„Chcieliśmy zmotywować ludzi do działania, dać pozytywne emocje i energię.”. Wywiad z Buką i Rahimem

Obaj są z całkowicie różnych światów. Dwa różne pokolenia, dwie różne osobowości i ponad 500 km drogi do siebie. Dzieli ich wiele, ale łączy chyba jeszcze więcej. Buka i Rahim udowodnili swoim wspólnym projektem, że warto widzieć świat w lepszych barwach. Dobry rap nie musi być smutny. Wraz z albumem Optymistycznie zmieniają jego definicję – nie ma miejsca na przygnębienie. Liczy się tylko pozytywny przekaz i ogromna dawka dobrej energii.

Od lewej: Buka, Rahim

Piotr Krajewski: Wiemy, jak postrzegaliście świat „Oczami Chłopca”. Wiemy, jak postrzegacie go teraz. A jak to było w okresie między dzieciństwem a dorosłością? Wtedy, kiedy do drzwi pukało już dorosłe życie?

Rahim: U mnie było to dość naturalne i płynne przejście. Szybko zacząłem pracować, w zasadzie zaraz po technikum. Poszedłem do normalnej pracy, zwyczajnie chciałem mieć własną kasę. Nie wywodzę się z bogatego domu i tak jak powiedziałem w jednym z utworów na „Optymistycznie”, nie uprawiam „zawodu syn”. Wiadomo: dostawałem kieszonkowe, ale nie były to pieniądze, które wystarczały na zaspokojenie potrzeb wówczas już prawie 20-letniego faceta. Chciałem mieć więcej, więc poszedłem do pracy. Rap robiłem po godzinach i było to moim zajęciem uzupełniającym. Nie miałem wtedy z muzyki żadnych profitów. To nie były jeszcze te czasy. Wierzyłem mocno, że kiedyś uda mi się coś zarobić, coś z tego mieć. Marzyło mi się, aby muzyka była moim sposobem na życie. Trochę czasu musiało jednak minąć. Dopiero po tym „boomie”, po sukcesie Paktofoniki zaczęło się coś dziać wokół mnie. Scena hip-hopowa dopiero raczkowała. Zależało nam wtedy przede wszystkim na tym, by grać koncerty. Nie tylko w Warszawie, Krakowie czy Poznaniu, ale także w mniejszych miastach. Chcieliśmy grać tam, gdzie ludzie pragnęli nas zobaczyć. Wiedzieliśmy, że nie zapłacą za nasz występ nie wiadomo jak dużych pieniędzy. Woleliśmy zarobić mniej, ale po prostu grać. Na początku nie wiedzieliśmy, jak to będzie. Koncertów mieliśmy jednak tyle, że w pewnym momencie nie wiadomo było, w co ręce włożyć. Nasz menedżer musiał zacząć odmawiać – nie było fizycznej możliwości dołożenia kolejnych koncertów do kalendarza. Zacząłem sobie wtedy uświadamiać, że jest szansa, by utrzymywać się z muzyki. A potem, jak to w życiu, bywało różnie – raz lepiej, raz gorzej. Postawiłem jednak wszystkie karty na muzykę. Zwolniłem się z pracy, bo nie dawałem rady ze wszystkim. Poszedłem w muzyczną stronę. I tak jest w sumie do dzisiaj. Rozbudowałem to jeszcze o firmę fonograficzną. Pracuję w niej na co dzień na rachunek własny i swoich artystów.

Buka: Widzisz: jedno, krótkie pytanie i całe życie opowiedziane (śmiech). U mnie to wszystko było bardziej zawirowane. Moja droga nie była taka prosta. Najpierw praca, później robienie rapu. Okres pomiędzy dzieciństwem a dojrzałością, którą osiągnąłem tak naprawdę dopiero niedawno, to był jeden wielki bunt przeciwko całemu światu. Bunt dla buntu, tak szczerze. Kilka lat mi to zajęło, by zrozumieć, że bunt sam w sobie był destrukcyjny i nic z niego nie wynikało. Przejawiał się on bardzo autodestrukcyjnym trybem życia, czyli ciągłym funkcjonowaniem na krawędzi. Jeżeli chodzi o aktywność zawodową, również sporo pracowałem fizycznie. Dwa razy przeprowadzałem się do Anglii, gdzie pracowałem w wielu miejscach. Cały czas miałem jednak ten główny cel – wybić się za sprawą muzyki. Nagrałem sporo nielegali, a ostatnim z nich były Opowieści z Miasta Fatum. Był to już rok 2010 i pamiętam jak dziś, kiedy wraz z moim kolegą Matim siedzieliśmy gdzieś na ławce dzień przed internetową premierą płyty. Powiedziałem mu wtedy: „Stary, jeśli to nie pyknie teraz, to się poddaję”. Wtedy miałem już rozgrzebane, właściwie prawie skończone, Po drugiej stronie lustra. Naprawdę myślałem, że to będzie moja ostatnia płyta. Odezwał się jednak do mnie Sebastian (Rahim – przyp. red.) i losy potoczyły się zupełnie inaczej.

Piotr Krajewski: W teledysku do „Optymistycznie” skorzystaliście z lokalu udostępnionego w Katowicach przez Marcina Czubaka, znanego kucharza z programu „Top Chef”. Rahim, czy to była Twoja inicjatywa i czy znałeś wcześniej Marcina? Skąd pomysł na tę lokalizację?

R.: W ogóle nie wiedziałem, że kręcimy u niego dopóki nie przyjechaliśmy na plan. Organizowała go odpowiedzialna za ten obrazek grupa Przedmarańcza. Powiedziano nam po prostu: „Przyjdźcie tam! Staromiejska 13. Robimy klip”. Przyszliśmy do knajpy i usiedliśmy. Nie byłem w ogóle w temacie – nie oglądam tego typu programów. Nie z ignorancji – zwyczajnie nie mam na to czasu. Nie wiedziałem więc o nim (o Marcinie). Tak samo jak nie wiedziałem, że Natalia Nykiel była finalistką muzycznego talent show. Marcin okazał się być bardzo fajnym kolesiem. Poszliśmy kiedyś do jego knajpy zupełnie prywatnie i… powiem szczerze: nie dziwię się, że doszedł do finału. Byliśmy zafascynowani. Przepyszne jedzenie.

Piotr Krajewski: Jak to naprawdę jest z Waszymi nawykami – czy jest tak jak w piosence „Nawyki”? Fajki wymieniliście na Nike na siłkę, przystanek na rower, chlanie na pływanie. Czy tak było naprawdę? Jakie sporty uprawiacie?

B.: Zrobiliśmy tak, bo się rymowało (śmiech)! A tak serio to zawsze piszemy prawdę. To wszystko miało miejsce.

R.: Od kilku lat uprawiam sporty siłowe. Zacząłem od TRX-a. Niestety niedawno miałem incydent z bieganiem, który zakończył się kontuzją i musiałem nieco spauzować. Staram się po prostu nie unikać aktywności fizycznej. Kiedy jest zima – jeżdżę na snowboardzie; kiedy jest lato – staram się pływać. Grałem kiedyś sporo w koszykówkę, ale po liczbie kontuzji uznałem, że jednak nie warto. Jestem otwarty. Czasami chodzę na squasha. Jeśli mam okazję coś zrobić, to mogę nawet w badmintona pograć, popływać na rowerku wodnym czy pojeździć na rowerze. Nie mam ograniczeń, ale zdecydowanie wolę sporty lądowe od powietrznych i wodnych.

B.: Chodzę już dość długo na siłownię. Zacząłem też biegać, co bardzo mi odpowiada. No i pływam. W przeciwieństwie do Sebastiana nie boję się wody i zawsze bardzo ją lubiłem. Jeżeli mógłbym podpiąć nurkowanie pod sport, to jest to właśnie coś, czego naprawdę chciałbym spróbować.

Piotr Krajewski: Co było przyczyną tego, że zmieniliście swoje nastawienie do kwestii stylu życia?

R.: Wiesz co, to jest trochę tak, że jak osiągasz jakieś zwycięstwo w życiu i dostrzegasz, że możesz (coś zrobić), a do tego jesteś człowiekiem myślącym – wpadasz na to, że jesteś w stanie zrobić coś jeszcze. Osiągając jeden cel, wyznaczasz sobie kolejny. To była właśnie taka lawina. Wszystko poszło kaskadowo, jedno z drugim było powiązane. Udało mi się rzucić fajki, więc może teraz spróbuję zdrowo się odżywiać? Jak zdrowe odżywianie, to i sport. Jak sport, to coś tam – każdy taki mały sukces przekładał się na większa wiarę we własne możliwości.

B.: W pewnym momencie życia dochodzisz do wniosku, że albo coś zmienisz, albo staniesz się warzywem i się wykończysz. Osobiście skrajnie doświadczałem wielu rzeczy. I jeżeli nie powiesz sobie dość, to zniszczysz się. Szczególnie jeśli prowadzisz taki tryb życia, że możesz sobie pozwolić na to wszystko. Co weekend jesteśmy w trasie, a wiadomo, że każdy kolejny wyjazd łączy się z frywolnością. Pełno pokus. Ale kiedyś trzeba powiedzieć dość.

Piotr Krajewski: Chciałem poruszyć kwestię Waszej współpracy z Natalią Nykiel. Utwór z nią odstaje nieco stylistyką od pozostałych kompozycji na płycie. Dlaczego zdecydowaliście się na współpracę akurat z Natalią? Kto wyszedł pierwszy z inicjatywą?

R.: Uznaliśmy, że w refrenie „Obiecuję Ci” potrzebujemy kobiecego głosu, który ten utwór…

B.: …dopieści!

R.: I będzie taką wisienką. Podjęliśmy wcześniej dwie próby dogrania wokalistek. Dobrych wokalistek. Charakter, który nadały numerowi nie był jednak tym, czego szukaliśmy. Czuliśmy, że to nie jest ten kierunek. Byliśmy już w sumie na etapie poddania się. No i nagle z eteru dotarła do mojego ucha Natalia. Powiedziałem wtedy: super wokal! Zupełnie nie wiedziałem, kim ona jest. Pomyślałem, że to może jakaś nowa, młoda, polska piosenkarka. Usłyszałem wtedy Bądź Duży, sprawdziłem tytuł, wykonawcę i zadzwoniłem do Buki, mówiąc: „Słuchaj, usłyszałem wokalistkę, która będzie pasować”. Wydawało mi się to bardzo osiągalne. Buka też uznał, że to super pomysł i czuł ten temat. Poprosiłem więc naszego PR-owca Kajetana, aby nawiązał kontakt. Okazało się, że Natalia ucieszyła się z tej propozycji i przyjęła ją od razu. Pomimo że miała mnóstwo pracy (trasa koncertowa, reedycja płyty), to chwilę później dostaliśmy od niej próbkę nagrania. Stwierdziliśmy wtedy, że bardzo nam to odpowiada i zaprosiliśmy ją do studia. Najlepsze w tym wszystkim było to, że Natalia chciała przyjechać do nas, do Katowic, w swoim zapracowanym okresie i nagrać wokale. Dzięki temu mogliśmy się normalnie poznać, pogadać jak ludzie i zjeść razem lunch.

B.: Mnie nie było w tamtym czasie w studiu, ale poznałem się z Natalią w trakcie ESKA Music Awards.

Nie mieliście pewnie jeszcze okazji zaprosić jej na swoje koncerty? Jak wiemy, ona też miała swoją trasę.

R.: Dokładnie. Co prawda Natalia zaprosiła nas na swoje, ale niestety ten w Katowicach ostatecznie się nie odbył. Mamy jednak nadzieję, że kiedyś z nami zagra.

20 listopada wystąpiliście w ramach Śląskiego Rap Festiwalu. Jak wrażenia? Jak przyjęła się nowa płyta na koncertach?

B.: Jeszcze za wcześnie, by o tym mówić. Widać, że ludzie znają utwory, ale nie są jeszcze z nimi osłuchani na tyle, żeby dobrze się bawić.

R.: Znam tę przypadłość od 2005 r., kiedy to wydałem wraz z Pokahontaz album Receptura. Ruszyliśmy w trasę zaraz po premierze. Okazało się, że dopiero po około dwóch miesiącach koncertów ludzie zaczęli znać teksty. Przestali wyłącznie słuchać tych numerów, a zaczęli je też śpiewać i bawić się nimi. Pomimo tylu lat nadal jestem tak głupi, że zamiast poczekać trochę ruszam w trasę zaraz po wydaniu albumu.

B.: To jest po prostu tak, że nam też już chce się grać coś nowego.

R.: Nie oszukujmy się. Żyjemy w takim kraju, gdzie – przynajmniej w naszej branży – nie ma kosmicznych stawek za koncerty. Nie możemy sobie pozwolić na to, że nagramy płytę, będziemy ją potem promować trzy miesiące i dopiero wtedy wyjedziemy w trasę na pół roku. Niewielu muzyków może pozwolić sobie na coś takiego. Przynajmniej z kręgu hip-hopowego. Musimy utrzymywać ciągłość. Wiem, że najlepsze koncerty czekają nas najprawdopodobniej dopiero w przyszłym roku. Za kilka miesięcy. Dopiero wtedy ludzie oswoją się z płytą i będą na nią w pełni gotowi.

Istnieje takie powiedzenie: prawdziwy artysta to nieszczęśliwy artysta. Co o tym sądzicie?

R.: Tak, to prawda. Jest teoria mówiąca o tym, że najlepsze projekty rodzą się w bólach.

B.: Spośród wszystkich emocji, jakie wyraża w swojej twórczości artysta, właśnie te negatywne najsilniej oddziałują na odbiorcę.

R.: W trakcie dzisiejszego spotkania autorskiego w Empiku doszliśmy do takiej konkluzji, że to proste rozwiązania, proste prawdy są właśnie… proste. Czasami może nawet banalne w odbiorze. Ludzie nie lubią banałów. Jeśli powiesz komuś o prostym rozwiązaniu, to stwierdzi: „e tam, banał!”. A jeżeli opowiesz o wielkim cierpieniu, gdy rozrywa się Twoje serce, kiedy jesteś nad przepaścią, w którą możesz wpaść, a tą przepaścią jest negatywna emocja, to wtedy ludzie są w stanie zwizualizować sobie to wszystko i poczuć to, o czym mówisz.

Wasze rozkminy tekstowe są czasami naprawdę skomplikowane. Który kawałek z „Optymistycznie” pochłonął najwięcej Waszej pracy?

B.: Chyba najdłużej rzeźbiliśmy „Obiecuję Ci”, przede wszystkim ze względu na poszukiwania wokalistki.

R.: Trwało to też długo od strony produkcyjnej.

B.: Dogrywaliśmy pianino. Perkusja była zmieniana kilkukrotnie.

R.: Ten numer rodził się w bólach.

Piotr Krajewski: No właśnie, a jak wyglądała kwestia produkcji albumu? Czy daliście producentom wolną rękę? Za brzmienie odpowiada cała ich rzesza, a mimo to płyta brzmi jednolicie.

R.: Wręcz odwrotnie. Stwierdziliśmy, że to przede wszystkim nasza płyta i zależy nam, aby miała ona taki kształt, jaki chcemy i czujemy. Poprosiliśmy zaprzyjaźnionych producentów o paczki beatów, wybraliśmy z nich to, co nam się spodobało, a potem dopasowaliśmy tematy utworów pod beaty, a następnie powstały teksty. To jest właśnie sztuka – stworzyć wraz z kilkoma producentami piętnaście pasujących do siebie numerów. Skoro miałeś wrażenie, że płyta jest spójna, to znaczy, że chyba udało nam się ją poskładać. I, co najważniejsze, dobrze ułożyć tracklistę, bo to naprawdę trudne zadanie.

Piotr Krajewski: Wydaje mi się, że zmieniacie definicję rapu. Kojarzony on jest często z czymś smętnym, smutnym. Wasz album stawia ten gatunek w zupełnie innym świetle. Jest po prostu optymistycznie. Czy to właśnie beaty zawarte na płycie są sposobem na połącznie Waszych stylów i pokoleń? Jeśli nie, to w takim razie co jest spoiwem, złotym środkiem, dzięki któremu płyta jest tak równa?

B.: To przekaz jest tutaj bardziej tym wspólnym mianownikiem aniżeli muzyka.

R.: Myślę, że tutaj chodzi przede wszystkim o teksty. To one mają taki „podobny” wydźwięk, są z jednej kategorii. To tak, jakbyś usłyszał album z samymi smutnymi utworami – jest on utrzymany w jednym tonie.

B.: Beaty są różne. „Nawyki” mają raczej pozytywny wydźwięk, a takie „Just Do It” jest mroczniejsze. Przekaz jednak jest taki sam – ma być pozytywnie. To było tym spoiwem.

R.: Chcieliśmy zmotywować ludzi do działania, dać pozytywne emocje i energię.

Z którego utworu jesteście najbardziej zadowoleni i dumni?

R.: „W Poszukiwaniu Bełta” (śmiech)! Często się jednak tak zdarza, że utwory ważne dla twórcy nie spotykają się z oczekiwaną reakcją. Nie ma reguły. Wydaje mi się, że lepiej podchodzić do tworzenia na luzie i wtedy są lepsze efekty.

Piotr Krajewski: Pytanie czysto hipotetyczne. Siedzi przed Wami totalny pesymista. Jaką radę byście mu dali? Co ma zrobić, aby zmienić swój sposób myślenia?

R.: Myśli kreują rzeczywistość.

B.: Głowa do góry, mój drogi (śmiech)!

R.: Próbowalibyśmy mu uświadomić, że to od niego zależy, jak będzie wyglądał świat.

Piotr Krajewski: Kolejny cel?

R.: Jeszcze nie wiem. Jestem skupiony myślami na tym krążku.

B.: A ja zawsze mam milion planów. Chcę nagrać teraz solówkę. Czuję potrzebę stworzenia płyty totalnie osobistej i introwertycznej. Coś takiego mam teraz w głowie i zobaczymy, co z tego wyniknie.

Piotr Krajewski: Optymistycznie życzę Wam powodzenia! Dziękuję za rozmowę.

B. & R.: Dziękujemy!

Na zdjęciu od lewej: Sebastian Salbert (Rahim), redaktor Piotr Krajewski, Mateusz Daniecki (Buka)

Czytaj również