Duet The Dumplings po czteroletniej przerwie powrócił na polski rynek muzyczny z klasą. Poza dwoma wydanymi w tym roku singlami W naszym zabetonowanym świecie oraz To nie powtórzy się zespół z okazji dziesięciolecia wyruszył w jesienną trasę klubową The Dumplings Orkiestra. Jednym z przystanków był Kraków i to właśnie w nim zadziała się istna magia.
Słowo orkiestra w nazwie trasy nie jest przypadkowe. Razem z Justyną Święs oraz Kubą Karasiem przygrywała orkiestra, która nadawała tym nowych, jak i starszym utworom nowe życie. Orkiestrowe aranżacje sprawiły, że od tej pory preferuję niektóre wersje utworów z jej udziałem.

Kiedy już jesteśmy przy orkiestrze, warto dodać, że to właśnie ona rozpoczęła cały występ budującym w napięciu intrem, do którego dźwięków wszedł duet The Dumplings. Olśniewająca (dosłownie!) Justyna Święs opanowała centralną część sceny, a Kuba Karaś małą wysepkę z konsolą i gitarami. Później orkiestra zmieniła tempo i przystąpiła do grania intymnego i poruszającego utworu Każda z nas.
Jak na dziesięciolecie przystało, nie mogło się obejść bez największych hitów grupy. Ze sceny wybrzmiały starsze pozycje jak Betonowy Las, czy How Many Knives, ale także można było zapoznać się z najnowszymi singlami grupy wymienionymi na początku artykułu.
Publiczność reagowała żywiołowo na takie hity jak Nie gotujemy, Kocham być z tobą czy Przykro mi, które od lat są koncertowymi faworytami. Osobiście najlepiej bawiłam się przy utworze Raj, który był tanecznym hymnem wolności, a także w trakcie wspólnego śpiewania Nie gotujemy, gdzie publiczność mogła się wykazać znajomością tekstu piosenki.
Nie zabrakło też integracji z publicznością, która była dość kluczowym aspektem na koncertach The Dumplings. W Krakowie można było usłyszeć krótkie historie Justyny po wykonaniu Betonowego lasu, a także Kuby Karasia o Ach nie mnie jednej. Był również moment zabawy światłem przez oświetleniowca duetu. Ze sceny padło wówczas zdanie, że jeśli jest się oświetlonym na scenie, to jest się bardziej wiarygodnym dla publiczności, po czym operator wyłączył żartobliwie wokalistce lampy.
Jako bis zagrano piosenkę Frank, co okazało się idealnym zwieńczeniem wieczoru. Intymność i taneczna energia, z jaką utwór został zagrany, wywołały owacje i pozostawiły publiczność z poczuciem głębokiej satysfakcji. Ja wyszłam oczarowana z koncertu. Orkiestra powinna być stałym elementem na koncertach, ponieważ wywołuje silne emocje, które nie są do opisania, a utwory zyskują na tym bardzo korzystnie. Dla tych, co nie mieli okazji być na koncercie, to dla samego głosu Justyny Święs warto przeznaczyć swój czas. Dalej nie mogę otrząsnąć się po jej niesamowitym wokalu, który jest jednym z lepszych na polskiej scenie muzycznej.

