Myślę, że pana Stanisława Soyki nikomu przedstawiać nie trzeba. Swoją przygodę z muzyką rozpoczął już w wieku siedmiu lat i od młodości nieprzerwanie działa na scenie muzycznej. Znany jest nie tylko publiczności polskiej, ale i międzynarodowej, ze względu na swoje częste podróże. Każdy lubi go za co innego – jedni za albumy jazzowe, inni za romans z popem, nawiązania bluesowe, muzyczne opracowania ważnych dzieł literackich czy wreszcie za nieśmiertelną piosenkę „Tolerancja“. Dyskografia pana Soyki jest imponująca – dość powiedzieć, że gdy ja się rodziłam, on miał już na koncie kilkanaście płyt. Mimo takiego dorobku i osobistej preferencji do grania na scenie, a nie w studiu, „Staszek“ nie ma dość – niedawno wydał nową płytę zatytułowaną „Muzyka i słowa“ i dał nam kolejny powód do uwielbienia. Przy okazji premiery, miałam zaszczyt i przyjemność porozmawiać z panem Soyką – mężczyzną w moim odczuciu niezwykle ciepłym, mądrym, z wielkim poczuciem humoru i dystansem do siebie i do tego, co robi.
Marta Umiejewska: Zagrał Pan ostatnio w teledysku do swojej piosenki „Ławeczka”. Czy tego typu działania wokoło muzyczne sprawiają Panu przyjemność?
Stanisław Soyka: Nie jest to na pewno nieprzyjemne, ale zdecydowanie najlepiej się czuję występując na żywo. Jestem muzykiem koncertującym – czerpię radość ze współpracy z moimi kompanami, którzy również najlepiej się bawią grając. Film – o ile nie jest zbyt wymagający i nikt mi nie każe wbiegać na dziesiąte piętro – traktuję jak zabawę. Ale nie jestem wizualnie utalentowany. Dzięki dużemu doświadczeniu, które zdobywałem przez lata i wynikających z niego kompetencjom, koncertowanie jest dla mnie najprzyjemniejsze.
MU: Po tylu latach wszystkie występy są już perfekcyjne czy wciąż czuje Pan lekką tremę?
Tremę często myli SIĘ z obawą lub lękiem, a trema to tylko dotkliwa kumulacja energii, która może się przejawiać somatycznie, np. poprzez motyle w brzuchu. Ja, gdybym poddał się tremie, to bym pewnie spał, zamiast iść na scenę. Niektórzy mówią, że wraz z upływem lat to mija, ale u mnie się NASILA. Natomiast gdy już wejdę na scenę, to trema się ulatnia.
MU: Miał Pan niezwykłą okazję odbierać Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski z rąk prezydenta Lecha Kaczyńskiego, wykonywać Tryptyk Rzymski w obecności papieża Jana Pawła II czy wręczyć płytę królowej Elżbiecie II… Jak Pan wspomina te momenty?
To są chwile wzmożenia, zupełnie wyjątkowe. Czułem się zaszczycony tymi spotkaniami. Poznałem wspaniałe osoby, z którymi miałem okazję chwilę porozmawiać. Rozmowa z Elżbietą II była króciutka i kurtuazyjna. Podobnie z Janem Pawłem II, ale on zdążył mi powiedzieć „Brawo”. To opracowanie muzyczne stworzyliśmy właśnie dla niego, do jego poematu. Dla autora musiało to być ekscytujące, dla nas oczywiście też, bo wykonywaliśmy je po raz pierwszy, w dodatku w jego obecności. Ale mimo wszystko wolę spędzać czas z tymi, z którymi mogę gadać do rana. Zacytowałbym tu pieśń Boba Dylana:
Well I’ve been to the mountain and I’ve been in the wind
I’ve been in and out of happiness
I have dined with kings, I’ve been offered wings
And I’ve never been too impressed
Najbardziej szczęśliwy czuję się wśród najbliższych i dzieci, a wielki świat mnie wciąż onieśmiela i nie mam poczucia, że tam pasuje. Ale te spotkania nie były niemiłe – niemiła to jest niestrawność. A życie jest piękne, różnorakie i wydaje mi się, że umiem się z tego cieszyć.
MU: W piosence „Nie ma ich” porusza Pan temat przemijania. Wielu artystów, z którymi miał Pan okazję współpracować, już z nami nie ma. Kogo najbardziej Panu brakuje na polskiej scenie muzycznej?
Brakuje mi wszystkich. Przynajmniej tych, z którymi łączyły mnie jakieś bliskie relacje. To z nich się składam. W zeszłym roku odszedł też mój kochany braciszek Jerzy, założyciel chóru katedralnego w Sosnowcu. To bardzo smutne, bo to pierwsza z najbliższych mi osób, które musiałem pożegnać. Rodzice przeżyli śmierć syna. Te pożegnania mają na mnie istotny wpływ, bo przypominam sobie, że nie można trwonić czasu, trzeba mieć za skarb każdą godzinę, ale również spieszyć się powoli. Jestem w takim momencie życia, że mogę przestać się spieszyć.
MU: Śledzi Pan w wolnym czasie liczbę wyświetleń swojego teledysku na Youtube’ie?
Tak, sprawdzam, ile osób obejrzało „Ławeczkę”! To bardzo fajna zabawa. Bardzo bym się martwił, jakby nie było żadnego gościa.
MU: Płyty bardzo przyjemnie się słucha, ale podejmuje Pan na niej też ciężkie tematy. Czy od piosenki „Tolerancja” czuje się Pan trochę polskim głosem sumienia?
To wynika z poczucia odpowiedzialności za to, co robię. Jak byłem dzieckiem, mama zawsze mi powtarzała: „Pamiętaj, za słowa się odpowiada”. A jak mama coś mówi, to na poważnie. W latach ‘70., kiedy zaczynałem, śpiewałem amerykańską klasykę – blues, jazz. Ten repertuar mnie fascynował, ale to nie było moje. To było Missisipi, a ja jestem z Gliwic – inna tradycja muzyczna, kulturowa. Z tego powodu, jak już coś piszę, to piszę starannie, bo kocham język polski. Po drugie, trzeba zawsze dążyć do prostoty. A po trzecie, w moich piosenkach mówię o sobie. Sześćdziesięciolatek opowiada o innych sprawach niż dwudziestolatek. To inni faceci, ale tkwi w nich ten sam mianownik. Nie jestem poetą ani pisarzem. Poświeciłem się muzyce i tyle mi wystarczy, żeby do końca życia mieć zajęcie. To się sprowadza do aktywnego życia duchowego, pracy nad sobą. Każdy powinien to co jakiś czas robić, zaglądać w głąb siebie, bo łatwo można nie odczytać swojego powołania, a wtedy cale życie człowieka coś uwiera.
MU: Dzięki temu, że Pan odkrył swoje powołanie, od lat mamy przyjemność przekonywać się o Pana niezwykłym talencie. Ale ciekawi mnie, czy są takie obszary, w których jest Pan absolutnym beztalenciem?
A taak! Po pierwsze – nie można mnie nazwać gitarzystą. Po drugie kompletnie nie mam talentu aranżerskiego – mimo że kończyłem z tego studia, to jestem kompletna noga. Robią to za mnie moi kompani albo profesjonalni aranżerzy. Właściwie jestem niedouczony na każdym froncie.
MU: Pana najnowsza płyta rozpoczyna się od stwierdzenia, że przyszedł czas na zmiany. Jak Pan się z tym czuje?
Jak odwiedzi mnie syn z wnukiem i potem wychodzą, to zawsze mi tęskno. Ale jesteśmy w stałym kontakcie. Nie byłem ojcem, który poświęcał dzieciom mnóstwo czasu, bo często bylem w podróży, ale jak tylko mogłem, to byłem cały dla nich. Do niedawna synowie ze mną pracowali – uczyli się ode mnie rzeczy, których w szkole się nie uczy. Ale nasze drogi się rozeszły, co jest naturalne i należy się z tym pogodzić. Jednocześnie mam poczucie ulgi, bo pewne moje obowiązki rodzicielskie zostały sfinalizowane. Dzięki temu mogę zająć głowę innymi sprawami. Pojawiła się przestrzeń, która pozwala mi pójść w swoją stronę.
MU: Bardzo dziękuję za rozmowę.


