Tori Amos pozwoliła nam do siebie zatęsknić, od siebie odpocząć. Niezbyt długo, bo raptem trzy lata, które dzielą nas od jej ostatniej płyty Unrepentant Geraldines. Zatęsknić, bo był to album chyba przede wszystkim pozostawiający po sobie niedosyt. Tori Amos powróciła z nową płytą.
Forma i treść to substancje, które w muzycznej chemii bardzo trudno idealnie wyważyć. To drugie w świecie szeroko – a może raczej mainstreamowo – pojętej muzyki pop najczęściej ociera się o abstrakcję. Ale gdy odpowiednio zawęzimy zakres tego gatunku okaże się, że i treść ma w nim swoje miejsce, i odpowiednia dla niej forma także istnieje. Dowodzi tego chociażby twórczość Tori Amos, której najnowszy album Native Invader właśnie się ukazał.
Amos, znana z perfekcyjnego podejścia do sztuki muzycznej i ogromnego wyczucia, nie przekombinowała swojej najnowszej płyty. Na próżno też szukać siłowych rozwiązań. Oparte w większości na pianinie, z uwypukloną sekcją rytmiczną, gdzieniegdzie podbite elektroniką kompozycje brzmią znakomicie. Nie brak też miejsca na instrumenty smyczkowe dodające z jednej strony podniosłego, z drugiej mrocznego charakteru, jak w utworach Mary’s Eyes czy singlowym Up the Creek. Native Invader nie wypełniają mięsiste, a przez to i ciężkostrawne dla ucha aranżacje. I nawet dosłyszalne tu i ówdzie niedociągnięcia jedynie dodają całości materiału uroku, żywego realizmu. Amos nie szarżuje swoim głosem, dość oszczędnie wypełnia nim kompozycje i należy przyznać, że jest to wystarczające. Bo to m.in. właśnie jej głos, prócz niektórych spośród dość cierpkich tekstów i przemyśleń, ociepla wydźwięk tej płyty.
Native Invader w tekstach? To wypadkowa głównie dwóch czynników. Tori Amos, jak już niejeden współczesny artysta, odwołała się do kwestii politycznych i najgłośniejszych wyborów minionego roku. Tematów gęsto przemielonych i przez to chyba już coraz mniej interesujących czy odkrywczych, a coraz bardziej męczących. Ale tym, co różni teksty Amos od wielu innych jest jej wnikliwe, choć dla wielu być może nieoczywiste spojrzenie. Z chirurgiczną precyzją artystka dokonuje wiwisekcji stale dokonujących się przemian społecznych czy politycznych, które w sposób płynny oddziałują na życie ludzkie. Pełna, głęboka świadomość wypowiadanych słów. Tak szczere wyzwania pociągają za sobą odpowiedzialność. Tak wybitna artystka jak Tori Amos ma tego zobowiązania całkowitą świadomość, co z kolei znajduje swoje potwierdzenie w udzielanych przez nią w ostatnim czasie wywiadach.
Podobnie jak na okładce płyty, Tori wyłania się z mgły i zabiera swojego słuchacza w podróż po jej przesyconej magią i rozmytą mgłą wyobraźni, zaprasza do swojego świata, krainy jej przodków, ale też ostatnich wydarzeń w jej życiu, które znalazły sobie miejsce w utworze Mary’s Eyes. To rewers płyty Native Invader – ten bliższy artystce, bo dotykający jej bardziej bezpośrednio. Tak też jest w przypadku trwającej od lat walki artystki w obronie środowiska naturalnego, która znajduje swoje potwierdzenie w utworze Reindeer King otwierającym płytę. Batalii, której – tak jak w przypadku polityki – głównym orężem jest piosenka, i przez to nie tak równie skutecznej, co – jak na tym albumie – po prostu szczerej i ujmującej.
Najnowszy album Tori Amos jest dziełem kompletnym. Działa jak należy zarówno jako tandem trzynastu utworów, jak też jako trzynaście osobnych kompozycji. Native Invader to zamknięte w trwającym niewiele ponad godzinę materiale piękno zawierające w sobie odczuwalny posmak goryczy. Z dużym potencjałem na znalezienie się w gronie najlepszych płyt tego roku. A już na pewno mojego roku.

