Z tym panem jest tak, że albo się go kocha albo nienawidzi. Mowa oczywiście o VNMie. Mimo to uważam jednak, że takie szufladkowanie jest pewnym narzuceniem formy, od której wszyscy tak bardzo chcemy przecież uciec, czyż nie? Klaud N9jn jest prawdopodobnie najlepszym przykładem na to, aby tę tezę potwierdzić lub obalić.
Poprzednie płyty Venoma (a konkretnie te wydane na legalu w ilości sztuk trzech) zrobiły na mnie mniejsze bądź większe wrażenie. Wpadły mi w ucho pojedyncze kawałki, maksymalnie 2-3 z każdego krążka, jednak w pełni nie przekonałem się do żadnego z tych wydawnictw. Starałem się znaleźć jakiś punkt zaczepienia, jakąś iskierkę nadziei, jakieś światełko w tunelu, jednak za każdym razem, gdy brałem się chociażby za ProPejn, a takich podchodów robiłem co najmniej kilka na każdą z płyt, efekt finalny był zawsze ten sam – stwierdzenie, że to do mnie nie trafia. Dlatego niech nie dziwi was to, że moją recenzję zacznę od szufladki z napisem ‘nienawiść’.
Zabawa rapem w postaci opowiadania historyjek bawi mnie jedynie w przypadku, gdy takie opowiadanie jest nie do końca serio. Mówiąc ‘bawi’ mam na myśli raczej to, że podoba mi się, gdy coś jest opowiedziane z pomysłem, lekkim humorem, czasem nawet żartobliwie, niż to, że coś jest w 100% potraktowane serio. Oczywiście – są wyjątki od tej reguły, bo np. genialny storytelling w wersji ‘prawdziwe życie’ usktuczenia HuczuHucz, jednak VNM moim zdaniem zupełnie nie potrafi tego robić. Nie wiem na ile prawdziwe są rapowane przez niego przygody, jednak sposób ich opowiadania pozostawia wiele do życzenia. Przede wszystkim męczą mnie te przeciągane końcówki wyrazów i nienaturalne akcentowanie. Patenty dobre na jedną płytę, ale gdy słyszy się je po raz kolejny, to powoli zaczynają one tracić na swojej oryginalności.
Za co jeszcze nie lubię Fała? Za masakrujące mój słuch przyśpiewki. Wiele razy spotykałem się już z opinią, że dopiero na koncertach robią one swoją robotę, jednak nie miałem jeszcze okazji usłyszeć VNMa na żywo, więc w tej kwestii się nie wypowiem. Mogę jedynie powiedzieć, że w wersji studyjnej jest to w moim odczuciu bardzo kiepski i nieudany motyw. No, może jedynie piosenka REM jest w tej materii małym wyjątkiem, ale jest to kropla w morzu ‘śpiewanych’ wersów. Bowiem już np. Zagłusz Mnie jest totalną katastrofą, a tytuł jest adekwatny – refrenem Venom zagłuszył Venoma.
Okej – przez chwilę poczułem się jak uczeń gimbazy po dostaniu pały z przyry, więc teraz czas otworzyć szufladkę z napisem ‘miłość’. Przy tej okazji mam chyba obowiązek rozpocząć od tego, co wg mnie jest kwintesencją miłości, czyli kobiety. Tutaj elbląski raper spisał się na medal, bowiem wykony wszystkich czterech pań, zaproszonych gościnnie na Klaud N9jn, jest muzyką dla moich uszu. Nasuwa się więc pytanie: czy nie lepiej byłoby zaprosić jedną z tych wokalistek, aby była odpowiedzialna za wszystkie śpiewane refreny?
Kolejny plus na Klaud N9jn należy się VNMowi za dobór producentów. Wszystkie kawałki instrumentalnie stoją na identycznym, aczkolwiek wysokim poziomie, co ciągnie całą płytę ponad pewien pułap średniactwa. Na szczególne uznanie zasługują tutaj dwaj panowie, a więc jeden z moich producenckich top, czyli Czarny HIFI (za kawałek Barman), oraz B.Melo – za Chcę To Widzieć i przede wszystkim za Linie, o których szerzej wypowiem się nieco niżej. Ogólnie rzecz biorąc wszyscy producenci wykonali kawał dobrej roboty, bowiem każdy z nich dołożył do tej płyty cegiełkę, dzięki której nie jest ona nudna, monotoniczna, a jednocześnie ma wspólny mianownik w postaci chilloutowego klimatu, który nie zawsze jest co prawda lekki i cichy, jednak zawsze dawać może uczucie spokoju.
Krótka notka odnośnie teledysków także się należy, bo ukazały się zaledwie 2 klipy (licząc z numerem Linie, to 3), jednak aż połowa z nich bardzo przypadła mi do gustu. O ile obraz do utworu Druga jest typową historyjką damsko-męską i średnio do mnie przemawia, to już wideo do piosenki REM jest majstersztykiem. Nie jest w nim co prawda dla mnie wszystko jasne, ale wcale nie psuje mi to odbioru i możliwości interpretacji po swojemu.
Obiecałem co nieco wspomnieć o kawałku Linie. Historia jego powstania sięga czasów akcji Hot 16 Challange, gdzie VNM został wielokrotnie nominowany. Chcąc się wybić ponad tłum i pozostać oryginalnym, postanowił on nagrać pięciominutowy numer, który wykonał na tzw. setkę, czyli za jednym podejściem do mikrofonu. Za to ogromny szacunek. Jednak brawa należą się za coś jeszcze: styl, w jakim wykonany został ten utwór. Być może jest to w głównej mierze zasługa kapitalnego podkładu muzycznego, po raz kolejny chapeau bas B.Melo, ale nie zmienia to faktu, że podoba mi się sposób rapowania niektórych wersów. Miło także, że V odniósł się do W.E.N.A., Bisza i Te-Trisa, czyli w zamyśle do czołówki polskiego rapu – sam bardzo cenię tych raperów, więc poprzez takie odwołanie Venom chciał się niejako dopisać do tego grona. Czy słusznie? To pytanie pozostawiam Wam.
Podsumowując chciałbym dodać, że nie uważam tej płyty za wybitną. Pewnie znajdzie się ona w wielu rankingach podsumowujących rok 2015, jednak u mnie pozostanie ona jedynie niezłym krążkiem, których przesłuchałem już wiele. Pozostała mi jeszcze kwestia formalna w postaci małej dygresji odnośnie tego szufladkowania. Ja osobiście od zawsze byłem przeciw takim praktykom, próbowałem się od tego za wszelką cenę uwolnić i pozostać niezależnym. Mówiąc żargonem hiphopowym: ani nie hejtuję ani nie propsuję VNMa, a po prostu staram się odbierać muzykę tak, jak to czuję. Dlatego też przy okazji tej recenzji chciałem pokazać, że będąc do kogoś nie do końca pozytywnie nastawionym, można napisać coś rzetelnego, a że przy okazji będzie to parę miłych słów, to czy nie warto? Dlatego apeluję: wyzbądźmy się uprzedzenia do innych, a nienawidźmy/kochajmy dopiero wtedy, gdy coś jest tego warte.


