Demi Lovato – DEMI (2013), recenzja Filipa Wiącka

Demi Lovato to chyba najciekawsza Disney’owska gwiazda. Choć wiele aktorów pochodzących z ich stajni jakby boi się zrobić coś samodzielnie, to wokalistka już jakiś czas temu się od nich odcięła i nagrywa na własną rękę. Zmieniła więc styl, przeżyła załamanie nerwowe (2010), ale jest już gotowa na podbój świata. Płyta DEMI pozostawia jednak pytanie: czy na pewno?

Pierwsze dwa krążki piosenkarki są przeciętne. Don’t Forget to zwyczajny, nieco dziewczęcy pop rock, podobnie zresztą jak Here We Go Again. Uważam jednak, że taki styl Demi nie pasuje. Piosenki były zbyt słodkie, łagodne jak na muzykę, która miałaby być nieco ostrzejsza. Znacznie bardziej podoba mi się płyta Unbroken, którą wokalistka nagrała już po przejściach. Problemach z alkoholem, narkotykami. Demi nagrała zestaw ładnych ballad oraz bujających piosenek spod znaku popu i r&b. DEMI różni się od poprzedniczki tym, że jest bardziej przebojowa. Więcej tu tanecznych, electropopowych numerów. Te z poprzedniego krążka były mniej komercyjne i jakieś takie przyjemniejsze. Te tutaj pokazują, że Lovato stała się kolejną, niczym się niewyróżniającą piosenkarką.

Pierwszym singlem promującym wydawnictwo został kawałek Heart Attack. Liczyłem na coś w klimacie Skyscraper z poprzedniego albumu, które też przecież było singlem. Niestety Heart Attack znacznie mniej mi się podoba. To przebojowy, electropopowy numer. Brakuje w nim lekkości. O ile samych zwrotek słucha się przyjemnie, o tyle refren w ogóle mi się nie podoba. Podobny, elektroniczny dźwięk wykorzystany został w drugim singlu – Made in the USA. Choć robi lepsze wrażenie niż Heart Attack, to dużego sukcesu nie wróżę.

Jak już wspominałem, na DEMI sporo szybkich, tanecznych utworów. Niestety. Demi to nie Rihanna czy Katy Perry i w club-bangerach sprawdza się średnio. Najlepszym na to przykładem jest Neon Lights, które z powodzeniem mogłoby znaleźć się na krążku którejś z ww. pań. Jednak co im pasuje, niekoniecznie musi być dla Lovato. Piosenka jest bowiem tragiczna. Bardzo dyskotekowa i kiczowata. Podobne (niestety) są Fire Starter oraz irytujące Something That We’re Not. Ciekawie zaczynało się Never Been Hurt, szybko jednak pojawił się klubowy bit, który zepsuł dobrze zapowiadający się numer. Najlepszym przebojowym kawałkiem jest Really Don’t Care, w którym gościnnie pojawia się Cher Lloyd. I to właściwie ona dźwiga ten numer. Choć jej partia jest bardzo krótka, to podoba mi się dużo bardziej od samej Demi. Poza tym utwór bardziej pasuje mi do Cher. Nie zdziwiłbym się, gdyby znalazł się na jej nadchodzącym, studyjnym krążku.

http://www.youtube.com/watch?v=WZtOc9hOIhQ

Na Unbroken zdecydowanie najlepsze wrażenie robiły ballady. Szczególnie dwie – świetne Skyscraper oraz piękne, emocjonalne For the Love of a Daughter – bardzo mi się spodobały. Na DEMI nie znajdziemy może ich godnych następców, ale i tu znalazłem kilka naprawdę dobrych spokojnych utworów. Bardzo podoba mi się zagrana wyłącznie na pianinie ballada In Case. Jest ładna, urocza. Artystka pokazała w niej, że śpiewa naprawdę dobrze (czego nie słychać niestety w tanecznych kawałkach z tej płyty). Jeszcze lepsze wrażenie zrobiło na mnie Nightingale. Piosenka jest bardziej rozbudowana od In Case. Oprócz pianina pojawiają się tu smyczki, a całość sprawia nieco teatralne wrażenie. Ogólnie jednak i ten numer zachwyca swoją prostotą i wokalem Demi. Ładnie przedstawia się również Shouldn’t Come Back. Średnio podoba mi się natomiast podszyte elektronicznym bitem Two Pieces. Jednak najlepszy spokojny utwór piosenkarka zostawiła nam na koniec. Mowa tu oczywiście o Warrior. Muzycznie w niczym nie ustępuje Nightingale czy In Case, ponadto zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie swym tekstem, który pokazuje, że wokalistka pozbierała się po tym, co działo się w jej życiu kilka lat temu:

I’m a warrior I’m stronger than I’ve ever been And my armor, is made of steel, you can’t get in I’m a warrior And you can never hurt me again (PL: Jestem wojowniczką Jestem silniejsza, niż kiedykolwiek byłam A moja zbroja jest ze stali, nie przebijesz się Jestem wojowniczką I już nigdy więcej nie będziesz mógł mnie zranić).

Pozostałe teksty? Ja kochałam, ty nie chciałeś, odszedłeś, wróciłeś, ale teraz ja cię nie chcę. Typowe bajeczki o miłości. Nic nie wnoszą, nic nie ujmują. Są po prostu zwyczajne dla tego typu muzyki. Chciałoby się jednak czegoś więcej. Mogłaby nawet znowu zaśpiewać o swoim konflikcie z ojcem (temat wcześniej poruszony w For the Love of a Daughter).

DEMI zrobiło na mnie niestety średnie wrażenie. Za mało tu pięknych ballad w stylu Warrior czy Nightingale. Za dużo natomiast słabych, dyskotekowych kawałków. Niestety – Unbroken było lepsze pod każdym względem. Więcej tam spokojnych utworów. Natomiast te przebojowe robiły lepsze wrażenie. Na DEMI muszę natomiast pochwalić samą artystkę. Od czasów debiutu poczyniła spore postępy wokalne. Co mi jednak z tego, skoro w utworach takich jak Fire Starter czy Neon Lights nadal brzmi źle?

Czytaj również