliście: W dniu dziecka życzymy wszystkim dużym i małym dzieciom, by zawsze miały w sobie coś z Piotrusia Pana. Macie w sobie nadal coś z dziecka?

Jako rzecze tekst piosenki – mamy. W tym kawałku podkreślam proste fakty z dzieciństwa, które w zderzeniu w dorosłym życiem wchodzą w konflikt.

Marta Mrowiec: Tworzycie muzykę z pogranicza alternatywnego hip-hopu z wpływami reggae, soulu czy muzyki elektronicznej, który z tych gatunków jest Wam najbliższy? Do jakiej muzycznej szuflady sami byście się zaklasyfikowali?

To taka zabawa w kotka i myszkę. My nie chcemy – ba – nie potrafimy się zaszufladkować, a media chcą – ba – muszą. Kratę browara stawiam osobiście temu, który ujmie to w jakieś trafne ramy. Dziś słucham totalnie zróżnicowanej muzyki, ale moje korzenie to alternatywny, lub jak kto woli śpiewany hip hop. The Fugees, Arrested Development, Saian Supa Crew – to moi bohaterowie z dzieciństwa.

Marta Mrowiec: Panoramy to album lekki, idealny na wakacyjny czas. Został wydany akurat przed wakacjami. Taki był zamysł, aby tym albumem wpisać się w letnie klimaty?

O tym, że Panoramy to „album lekki, idealny na wakacyjny czas” dowiedziałem się z kilku recenzji. Czuję się zmieszany, gdy ktoś tak interpretuje utwory takie jak: „Kup, kup”, „Jad”, „Nie tylko raz” czy „Na odległość”. Oczywiście nie brakuje utworów, które mają sprawiać słuchaczowi przyjemność i bardzo się cieszę, że taki efekt osiągamy. Mam jednak poczucie pewnego przekłamania ze strony – bądź co bądź schlebiających nam – recenzentów. Ja po prostu doszukuję się pozytywów nawet w najbardziej gównianych sytuacjach. Taki jestem. Nie jest to wynik kalkulacji typu „a teraz zrobię wakacyjny album”

Marta Mrowiec: Właśnie nie o samą lekkość i dobrą zabawę chodzi. Nie brakuje na nim, jednak wielu mądrości życiowych schowanych, gdzieś pod przykrywką lekkich melodii. Celowo bawicie się ze słuchaczem i chcecie, aby sami wynieśli z Waszych tekstów to co najważniejsze?

Nie, nie bawię się ze słuchaczami. W ogóle to jest tak, że ja piszę te teksty dla siebie, trochę jak w autoterapii. To, że ktoś ich słucha jest czymś w rodzaju efektu ubocznego – bardzo przyjemnego zresztą. Natomiast utwory typu „To co lubię” to manifesty, odpowiedź na ciągle padające pytania, które uzmysławiają mi, że nie każdy patrzy na Świat podobnie jak ja. Wtedy czuję, że muszę skorzystać ze swojego przywileju i się wypowiedzieć. Choć uważam – szczególnie w kontekście ostatnich wydarzeń geopolitycznych – że nie wszyscy powinni z tego przywileju korzystać.

Marta Mrowiec: Na płycie jest utwór „Ł” – bardzo osobisty list do córki. To swego rodzaju manifest ojca. Taki utwór uzewnętrznia wiele skrywanych emocji. Powstał pod wpływem chwili, z potrzeby serca?

Wróciłem z porodówki i sam pośród czterech ścian radź sobie człowieku z tym co się właśnie wydarzyło. Nie wiedziałem jak się zachować, gdzie szukać ulgi. Zrobiłem więc to co zawsze działa dobrze na moje emocje – napisałem piosenkę.

Marta Mrowiec: Lubię wyłapywać różne smaczki na płytach. W Panoramach urzekło mnie kilka momentów jak chociażby smyczki w To co lubię. Macie swoje ulubione momenty na płycie?

Pierwsze co mi przychodzi teraz do głowy, oprócz wspomnianych smyków to dwa ostatnie takty w intrze, czyli utworze „Nowe rozdanie”. A i jeszcze wejście w ostatni refren w kawałku „Nie tylko raz”, gdzie slide na basie powoduje u mnie ciary.

Czytaj również