Wolfmother niegdyś należeli do grupy zespołów od których wiele oczekiwano. Ich pierwszy debiutancki album przyniósł im ogromną sławę i popularność. Co więcej wszyscy głośno wiwatowali, że w końcu ujawnili nam się następcy tak wielkich kapel jak AC/DC, Iron Maiden czy Black Sabbath. Zbyt wczesną koronację na królów współczesnego rocka zweryfikował czas. Muzycy zdecydowanie zawiedli kolejnymi to wydawnictwami. A kiedy wszyscy powoli zdążyli o nich zapomnieć przyszedł czas na najnowszy album zatytułowany Victorious. Rockowa twarz zespołu odrodziła się na nowo. Ale czy to wystarczające?
Powrócili w dobrym stylu. Słychać, że członkowie Wolfmother wzięli na poważnie wszystkie głosy krytyczne. Nagrali oni bowiem album, który jest kwintesencją tego co w nich najlepsze. Powrócił zespół, który kilka lata temu rozkochał w sobie pół tego świata. Znowu możemy napawać się prawdziwie rockową gitarą i niesamowicie charyzmatycznym głosem. Czy to wystarczyło, aby ponownie wspiąć się na szczyt? Nie do końca. Muzycy po drodze stracili to co wcześniej zachwycało w ich twórczości, a dokładniej chodzi o siłę przebicia i niepospolitość. Co jeszcze gorsze ich najnowsze dzieło okazuje się być strasznie powtarzalnym wydawnictwem. Po prostu już to gdzieś słyszałem.
Zgodzić się trzeba w jednej sprawie. Wydawnictwo Victorious składa się z wielu dobrych rockowych kompozycji. Nie jest to źle przygotowany materiał. Nic z tych rzeczy. Niemal każdy utwór został profesjonalnie napisany i nagrany. Albumowi nie można odebrać też konsekwencji i spójności. A na całym wydawnictwie najbardziej urzekła mnie kompozycja Pretty Peggy. To jedna z tych piosenek, które po prostu wpadają nam do głowy bardzo szybko i nie chcą nas opuścić. Do tego ten wyjątkowy tekst stworzony przez samego wokalistę. Czuje w tym utworze tę młodzieńczą rockowość z dawnych dobrych dzieł Wolfmother. Uwagę przykuwa także dość dobre zamknięcie całego albumu. Dokładniej chodzi o Eye of the Beholder. Prawdziwie rockowa uczta dla każdego fana takiej muzyki.
W rozwój zespołu swoją wielką pracę włożył jego wokalista czyli Andrew James Stockdale. Bez wątpienia to on jest elementem tworzącym wyjątkowość tej formacji. Jego głos stał się prawdziwą wizytówką Wolfmother. Nadto ten muzyk tak naprawdę uratował najnowsze wydawnictwo zespołu. Stockdale ponownie śpiewa pełnią głosu i jest przy tym niesamowicie przekonujący. Gdy słucham całego albumu Victorious w pamięci zostaje mi tylko wokalista, a wcale nie chciałbym żeby tak było. To tak naprawdę wina tej jego stanowczości, która całkowicie mnie fascynuje. Cały album przyozdobiony jest właśnie jego umiejętnościami. Jednak wielokrotnie już historia muzyki udowadniała nam, że znakomity głos to tylko połowa sukcesu.
Nikt chyba nie przypuszczał, że kariera Wolfmother potoczy się właśnie w takim kierunku. Raz grają muzykę na światowym poziomie, a potem przychodzi moment na gwałtowny upadek. Choć nie mogę całkowicie zachwycać się ich najnowszym dziełem to wierzę, że jest to droga ku tendencji wzrostowej. Muzycy z pewnością otrząsnęli się po fali oklasków i zachwytów. Udało im się znaleźć wiele czynników, które zachwycały przy debiutanckim albumie i osiągnęli zwycięstwo. Ale nie takie jak oczekiwano.


