Lata 60 w mojej głowie jawią się jako pewnego rodzaju paradoks, bowiem o rzeczywistości tamtego okresu możemy powiedzieć bardzo dużo, ale na pewno nie to, że była czarno-biała. Piękne, może nawet trochę naiwne wolnościowe hasła głoszone przez ruch hippisowski bardzo mocno zderzały się z irracjonalnym podziałem rasowym. Takich “zderzeń” było znacznie więcej, ale to właśnie one doprowadziły do rewolucji, której echa możemy usłyszeć do dziś, między innymi właśnie na debiutanckim krążku The Doors.

Nie bez powodu to właśnie Jima Morrisona wskazuje się jako jeden z symboli lat 60. Być może dlatego, że podobnie jak czasy, w których przyszło mu żyć, wymykał się wszelkim schematom. W tym miejscu należałoby zadać pytanie, na ile świadomie tworzył swój image. Kontrowersyjny, bezkompromisowy, elektryzujący, a jednak na tyle wrażliwy by przygniotła go rzeczywistość. Przez 27 lat życia stworzył niezwykle intrygujący obraz samego siebie i kilka płyt, które dziś bez wahania zaliczamy do klasyki rocka psychodelicznego.
A wszystko zaczęło się od wydanej przez grupę 4 stycznia 1967 roku płyty zatytułowanej po prostu The Doors. Otwierający album kawałek Break on Through (To the Other Side) to bardzo wyraźny obraz tego, w jaki sposób Jim Morrison postrzegał sztukę. Ciągłe poszukiwanie zmieniło się w ścieżkę dźwiękową, która uderza z dość sporą siłą po to, żeby przenieść słuchacza gdzieś na granice świadomości. To przeładowanie w połączeniu z niskim, głębokim głosem Morrisona tworzy wrażenie pewnej lepkości charakterystycznej dla psychodelicznego rocka, który od tej pory będzie kojarzony przede wszystkim z grupą The Doors.
Soul Kitchen tylko z pozoru mniej agresywne i nieco bardziej wyważone nadal ma w sobie coś z poszukiwania połączeń i dźwięków. Trochę tak jakbyśmy słyszeli dźwiękową amplitudę, która na tym albumie jeszcze będzie się pojawiała.
Tekst, który wybrzmiewa w akompaniamencie delikatnego plumkania, tworząc The Crystal Ship pozwala zobaczyć w Morrisonie tego, kim zawsze chciał być, czyli bardzo dobrego poetę, a przede wszystkim człowieka, czerpiącego inspiracje z dzieł, którym sam najprawdopodobniej zazdrościł nieśmiertelności. Z czasem zresztą zrobi wszystko, aby nie być zwyczajną gwiazdą rocka, ale mistycznym szamanem pozostającym w oderwaniu od rzeczywistości.
Szczypta Bluesa oprawiona w rockowe zacięcie to jest to wszystko, co dostajemy od The Doors w postaci Twentieth Century Fox.
Alabama Song (Whisky Bar) jest dowodem na to, że dobre covery naprawdę istnieją. A ten w wykonaniu zespołu The Doors ma w sobie coś magicznego. Gdy piszę o tym co tworzyli Doorsi, zawsze powtarzam jedno zestawienie. The Doors to niekończący się romans teatru i muzyki, który pomimo upływu czasu wciąż brzmi tak samo dobrze.
Jeden z najbardziej znanych utworów grupy, czyli Light My Fire można porównać do swego rodzaju wiru, tworzonego przez znakomitego instrumentalistę jakim był Ray Manzarek.
Kolejny głęboki ukłon w stronę bluesowych klasyków to rytmicznie i pewnie wykrzyczany Back Door Man. Po tej chwilowej zmianie nastroju wracamy przy pomocy nieco bardziej skocznego I Looked at You, do brzmienia, które już na tym etapie można nazwać charakterystycznym dla grupy The Doors.
Czarując głosem w End of the Night, Jim Morrison po raz kolejny roztacza niesamowitą aurę tajemniczości i niepokoju, która podsycana jest przez leniwie sączące się gitarowe dźwięki. W podobnym stylu, pomimo zwinniejszych i lżejszych refrenów utrzymane jest także Take It as It Comes.
Na koniec panowie z The Doors serwują utwór, który zostaje w podświadomości na długo po jego wysłuchaniu. Prawdziwa muzycznie narkotyczna podróż, w którą zabierają nas dźwięki utworu The End to uczta nie tylko ze względu na skrzętnie ukryte ozdobniki, które skutecznie przykuwają uwagę, ale też ze względu na sposób, w jaki Jim Morrison dawkuje tu emocje. Obojętność, przejmujący smutek, dobrze ukryta złość? O tym co poeta miał na myśli możemy zadecydować sami. Możemy też wyobrazić sobie jak wielkie kontrowersje wzbudziły w tamtych czasach nawiązania do syndromu Edypa, wyśpiewywane przez Jima Morrisona z niesamowitym zaangażowaniem.
Nie będę ukrywała, że The Doors to dla mnie zespół legenda, który wyrwał się z dość prostej machiny show- biznesu. Niesamowicie znany, a jednak jakby przemilczany. Twórczość The Doors nie należy do tych łatwych, ale na pewno do takich, które warto znać. W mojej ocenie debiutancki krążek nie wyznaczył jedynie ścieżki, którą podążała grupa, ale zgodnie z tym, co chciał osiągnąć Jim Morrison, otworzyła nowe drzwi, przez które zdecydowało się przejść wielu artystów. Grupa The Doors wciąż ma w sobie tę samą tajemnicę, która pozwala myśleć, że dziś zajmuje miejsce, które sama sobie wybrała. Balansując gdzieś pomiędzy nieustającą sławą, a zapomnieniem.
- Data premiery:
- Single:

