To była moja druga rozmowa z Eweliną Flintą, a czwarte spotkanie na żywo, i jak zwykle uderzyło mnie to, jak wielkie ciepło od niej bije. Ewelina jest niesamowicie życzliwą i empatyczną osobą – nie „jak na wokalistkę” czy „jak na osobę publiczną”, tylko w skali ludzkiej. Pogawędka z baristką, żarty z gośćmi kawiarni, podrapanie za uszkiem obcego psa czy widoczne przejęcie wypadkiem samochodowym zza okna to zachowania, które są dla niej tak naturalne, że pewnie sama ich nie zauważa i nie (d)ocenia. Ja jednak je dostrzegam i czerpię wielką przyjemność z naszych rozmów, bo są one pełne szczerości, zrozumienia i dobroci.
Nie inaczej było tym razem. Spotkałyśmy się, aby porozmawiać o projekcie „Lipcowe”, w ramach którego Ewelina Flinta wykonuje utwór „Na strychu”. Płyta powstała aby upamiętnić ofiary Obławy Augustowskiej i miała swoją premierę na żywo podczas koncertu w Augustowie 8 lipca. Poruszyłyśmy też temat nowego singla Eweliny „Sama na planecie” oraz gorący temat z pierwszych stron gazet – udział piosenkarki w dziewiętnastej edycji programu „Twoja twarz brzmi znajomo”.
Marta Umiejewska: Ostatnim razem rozmawiałyśmy o przemocy wobec kobiet, a teraz spotykamy się wokół historii zbrodni na Polakach. Ciebie chyba ciągnie do trudnych tematów.
Ewelina Flinta: Do niektórych tak, inne same do mnie przychodzą. Co ważne, ja większości z nich się nie obawiam. To konkretne zaproszenie przyszło od Roberta Chichego, Oli Góreckiej i od Instytutu Pileckiego. Dowiedziałam się o Obławie Augustowskiej rok temu, bo już wtedy, po raz pierwszy Ola pracowała nad wydarzeniem upamiętniającym tę straszną historię. Tematy wojenne i powojenne są wciąż mocno obecne w naszym społeczeństwie i większość rodzin jest do pewnego stopnia straumatyzowanych. Moja Babcia pochodziła z Kresów Wschodnich. Pamiętała wszystko z dokładnością dokumentalistki. Mam nagrane jej opowieści o tym, jak mając 14 lat musiała razem z rodziną ukrywać zimą w lesie przed napadami UPA. Była najstarszą siostrą (jeszcze przed wojną przeżyła śmierć siedmiorga rodzeństwa). Jej najlepsza przyjaciółka Ryfka została zamordowana przez Niemców. W gimnazjum te dwie dziewczynki połączyła wielka przyjaźń nie znająca granic. Nieważne dla nich było z jakich rodzin pochodzą i jakiego są wyznania. Z kolei brat mojej drugiej Babci został pojmany i rzekomo wcielony do radzieckiego wojska. Do tej pory nie wiadomo co się z nim stało. Staram się o nich pamiętać, ale jednocześnie podchodzić do ludzi z miłością i oddzielać grubą kreską różne pokolenia. Po wybuchu wojny w Ukrainie byłam jedną z pierwszych osób, które ruszyły do pomocy, a moja Mama nadal wynajmuje mieszkanie ukraińskiej rodzinie i wiem, że bardzo ich szanuje, więc po części te traumy są już u nas przepracowane.
MU: Czyli czułaś się blisko mieszkańców Augustowa?
EF: Tak, bo wielu kuzynów mojej Mamy jest porozrzucanych po całym rejonie Podlasia – mieszkają i w m.in. w Grajewie, w Klimaszewnicy skąd pochodziła moja babcia, a gróbpradziadka i prababci jest na cmentarzu w Białaszewie. Z osobami z Augustowa niestety nie miałam szansy porozmawiać, ale Ola Górecka już od roku jeździła na spotkania z rodzinami i na podstawie ich świadectw napisała bardzo osobiste teksty, naszpikowane żalem, tęsknotą, smutkiem, rozpaczą i złością. Czytając je, jesteśmy świadkami niesamowitego procesu terapeutycznego. Ze względu na tę intymność opowieści zawartych w utworach, koncert był bardzo mocny i wzruszający. To ważne, że lokalna społeczność się upomniała o swoją historię.
MU: Czy na przyszły rok również planowana jest oprawa muzyczna tych uroczystości?
EF: W zeszłym roku projekt nazywał się „Lipcowi”, ponieważ skupiał się głównie na mężczyznach, którzy zginęli lub zaginęli. W tym roku przyjęliśmy perspektywę żon, córek i matek, które czekały na swoich mężczyzn. Na scenie wystąpiły wspaniałe kobiety, między innymi Reni Jusis, Jagoda Kret, Marika czy Tulia. W przyszłym roku Ola Górecka też coś planuje i z ciekawością będę to śledzić.
MU: Przy okazji piosenki „Na strychu” wystąpiłaś w teledysku. Trudno było Ci zmierzyć się z tymi emocjami?
EF: Nie wymagało to ode mnie zbyt dużo pracy aktorskiej, gdyż Ola chciała minimalnych gestów i mimiki, do tego w tym samym tygodniu kręciliśmy również teledysk do mojego singla „Sama na planecie”, więc wycieńczenie, które widać w klipie, jest prawdziwe (śmiech).
MU: Czy zdradzisz nam kulisy powstania wideo do „Sama na planecie”?
EF: To był mój pomysł, mój scenariusz, więc rzuciłam się na głęboką wodę, bo zależało mi na stworzeniu opowieści, a nie tylko pokazaniu kilku obrazków. Mieliśmy ograniczony liczbowo zespół, a mimo to udało się stworzyć coś fajnego. Nie udało by się tego zrobić, gdyby nie dwaj przyjaciele Wojtek Olszanka, z którym reżyserowaliśmy ten klip i Krzysiek Palczewski, który stał za kamerą. Montaż to praca całej trójki. Finalnie kilku reżyserów mi pogratulowało! Ostatni czas jest dla mnie niezwykle stymulujący i po każdym sukcesie mam apetyt na więcej. Stąd jak przyszła propozycja z programu „Twoja twarz brzmi znajomo”, to postanowiłam zaryzykować i spróbować.
MU: Co najbardziej Cię przekonało do wzięcia udziału w tym show?
EF: Wieloletnie i wielokrotne kuszenie (śmiech). A tak na serio, to na pewno wyzwanie aktorskie. Na początku maja nagrywaliśmy z Voice Bandem dwa świetne klipy, w reżyserii Macieja Archona Michalskiego. Dwa w ciągu jednego dnia, a właściwie w 9 godzin (sic!). Poziom zachwytu Maćka nad moją pracą aktorską, nad moimi wygłupami, zdołał mnie wtedy przekonać, że może warto byłoby więcej działać w tym kierunku. A nie mam żadnego doświadczenia aktorskiego. Miesiąc później zadzwonił do mnie Maciek Rock i umówiliśmy się na kawę. Wtedy nawet nie skojarzyłam jeszcze, że on pracuje w programie, bo od 15 lat nie mam telewizji (śmiech).
MU: Czy planujesz już, na co przeznaczysz wygraną?
EF: Mam wiele pomysłów na fundacje, ale zupełnie szczerze nie spodziewam się wygranej. Chcę się po prostu dobrze bawić. Zresztą w tej edycji będzie przecież m. in. Nick Sinclair – genialny wokalista, ogromny talent, z którym trudno konkurować i nawet nie zamierzam. Nie mam zbyt wiele doświadczenia we wcielaniu się w inną postać. Owszem, wielokrotnie coverowałam m. in. Tinę Turner, ale to nie była Tina, tylko Flinta śpiewająca np. „Simply the Best”. A w tym programie będę musiała się zmierzyć również z głosami męskimi! Praca nad zmianą barwy głosu jest bardzo wymagająca. Umiem to robić do pewnego stopnia, ale to co wyprawiali niektórzy uczestnicy, to szaleństwo! Pamiętam chociażby wybitny występ Kasi Skrzyneckiej z „Time to say goodbye”. Z drugiej strony występowanie jako inna osoba z jej repertuarem zdejmuje ze mnie obawy przed reakcjami jurorów – nie będą oceniać mnie i mojego materiału, tylko to, jak się spisałam aktorsko i czy mój głos jest niczym guma (śmiech). W każdym razie liczę na superprzygodę!