TLC – TLC (2017), recenzja Zuzanny Janickiej

0
161

Z małym zażenowaniem przyznaję się do tego, że codziennie choć kilka minut poświęcam na przeglądanie najnowszych memów. Z wielu z nich wyczytać (no dobra, prędzej dojrzeć) można prostą rzecz: ludzie tęsknią za tym, co było. Najczęściej – za latami 90., kojarzącymi się wielu z czasem beztroskiego, szczęśliwego dzieciństwa. Nic więc dziwnego, że z taką łatwością na nowo wciągnęły nas Pokemony, a ostatnio bez opamiętania kręcimy niejakimi fidget spinnerami. Skoro kino odgrzało już Słoneczny patrol i Park Jurajski (a za moment także Jumanji), nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy dali kolejną szansę innemu reliktowi przeszłości – zespołowi TLC.

To była piękna historia. Tionne „T-Boz” Watkins, Lisa „Left Eye” Lopes i Rozonda „Chilli” Thomas zakładają grupę wokalną, podbijają cały świat i stają się ikonami r&b, do których przebojów pokroju Waterfalls, Creep czy Unpretty wracać się będzie po latach. Chociaż pod koniec lat 90. wyrasta im silna konkurencja w postaci Destiny’s Child, nie odnotowują wielkiego spadku popularności. Niestety, szczęśliwe zakończenia zdarzają się tylko w filmach. W 2002 roku w samochodowym wypadku w Hondurasie ginie Lisa. Album 3D z jej wokalami ukazuje się już po jej śmierci. Na kolejne dzieło sygnowane nazwą TLC czekać musieliśmy piętnaście lat. Tylko czy to jest jeszcze TLC?

Błędem jest myśleć, że na tegorocznym krążku T-Boz i Chilli odświeżają tylko piosenki, które w szufladzie przeleżały długi czas. „TLC” to taka płyta-pomost. Łączy stare, oldskulowe melodie z nowoczesnymi, podbitymi lekką elektroniką muzycznymi rozwiązaniami.

We don’t need no introduction

zadziornie deklarują wokalistki w otwierającym album przeciętnym numerze No Introduction. Z większym uśmiechem witam leniwe Way Back, traktujące o wracaniu w myślach do minionych lat i znajomości. Ta piosenka nie potrafi mi się znudzić, godnie dzierżąc tytuł mojej ulubionej nowości TLC. Chętnie wracam także do takich kompozycji jak Perfect Girls, Start a Fire, Scandalous i Joy Ride. Pierwsza z nich – bardzo łagodna, stonowana – podoba mi się głównie ze względu na tekst. TLC ponownie zostają przyjaciółkami każdej młodej kobiety, przekonując, że warto wierzyć w siebie, bo to, co widać na Instagramie, wcale nie jest prawdziwe. Akustyczne, spokojniejsze Start a Fire jest przyjemnym usypiaczem. W zupełnie inną stronę skręca klubowe, seksowne Scandalous. Myślę, że taki utwór na swojej płycie chciałaby mieć Ciara. Joy Ride to mały powrót do przeszłości zamknięty w nieco ponad czterech minutach pozytywnych dźwięków. Optymistycznie brzmi także kawałek It’s Sunny. Czy kompozycja o takim tytule w ogóle może być ponura? Delikatne echa tej wakacyjnej atmosfery dają o sobie znać w cięższym, ciekawszym Aye MuthaFucka. Nie do końca przekonuje mnie protest song American Gold. Jestem już zmęczona utworami o politycznych zabarwieniach. Prawdziwym niewypałem jest jednak numer zatytułowany Haters. Doceniam za przekaz, hejtuję za radio friendly, banalną, popową muzykę.

TLC od początku zapowiadane było jako pożegnalne wydawnictwo zespołu. Dziwnie mieć świadomość, iż po ostatniej premierowej piosence (Joy Ride) coś kończy się na zawsze.

I remember just like it was yesterday (…) Hope you all enjoy the ride

śpiewają T-Boz i Chilli, a w oku łezka się kręci. Takiego girlsbandu będzie brakować, choć oczywiście ciężko powiedzieć, by TLC jakoś mocno obecne były w ostatnich latach. Mają jednak dla kogo śpiewać, o czym świadczy fakt, jak wiele osób zaangażowało się w zbiórkę pieniędzy na nagranie tej płyty. Ten album powstał więc dla nas, dla fanów. To pożegnanie i jednoczesne podziękowanie za okazywane od początku lat 90. wsparcie. Muzycznie – bardziej podobają mi się albumy z lat 90. Doceniam jednak to, że obu wokalistkom chciało się postawić tę ostatnią kropkę w swojej długiej historii.