Występ w Warszawie kończył trzydniową wizytę artysty w Polsce. Wcześniej zagrał we Wrocławiu oraz Gdańsku. Wszystko to w ramach trasy LIVE2021 Episode Two, na której przed samym koncertem widzowie zobaczyć mogli pokaz filmu Berlin Calling z Kalkbrennerem w roli głównej, w specjalnej wersji Hannes Stoehr 2021 Club Edit.
Od filmu zaczniemy relację. Na fanów ze specjalnym biletem czekało specjalnie przygotowane na scenie kino. Uwaga, w tym akapicie znajdziecie mały spoiler dotyczący zawartości editu. Jeśli macie w planach seans i nie chcecie sobie psuć niespodzianki, zapraszam niżej. Film trwał 45 minut i poza wyciętymi scenami z Berlin Calling, mogliśmy między innymi zobaczyć specjalny edit dotyczący klubowych, piłkarskich koszulek noszonych przez głównego bohatera lub wypowiedzi ekipy filmowej. Całość wieńczył kultowy kawałek Sky and Sand wypełniony materiałem zza kulis filmu i klatkami z filmu. Spoko rzecz, miło było odświeżyć sobie seans i to z klubowym nagłośnieniem, ale nie nadałbym editowi miana must see.
Seans nazwałbym przyjemną przystawką przed daniem głównym. Szkoda, że na serwis trzeba było czekać ponad dwie godziny od zakończenia projekcji. Do zaplanowanej przerwy Paul dołożył od siebie jeszcze pół godziny spóźnienia. Dwugodzinną przerwę mógł wypełnić jakiś support, ale rozumiem zabieg związany z jego brakiem. Tego wieczoru liczył się tylko on. Na dużej scenie pojawił się sam i stanął przed rozbudowaną konsolą. Towarzyszyła mu minimalistyczna scenografia w postaci dwóch lamp, palmy i kilku ledowych paneli. W najmocniejszych momentach dochodziły do tego stroboskopy rzucające światło na widownię. Przez całe show za plecami Kalkbrennera włączony był spory ekran, który ukazywał jedynie otoczonego kamerami Paula. Sylwetka, zbliżenia na twarz, konsolę lub buty. Żadnych wizuali i tym podobnych.
Zabieg doskonale mi znany, bo kilka miesięcy temu widziałem występ Kalkbrennera na Fest Festivalu. Przyznam szczerze, że miałem trochę obaw w kontekście tego wydarzenia. Przecież przez te parę miesięcy światła dziennego nie ujrzał nowy materiał. Nuda i powtarzalność? Nic z tych rzeczy. Oglądanie wczuwającego się didżeja hipnotyzuje i pozwala poczuć jego emocje. Ten gość żyje muzyką i widać to w każdym jego ruchu. Od tańca, po podśpiewywanie pod nosem nawet nie słów, a samej melodii czy tempa.

Setlista była mocno przekrojowa. Zarówno jeśli chodzi o staż prezentowanych utworów, jak i ich tempo. Mieliśmy tu wszystko. Laser In, Feed Your Head, Invisible, remiksy takich kawałków jak La Mezcla lub Te Quiero czy oczywiście Sky and Sun i Aaron ze ścieżki dźwiękowej do Berlin Calling. Legendarny muzyk ma w czym wybierać i ponad 2-godzinny występ był jedynie ułamkiem możliwości jego selekcji.
O przekrojowości można powiedzieć również w kontekście wieku przybyłych fanów do warszawskiego GlobalEXPO. Przypisywany Paulowi status legendy elektroniki nie gaśnie, a posłuchać go przychodzą przedstawiciele niemal każdej grupy wiekowej. I osoby, które najpewniej dopiero rozpoczynają swoją przygodę z muzyką klubową, i zaprzyjaźnieni z siwizną na głowie panowie. Wszyscy uśmiechnięci oraz życzliwi wobec siebie. Kwintesencja techno. Sobotni wieczór był wielkim świętem tego gatunku. Kilka tysięcy osób zebrało się w jednym miejscu żeby bawić się do dobrze im znanych, kultowych już utworów i remiksów. Każdy dźwięk nowego utworu powodował wybuchy radości i ożywiał zgromadzony tłum. Niech nam Kalkbrenner jeszcze długo umila sobotnie wieczory!
Co o samej organizacji wydarzenia? W trakcie występu Paula w kolejce do baru trzeba było postać z 10-20 minut. W tej kwestii zawsze może być lepiej. Szczególnie, kiedy mamy do czynienia z jednym koncertem, a wolnego miejsca w hali było jeszcze bardzo dużo. Szkoda też, że miejsce oficjalnego afteru oddalone było kilka kilometrów od samego Expo. Reszta przebiegła sprawnie, było swobodnie i bezpiecznie.

