Throwback Review: The Rasmus – Dead Letters (2003), recenzja Sebastiana Torbicza

Inne recenzje

Znalezione obrazy dla zapytania the rasmus 2003

W muzyce bywa tak, że czasem jeden album potrafi diametralnie zmienić siłę odbioru artysty wśród słuchaczy. Tak też było w przypadku tego zespołu. Dziś cofniemy się do marca roku 2003, kiedy to światło dzienne ujrzał przełomowy album zespołu The Rasmus, czyli Dead Letters.

Śmiało używam tu określenia przełomowy, bo takim dla nich był. Na scenie muzycznej działali wtedy już od kilku lat, na swoim koncie mając 4 albumy studyjne, ten był 5 w kolejności, a za razem tym, który można powiedzieć – odmienił życie muzyków. Dotychczas zyskali sławę w Skandynawii, zaś po wydaniu albumu mogli wypłynąć na szersze wody i dać się poznać znacznie większej rzeszy fanów. Skład grupy tworzą jej lider i wokalista Lauri Ylonen, perkusista Aki „Hattu” Hakala (co ciekawe wcześniej sprzedawał gadżety zespołu, a do składu dołączył w 1999 roku), gitarzysta Pauli Rantaslami, oraz basista Eero Heinonen. Tytuł tego krążka nie jest przypadkowy. Jak wyjaśniają muzycy m.in Lauri, owe martwe listy, to listy napisane do osób, które nie mogą być znalezione, bo już ich nie ma, oraz nie posiadają nadawcy. Nazwa albumu wiąże się z tekstami utworów , gdyż właśnie słowa tych piosenek mają charakter listów do kogoś, prośby o pomoc lub spowiedzi.

Oczywiście najbardziej znanym utworem z tego albumu jest zdecydowanie In The Shadows, który był zarówno pierwszym singlem promującym wydawnictwo. Przyniósł im on światową sławę, docierając na szczyt, bądź wysokie miejsca list przebojów w różnych krajach. Jak sięgam pamięcią, był bardzo często grany w polskich rozgłośniach radiowych. W budowie prosty, z chwytliwym refrenem. Solidne, gitarowe brzmienie, to w zasadzie cecha całego albumu. Powstał do niego również zapadający w pamięć, charakterystyczny teledysk. Tekst utworu po angielsku, co warto przy tym fakcie zauważyć – wszystkie utwory na albumie mają tekst w języku angielskim. Świadczyć to może o chęci otworzenia się na inne rynki muzyczne, poza skandynawskim przez muzyków.

Ilościowo nie mamy tu wielu kompozycji, bo jest ich tylko 10. Niedużo, ale większość jest mocnymi punktami. Całość otwiera np. tryskające energią First Day of My Life. Utwór z mocnym rockowym pazurem. Do niego również powstał teledysk, nakręcony na torze wyścigowym. Jest też również żywe, ale już i nieco melancholijne Still Standing. Fajne zróżnicowanie pomiędzy zwrotkami, a refrenami. Dobrze poprowadzona melodia basu, również zauważyć należy kunszt perkusisty. Dużo zmian tempa, dynamiczne przejścia. W podobnym melancholijnym stylu z dodatkiem pazura jest In My Life. Tutaj na pierwszy plan wysuwa się melodia grana przez basistę, to ona nadaje tempo całej kompozycji. Mocny, grunge’owy gitarowy riff. Warstwa tekstowa prosta, ale znów chwytliwa. Pojawiają się też oczywiście nieco mniej wyraziste kompozycje, taką jest np. Time To Burn, rockowa ballada, bez większej historii. Jak już o balladach mowa, to można w tym miejscu przytoczyć kolejna balladkę – Not Like Other Girl. Utwór ten swoją stylistyką, i ogólnie brzmieniem, przypomina mi trochę brzmienie zespołu Metallica w utworach bardziej melancholijnych. Na uwagę zasługuje tutaj bardzo przyjemne i dobrze zagrane solo gitary. Dzięki teledyskowi do tego utworu, zespół wygrał nagrodę MTV Europe Music Awards w 2004 roku, za najlepszy teledysk.

Moim chyba najbardziej ulubionym numerem z tego albumu jest Guilty. Spokojny początek nie zwiastuje dynamizmu, jednak po chwili się to wszystko zmienia. Ciekawe brzmienie gitary w zwrotkach. Zróżnicowanie tempa pomiędzy zwrotkami, a refrenem. Więcej energii w refrenach.Pojawia się też fajny, choć moim zdaniem za krótki bridge. Moim drugim faworytem do miana najlepszego na krążku jest Back In The Picture. Pamiętam, że w dzieciństwie bardzo często go słuchałem. Świetny, wpadający w ucho riff. Stylistyką przypominający brzmienie Roxette. Więc można tu zażartować, że terenami nie odbiegający od Skandynawii. Zwrotki zaś, brzmią jak w spokojniejszych utworach zespołu Green Day. Generalnie utwór oceniam bardzo pozytywnie. Pojawia się również utwór The One I Love, oraz zamykające cały album Funeral Song, nazywane również jako tytułowe Dead Letters. Kompozycja ta należy do najbardziej rozpoznawalnych utworów zespołu. Zdecydowanie najbardziej spokojny i melancholijny ze wszystkich tu omówionych. Otwiera go piękna partia instrumentów smyczkowych. Na duży plus, że pojawiają się one również w dalszych częściach. Dodatkowego klimatu dodaje gitara elektryczna, z efektem brzmienia – clean. Zdecydowanie lepszy wybór, niż miała by to być gitara elektroakustyczna. Ujmujący tekst, który w zasadzie jest idealnym podsumowaniem całego pomysłu na album.

Za 2 tygodnie minie dokładnie 16 lat od wydania albumu. Po nim The Rasmus wydali jeszcze 4 krążki, jednak żaden z nich nie zyskał takiego uznania jak Dead Letters, które na świecie rozeszło się w ponad 2 milionach egzemplarzy. Tak niestety bywa, że czasem artysta wznosi się na wyżyny swoich umiejętności i później jest mu często bardzo ciężko utrzymać się na tym poziomie. Chociaż wydawnictwo uważam za świetne i stojące właśnie na tym wysokim poziomie, to późniejsza działalność niestety mu nie dorównuje. Zespół tworząc Dead Letters zdecydował się na współpracę ze Szwedzką wytwórnią i Nord Studio, gdzie wcześniej pracowali ze znanymi im producentami. Całość kompozycji jest ze sobą bardzo dobrze zestawiona. Mamy tu przeplatankę utworów żywszych, przez melancholijne i nieco spokojniejsze, aż po kończące Funeral Song, które jak już wspominałem, dla mnie, jest kwintesencją zamysłu twórców albumu. Jeżeli ktoś zastanawia się, czy warto posłuchać The Rasmus, z pewnością odsyłam do tego, aby muzycznie cofnąć się do 2003 roku i oddać się muzycznej uczcie z tymże albumem. By móc poznać to, co zrobili najlepsze

The Rasmus - Dead Letters
  • Data premiery: 21 03 2003
  • Single: In The Shadows, In My Life, First Day of My Life, Funeral Song, Guilty
Najlepsze utwory: Guilty, Back In The Picture, Still Standing, In The Shadows, Funeral Song, First Day of My Life
Najsłabsze utwory: Time To Burn


Recenzja wyraża poglądy autora i nie jest tożsama ze stanowiskiem i opinią całej redakcji.

Sebastian Torbicz
Sebastian Torbicz
Muzykolog, absolwent KULu w Lublinie. W wolnych chwilach lubi słuchać Bon Jovi, Delty Goodrem, muzyki francuskiej i wielu innych artystów. Ulubione gatunki to rock i pop. Otwarty na poszukiwanie i odkrywanie nowości w muzycznym świecie. Prywatnie muzyk samouk.

Czytaj również

W muzyce bywa tak, że czasem jeden album potrafi diametralnie zmienić siłę odbioru artysty wśród słuchaczy. Tak też było w przypadku tego zespołu. Dziś cofniemy się do marca roku 2003, kiedy to światło dzienne ujrzał przełomowy album zespołu The Rasmus, czyli Dead Letters. Śmiało...Throwback Review: The Rasmus - Dead Letters (2003), recenzja Sebastiana Torbicza