Kiedy po raz pierwszy sięgnęłam po Iron EP francuskiego reżysera teledysków – Woodkida – nie mogłam się od jego muzyki uwolnić przez najbliższe nie dni, lecz tygodnie. Więc kiedy zobaczyłam, że debiutancki longplay artysty miał już swoją premierę, również i z nim zapoznałam się w mgnieniu oka. The Golden Age to płyta, na jaką warto czekać latami!
Woodkid jest naprawdę wyjątkowym artystą. Nie zabiega o popularność, nie nagrywa duetów ze sławami. Wydaje się być osobą zamkniętą w swoim własnym świecie. Błogim i bajkowym? Bynajmniej… . Wystarczy uważniej wsłuchać się w jego utwory. Woodkid może pochwalić się bogatą wyobraźnią i ciekawym wokalem – niskim, głębokim, stonowanym. Brzmiącym bardzo smutno. W innych piosenkach mogłoby to przeszkadzać, ale w kompozycjach zawartych na The Golden Age współgra jego głos z muzyką i klimatem.
http://www.youtube.com/watch?v=guI88vyNU2Q
No właśnie, klimat. To proste słówko w recenzji długogrającego debiutu Woodkida może być przywoływane przy każdym utworze. Chociaż każdy opowiada całkiem inną historię, ich wspólnym mianownikiem jest klimat jakby żywcem wyjęty z filmu fantasy. Również melancholia i smutek przewijają się we wszystkich piosenkach. The Golden Age to płyta epicka, wielka i potężna. Wyprodukowana z rozmachem. To, co najbardziej mnie w niej zachwyciło, to ilość instrumentów. Nie ma tu elektroniki. The Golden Age to płyta, która na komputerze nie powstała. Zamiast tego mamy cudowną orkiestrę, która buduje ten fantastyczny, filmowy klimat. Są trąbki, smyczki, fortepian, bębny. A to tylko mały wycinek tego, co usłyszeć możemy włączając album.
Przyznam, że tytuł krążka jest zmyłkowy. Przywodzi bowiem na myśl szczęśliwe, złote lata. W rzeczywistości już w pierwszej – tytułowej – kompozycji padają słowa, które mogą podważyć nasze wyobrażenia:
Walking through fields of gold, in the distance, bombs can fall (…) The golden age is over (PL: Spacerujemy po złocistych polach, gdzie w oddali bomby mogą spaść (…) złoty wiek się kończy).
Co mogę powiedzieć o samej piosence? Smyczki wprowadzają w poważny, podniosły nastrój. W dalszej części utwór rozkręca się, co czyni go jeszcze bardziej patetycznym. Mroczniejszą piosenką jest szybkie i dynamiczne Run Boy Run. Utwór wprowadza słuchacza w nastrój niepokoju. Takie wrażenie potęgują odgłosy bijącego zegara. Co odmierza? Nieco rozpogadza się przy The Great Escape. Piękny, symfoniczny początek stwarza spokojniejszy klimat, a sama piosenka wydaje się w końcu brzmieć nieco nowocześniej niż pozostałe. Jeśli pierwsze trzy utwory zmęczyły kogoś ilością dźwięków, odpocznie przy Boat Song – balladzie zagranej głównie na fortepianie. Prostej, ale efektownej i chwytającej za serce.
Kolejna kompozycja, jaką jest singlowe I Love You, to utwór, bez którego ostatnio nie mogę żyć. Na początku obawiałam się, czy taki tytuł nie zwiastuje słodkiej, romantycznej ballady, jednak już po pierwszym przesłuchaniu poznałam, jak bardzo się myliłam. I Love You to cudowna piosenka, świetnie wykonana, charakteryzująca się wspaniałym tekstem. O czym opowiada? Posłużę się teledyskiem, a konkretniej jego początkiem, gdzie padają słowa (po rosyjsku):
Dzisiaj opowiem wam historię o człowieku, co utonął w chłodnych wodach oceanu, po utracie kogoś, kogo kochał. Oto historia człowieka, który umarł dwa razy.
Lirycznie ponownie robi się przy The Shore, w którym Woodkid stopniowo buduje napięcie. Dalej mamy brzmiące filmowo Ghost Lights (gdzie Woodkid ponownie wykorzystał wspomniany przy Run Boy Run zegar) oraz opowiadające o tęsknocie za bliską osobą, bogate w dźwięki Stabat Mater (warto zwrócić uwagę na wokal artysty – nie brzmi już tak spokojnie jak w pozostałych piosenkach). Koniecznie trzeba posłuchać jaśniejszego, nie tak mrocznego Conquest of Spaces czy wzruszającego Where I Live, w którym nawet słowa
And I’m waiting for the Sun (PL: I czekam na słońce)
zdają się nie przynosić nadziei na lepsze jutro.
Kluczowym momentem The Golden Age jest bez wątpienia utwór Iron. Znalazł się on już na Iron EP i bardzo się cieszę, że Woodkid nie zapomniał o nim na debiutanckim krążku. To jedna z najwspanialszych piosenek, jaką kiedykolwiek poznałam. Kwintesencja twórczości i artyzmu Woodkida. Epicka, patetyczna. Zachwycająca tekstem, muzyką, wykonaniem. Bardzo udanym numerem jest również brzmiące tajemniczo The Other Side. Ponownie pojawia się tu zegar, który być może odmierza czas do końca płyty. The Other Side to bowiem utwór wieńczący przygodę z The Golden Age. Ciekawym urozmaiceniem kompozycji jest również chórek. Na zakończenie warto również wspomnieć co nieco o dwóch zupełnie instrumentalnych utworach: Shadows oraz kojarzącym mi się z horrorem Falling.
The Golden Age to album, którzy urzeka od pierwszych dźwięków. Piosenki Woodkida to nie tylko piękne teksty czy bogata aranżacja, ale i emocje. Smutek, żal, tęsknota czy nawet strach. To wszystko sprawia, że płyta powala na kolana. Dosłownie. The Golden Age to album, którego nie można słuchać robiąc kilka innych rzeczy. Należy usiąść i w skupieniu wsłuchać się w magiczne utwory artysty. Docierają do duszy i serca. No i w końcu The Golden Age to album, do którego chce się wracać by na nowo odkrywać i poznawać niby dobrze już znane dźwięki. Debiut roku!



