Tyler, The Creator to prawdopodobnie jeden z najbardziej utalentowanych, ciekawych i eksperymentujących artystów światowej branży muzycznej. Nie ukrywam, że z niesłabnącą ciekawością oczekuje każdego albumu, zastanawiając się czym tym razem zaskoczy nas amerykański raper. Ostatnio ponownie podzielił się kolejnym wydawnictwem, praktycznie równo dwa lata po genialnym Igorze. Czy album Call Me If You Get Lost przebił swojego poprzednika? Myślę, że nie, ale dotykając innych tematów wciąż utrzymuje fantastyczny poziom, sprawiając, iż Tyler, The Creator to wciąż mocne nazwisko rapowej (i nie tylko) sceny.
Tyler przyzwyczaił już fanów do wydawania albumów w cyklicznym trybie, co dwa lata. W zasadzie nie powinna zdziwić ostatnia akcja promocyjna dotycząca ostatniego albumu artysty, ale mimo wszystko zjawiła się dość niespodziewanie i z dozą tajemnicy. Przypomnijmy – w centrum Los Angeles pojawił się billboard z numerem telefonu i napisem „Call Me If You Get Lost”. Po połączeniu się z numerem, w słuchawce wybrzmiał sam Tyler. Co się później okazało – tekst z billboardu okazał się tytułem siódmej płyty artysty, a zasłyszana rozmowa – utworem Brown Sugar Salmon. Dosyć szybka i efektowna promocja przeprowadziła do premiery albumu, który jest po prostu kolejnym świetnym dziełem rapera.

Po wydaniu takich albumów jak Igor, Flower Boy czy Wolf, trudno nie pokusić się o pewne porównania. Call Me… po odsłuchu całości od razu charakteryzuje się o wiele mniejszą spójnością niż poprzednik, to jednak nie ujmuje jego wartości. Jednym z motywów łączących jest podróż, o której Tyler często mówi w utworach czy widać to w udostępnionych klipach. Wielkim plusem jest piękna, retro estetyka. Świadomie nawiązująca do stylu ostatnich kampanii Gucci – Tyler, The Creator niedawno został jedną z twarzy marki. Raper opowiada także m.in. o miłości do zajętej już kobiety. Przypomnijmy, iż w poprzednim albumie, Igorze, historia miłosna do, tamtym razem, mężczyzny, została przedstawiona we wszystkich utworach, chronologicznie i tworzyła pełny obraz albumu. W Call Me… otrzymujemy Tylera w mocniejszej wersji – można odnieść wrażenie, że krążek jest połączeniem albumów Igor i Flower Boy z lekką dozą Cherry Bomb. Call Me If You Get Lost wycisnęło z Tylera wszystko co najlepsze, jakby podsumowujące jego dotychczasową karierę z najgenialniejszymi momentami. Na albumie można usłyszeć też legendę, hypemana DJ Drama, który wraz z Tylerem jest narratorem utworów. Jednak, moim zdaniem, zbyt dużo „okrzyków” zaburzyło harmonię.
Sam początek płyty może być lekko rozczarowujący, jest zbyt mało porywający. Jednak im dalej tym lepiej. Za najlepsze utwory mogę śmiało uznać Lemonhead, Sweet/Dance, Juggernaut z plejadą gości, czy ponad ośmiominutowy Wilshire. Pozostałe utwory nie są złe, jednak wymagają dłuższego zapoznania się z nimi. Co bardzo daje o sobie znać, to że każdy utwór jest wizytówką Tylera. Dodatkowo, należy usłyszeć wszystkich zaproszonych gości na tracklistę, a ich zbiór jest imponujący. Pośród nich możemy spotkać Pharrella Williamsa, Lil Wayne’a, Lil Uzi Verta, 42 Dugg’a, Ty Dolla Sign czy Daisy World. Album został w całości wyprodukowany przez Tylera, natomiast współtwórcą Rise! był również Jamie XX. To album świetny, kompletny mimo niezbyt dużej spójności. Obowiązkowa pozycja dla fanów Tylera, a nawet dla nowych słuchaczy, którzy dopiero z dyskografią rapera chcą się poznać. Call Me… to spektrum talentu artysty.
Raper zdążył wyrobić sobie tak charakterystyczne brzmienie, że tak naprawdę każda pozycja na krążku nie musiałaby być podpisana przez artystę. W tym tkwi geniusz Tylera, który przejawia się na każdym albumie i wierzę, że kolejne wydawnictwa jeszcze mocniej to podkręcą. Miejmy nadzieję, że usłyszymy to wszystko w Polsce. Na przyszły rok zapowiedziany jest koncert rapera podczas Orange Warsaw Festival. Trzymajmy kciuki, aby wydarzenie się odbyło, ponieważ ten album na żywo będzie cudownym mistrzostwem.


