12 lutego w warszawskiej Stodole miał miejsce koncert o ogromnej wartości sentymentalnej dla wszystkich rockowych dzieci lat 90. W naszym kraju po raz pierwszy wystąpił zespół Good Charlotte.
Alt-rockowe legendy Good Charlotte wspólnie grają już od 1996 roku. Polscy fani zespołu czekali więc na występ swoich idoli zaledwie 23 lata. Atmosfera tego wyczekiwania i ekscytacji unosiła się w powietrzu od momentu wejścia do klubu Stodoła (tym razem otwarcie drzwi opóźniło się tylko o dziesięć minut; dziesięć minut znaczy jednak tak wiele, kiedy na zewnątrz temperatury są ujemne…). Wielu uczestników wydarzenia miało na sobie merchowe koszulki Good Charlotte, a przedział wiekowy był dosyć rozległy – od nastolatków aż do czterdziesto-, pięćdziesięciolatków.
Jako pierwszy na scenie pojawił się zespół The Dose – dwóch panów, energiczny perkusista oraz długowłosy wokalista / gitarzysta o nieco pochmurnym, grunge’owym image’u. Zarówno jego sceniczna postawa, jak i grana przez zespół muzyka przywodziła na myśl Kurta Cobaina i twórczość Nirvany. Widać było, że panowie mają dużo potencjału, i nawet jeśli nie do końca udało im się rozruszać warszawską publikę, będę bacznie obserwować ich rozwój.
Drugim supportem było niecierpliwie przeze mnie wyczekiwane Boston Manor. Brytyjscy rockmani mają na swoim koncie dwa studyjne albumy, w tym wydane w zeszłym roku znakomite, mroczne Welcome to The Neighbourhood. Zespół zaprezentował sześć utworów z nowego albumu oraz starszy przebój Laika. Na żywo Boston Manor to wulkany punk rockowej energii – gitarzyści rzucają się po scenie, wokalista Henry Cox nie boi się krzyczeć i zachęcać tłumu do tworzenia mosh pitów i circle pitów, pojawiło się nawet kilka osób niesionych na fali. W nieco spokojniejszym utworze, Bad Machine, zespół zademonstrował swoją bezbłędną muzykalność oraz zdolności wokalne. Po koncercie panowie cierpliwie pozowali do selfies z fanami i rozdawali podpisane zdjęcia. Ja miałam okazję nauczyć ich, jak wypowiadać polskie słowo „dziękuję”.
Po godzinie 20:00 sceną zawładnął popularny amerykański zespół grający muzykę z pogranicza pop rocka i post-hardcore: Sleeping With Sirens. Było to już trzecie moje spotkanie z Syrenkami, w tym drugie w Polsce, i po raz kolejny bawiłam się znakomicie. Ponieważ zespół występował jako support, musiał mocno ograniczyć swoją setlistę. Zaowocowało to bardzo przebojowym zestawieniem piosenek, zawierającym praktycznie same hity (prawie w całości pomijającym nieudany album Gossip z 2017 roku). Usłyszeliśmy między innymi Do It Now Remember It Later, Empire to Ashes, Go Go Go czy jedyny utwór z pierwszego albumu, który zespół nadal wykonuje na żywo: uwielbiane przez fanów If I’m James Dean, You’re Audrey Hepburn. Wokalista Kellin Quinn, posiadacz niezwykłego głosu typu legerro tenor jak zwykle popisywał się swoimi umiejętnościami i wprawiał w zdziwienie osoby nieznające twórczości zespołu („To naprawdę jest mężczyzna?!”).
Ukoronowaniem wieczoru był, oczywiście, występ Good Charlotte. Dzięki aż trzem supportom czas oczekiwania na headlinera się nie dłużył, a duża sala klubu Stodoła miała szansę się zapełnić. W momencie, kiedy na scenę wyszli bracia Madden i ich zespół, napięcie sięgało już zenitu, a aplauz po dwóch otwierających set utworach, kiedy zespół postanowił złapać oddech i przywitać się z publiką, trwał dobre dwie minuty. Muzycy patrzyli na tłum z mieszanką podziwu i niedowierzania, i stało się to wręcz motywem przewodnim wieczoru.
Setlista była bardzo urozmaicona: oprócz tanecznych przebojów typu Keep Your Hands Off My Girl czy zachęcającego do skakania Little Things, zespół wykonał kilka utworów z nowej płyty Generation Rx: Self Help, Shadowboxer, Prayers (zaśpiewane w większości przez Benji’ego Maddena) oraz doskonałe Actual Pain. Muzycy sięgnęli aż do swojego pierwszego albumu wydanego w roku 2000, aby nieco odkurzyć utwór Waldorfworldwide. Charyzmatyczny lider zespołu Joel Madden bez żadnego wysiłku nawiązał znakomity kontakt z publicznością: opowiadane przez niego anegdoty były albo zabawne, albo wzruszające, ale zawsze ciekawe (z tego miejsca chciałabym NIE pozdrowić chłopaka, który w ich trakcie krzyczał, aby zespół wracał do grania; bycie kulturalnym nic nie kosztuje…). Widać było, że muzycy podchodzą do swojego pierwszego koncertu w Polsce równie emocjonalnie, jak zgromadzona w Stodole publika, i że granie w Warszawie sprawia im ogromną radość. Jako niespodziankę Good Charlotte zagrali utwór Riot Girl, którego nie wykonywali na żywo już od bardzo dawna i którego nawet nie ćwiczyli.
Końcówka koncertu wypełniona była po brzegi perełkami: największymi przebojami zespołu, pełnymi pozytywnej energii. The River, I Don’t Wanna Be In Love (Dance Floor Anthem), I Just Wanna Live, a na sam koniec Lifestyles of the Rich & Famous, które porwało z nóg cały zgromadzony tłum.
Good Charlotte to zespół legendarny, dla wielu fanów (w tym dla mnie) na zawsze związany z okresem dorastania i odkrywania muzyki rockowej. Niezwykle cieszy fakt, że muzycy nadal trzymają poziom, tworzą, koncertują i nie próbują odcinać się od swoich korzeni. Możliwość zobaczenia ich na żywo w tak świetniej formie i na tak wyczekiwanym koncercie była prawdziwą przyjemnością!


