O zobaczeniu Woodkida na żywo marzyłam od kwietnia, czyli od momentu, kiedy na dobre wciągnęła mnie jego twórczość. Występował wprawdzie w naszym kraju w maju, ale geometria, niemieckie słówka i polskie lektury uniemożliwiły mi uczestniczenie w tym wydarzeniu. Zakupiłam więc bilet na grudniowy koncert (za 110 złotych – miejsce na płycie) i zaczęłam odliczanie.
Na miejscu koncertu zjawiłam się kilka minut przed 19, czyli godziną zero. Nieco przeraził mnie tłum ludzi, ale byłam tak zdeterminowana, że udało mi się przepchać prawie na początek. Szybko przeszłam kontrolę, oddałam kurtkę do szatni i ustawiłam się pod drzwiami, które prowadziły na płytę. Nie mam dobrej kondycji, ale biegać na krótkie dystanse umiem dosyć szybko. Nawet w butach na kilkucentymetrowych obcasach. Wyprzedziłam szarżujący tłum i zajęłam miejsce przy barierce naprzeciwko mikrofonu.
Zanim Woodkid pojawił się na scenie, na pół godziny przejął ją kanadyjski wokalista i producent Black Atlass. Przyznam szczerze, że jego występ nie przypadł mi do gustu. Puszczana z laptopa muzyka (tylko jeden utwór został zagrany na keyboardzie) zagłuszała artystę a on sam sprawiał wrażenie, że na scenie pojawił się przypadkiem.
Kilka minut po dziewiątej pojawił się zespół – m.in. bębniarze, trębacze oraz sekstet smyczkowy składający się z…polskich muzyków. Chwilę później, wywołany brawami, na scenę wszedł Woodkid. Chociaż cały koncert miał niesamowitą oprawę (gra świateł oraz przepiękne, wyświetlane na ścianie animacje) , artysta ubrany był skromnie. Zwykła bluza, spodenki, czapka z charakterystycznym dla niego motywem dwóch kluczy (pół koncertu marzyłam, by rzucił ją w kierunku publiczności). Zaskoczyło mnie, że Woodkid jest tak niskim mężczyzną. W jego przypadku powiedzenie mały wielki człowiek pasuje w sam raz. Koncert rozpoczął się utworem Baltimore’s Fireflies pochodzącym z Iron EP. Z tego samego minialbumu usłyszeliśmy również poruszającą balladę Brooklyn. Jak sam artysta zdradził, tytułowa dzielnica Nowego Jorku jest jego miejscem na ziemi. Może tylko miałam takie wrażenie, ale podczas wykonywania tego utworu Woodkidowi zaszkliły się oczy.
Podobało mi się to, jak szybko artysta złapał dobry kontakt z publicznością. Po otwierającej koncert piosence powiedział, że wykona dziś swoje wszystkie utwory (nie było to do końca prawdą, bo zabrakło The Shore i Wasteland, ale wybaczam) oraz couple of new songs. Później zdradził, że ma polskie korzenie. Opowiedział nieco o swoim życiu w trasie, wykonując za moment nową, łamiącą serce i przesiąkniętą melancholią kompozycję Go.
Podczas występu piosenki szybkie przeplatały się z balladami. Pokołysać się więc (i wzruszyć) mogliśmy przy takich utworach jak Where I Live, Boat Song (w nieco zmienionej aranżacji) oraz wspomnianych wcześniej kawałkach: Baltimore’s Fireflies, Go i Brooklyn. Jednak dziać się zaczęło przy dynamicznych piosenkach. Chociaż I Love You rozpoczęło się tak jak znana mi wersja orkiestrowa, szybko spokojne dźwieki zastąpione zostały przebojową melodią, przy której ciężko było stać w miejscu. Prawdziwy szał wywołała jednak druga nowa piosenka Woodkida – instrumentalna, potężna kompozycja Volcano zawierająca… dubstepowe wpływy. Nikt nie został również obojętny na dźwięki chyba najpopularniejszego utworu Woodkida – Iron. Po The Great Escape artysta zszedł ze sceny. Publiczność zaczęła jednak klaskać, tupać i skandować jego imię. Nie było więc szans na to, że Woodkid odjedzie z polskiego koncertu bez bisów. Tym bardziej, że jedną z wykonywanych na zakończenie piosenek była wydłużona i bardzo energetyczna wersja Run Boy Run. Właśnie wtedy zaczęłam żałować, że nie przykładałam się do zajęć na siłowni. Ostatnią kompozycją, którą Woodkid wykonał, było uwielbiane przeze mnie The Other Side, które, jak żadna inna piosenka artysty, nadaje się na zamykanie tego niezwykłego show. Na sam koniec wyświetlony został zwiastun teledysku do nowego singla The Golden Age, który ukazać ma się w 2014 roku. Coś mi się wydaje, że będzie to najlepszy i najbardziej poruszający klip nadchodzących miesięcy.
Koncert zakończył się po upływie półtorej godziny. Woodkid w kilku zdaniach przedstawił swój zespół i pożegnał się z rozentuzjazmowaną publicznością. Wiele osób opuściło sale, jednak spora grupa zgromadziła się przy barierkach śledząc uważnie techników odklejających ze sceny kartki z setlistą. Po małej przepychance udało mi się jedną złapać. Wprawdzie kawałek kartki został urwany a ona sama prosi się o wyprasowanie, ale jest to wspaniała pamiątka na całe życie (jeszcze się pochwalę, że jest to ta sama setlista, która służyła samemu Woodkidowi za ściągę). Uradowana wyszłam z sali i okazało się, że czeka na mnie kolejna niespodzianka. Za wypełnienie króciutkiej ankiety można było otrzymać plakat. Bardzo ciekawe rozwiązanie, bo np. na Editors za taki poster trzeba było zapłacić 5 złotych, co dla osoby, która nie miała ze sobą gotówki, mogło być problematyczne.
Może powinnam wspomnieć o tym na początku, ale co tam. Na to zawsze jest dobry moment. Woodkid promował w Warszawie swój debiutancki longplay The Golden Age, który dla mnie – nie boję się tego powiedzieć – jest płytą milenium. Będzie aktualny zawsze. Czy słucham go dziś, czy słuchać go będzie następne pokolenie. Czy nawet, cofnijmy się w czasie, trafiłaby na niego osoba w latach 70. Każdy z nas dorasta i nasz the golden age dobiega końca, a innocence is burned in flames. Ponadczasowa propozycja.


