Usher – Hard II Love (2016), recenzja Łukasza Jaćkiewicza

0
173

Ostatnie lata były dla Ushera ciężkie. Ciągłe przekładanie premiery nowej płyty z miesiąca na miesiąc, nie wróżyło niczego pozytywnego. W końcu jednak do sprzedaży weszła płyta Hard II Love, a co na niej dostaliśmy? Na pewno nie tego, czego spodziewało się wielu.

Droga do wydania tej płyty była długa i kręta. Usher rozpoczął prace nad nowym krążkiem już na początku 2013 roku, by w maju rok później pokazać nam swoją nieco odmienioną stronę. Kawałek Good Kisser, wyprodukowany przez Pharrella Williamsa, sygnował coś nowego dla R&B i jego twórczości. Wokalista mimo niepowodzenia na listach zaprezentował drugą część tej odsłony w postaci She Came to Give It to You. Kawałek również przepadł, mimo, że w jednej zwrotce słyszeliśmy Nicki Minaj. W tym momencie coś w Usherze pękło. Widocznie załamany słabym odbiorem tych utworów, postanowił wyrzucić cały materiał do przysłowiowego kosza i zacząć pisać na nowo. Kolejna historia zaczęła się wraz z wydaniem I Don’t Mind, typowego usherowskiego kawałka, którym nie powstydziłby się w poprzedniej dekadzie. Potem było jeszcze niesamowicie energetyczne Chains (jeden z jego najlepszych kawałków ostatnich lat!) i…? No właśnie. Tu powinna być wspomniana wcześniej płyta. Usher jednak widocznie nie był zadowolony i ostatecznie każdy z wymienionych kawałków został porzucony. A było ich przecież jeszcze więcej, każdy zwiastował inne brzmienie. Najlepiej określają to słowa „wszystko i nic”, „nagrywam, ale nie wiem co”, „nie wiem, co chcę śpiewać”. Również nazwa płyty została zmieniana trzykrotnie. Początkowo miało to być Flawed, potem zmieniono to na UR, by w końcu Usher wydał Hard II Love. Czy to znaczy, że powstał materiał na trzy wydawnictwa, a mielibyśmy usłyszeć tylko jeden z nich?

Te kilka lat od rozpoczęcia pracy nad płytą zdecydowanie wpłynęło na to, co ostatecznie możemy usłyszeć na płycie Hard II Love. Z każdym kolejnym dźwiękiem dostajemy nowe emocje i ból, którego doświadczył. Musiał to być dla niego ciężki okres, bo słyszymy na wydawnictwie pewną oschłość dźwiękową, czyli przeciwieństwo do tego co stworzył na Looking 4 Myself czy chociażby singli, które się na nim nie znalazły. Nie sprawia to jednak, że kolejne kawałki są nudne czy monotonne. Widzę tu pewne nawiązanie do jego początków, typowego R&B, dzięki któremu stał się sławny. Oczywiście jest to trochę unowocześnione, ale będące pewną kontynuacją.

Takie chociażby jest otwierające krążek Need U – oszczędne w swoim wyrazie, tworzące naprawdę niezły utwór w biblioteczce Ushera. To głos gra tu pierwsze skrzypce, muzyka jest tylko tłem dla reszty, delikatną dekoracją do wokalu. Również tytułowe Hard II Love mogą opisać wcześniejsze słowa. Z tą jednak różnicą, że jest to jednak bardziej romantyczne w swoim wyrazie i takie pościelowe. O dziwo, typowych „pościelówek” (ballad a’la Usher) tu nie znajdziemy. Nawet balladowe Stronger do tego nie podciągniemy. Tekstowo jest to jednak pewna kontynuacja, tego co tworzył do tej pory. Można to określić w trzech słowach – miłość, kobiety i cierpienie. Nie jest to bynajmniej minus dla jego utworów.

Hard II Love to przede wszystkim otworzenie się na stare brzmienie R&B z nowymi akcentami. No Limit z udziałem Young Thuga jest tego najlepszym przykładem. Z tyłu nie pozostają jednak chociażby Make U A Believer czy Rivals. Są one nieco monochromatyczne, tworzone pod jeden target, ale dobrze wyprodukowane. Nowości widzimy jednak już przy Missin U, piosence, która zostaje nabita na energetyczny i nieco „pharrellowski” beat. To jedna z najlepszych kompozycji na tym krążku. Również Let Me wydaje się nieco nowatorskie, a gdy już przejdziemy do Crash mamy tego najlepszy dowód. Ta ostatnia wymieniona przeze mnie kompozycja, to taka mała kontynuacja majstersztykowego Climax z poprzedniego albumu. Falset Ushera pokazany jest tu w najlepszej odsłonie i jak widać po wykonaniach na żywo, jest on odzwierciedleniem tego, co robi na live’ach. Tu należą mu się wielkie brawa.

Najsłabszym ogniwem okazuje się Champions, kawałek, który przesłuchałem kilkanaście razy i nadal nie wiem, czemu znalazł się na tym albumie. Infantylny tekst w połączeniu z brzmieniem latynosko-soulowo-nijakim ciągnie się w nieskończoność i przypomina mi jakiś nieudany utwór do bajki Disneya albo… kolejny przebój Enrique Iglesiasa. Potem okazuje się, że promuje on film Hands Of Stone – z zamysłu dramat biograficzny o sportowcu. Tak, ta piosenka to tylko dramat dla uszu. Od spójności krążka odbiega również nudna i z monotonnym powtarzaniem słów kompozycja Bump (ostatnio tak denerwowało mnie to przy Perfect Illusion autorstwa Lady Gagi – wiem, to nie ten target, no ale…) oraz FWM, które nuży już od pierwszych dźwięków i ciężko dotrwać do końca.

Mimo początkowych problemów, Usher wrócił na dobrą drogę. Cieszę się, że nie jest to kontynuacja Looking 4 Myself, a także wielki misz – masz, jaki zapowiadał się po utworach, które w końcu nie znalazły się na krążku. Wokalista postawił na dźwięki R&B, nieco unowocześnione przez kolejne dodawane elementy. Album nie jest pozbawiony błędów i mankamentów, ale Usher w końcu chyba zrozumiał, w czym jest dobry i za co kochają go jego fani. Hard II Love odbieram na plus i zachęcam do posłuchania.