Wyznajemy w telewizji, w Internecie, na Facebooku, na Snapchacie. A Madonna w dyskotece, na parkiecie, na danceflorze. Prawie dwanaście lat temu, album Confessions on a Dance Floor nie tylko zaskoczył muzyczny świat, ale stał się jednym z najwyżej ocenianych, zarówno przez krytyków jak i fanów, krążkiem w całej karierze Królowej Muzyki Pop. Czy rzeczywiście wyznania Madonny po tylu latach nadal robią na nas takie wrażenie jak w poprzednim dziesięcioleciu? Zdecydowanie tak.
Zacznę od tego, że wszystkie dwanaście piosenek spokojnie można uznać za bardzo dobre. Nic więc dziwnego, że album jako całość został ówcześnie tak wysoko oceniony. Natomiast jeśli zagłębić się bardziej we wnętrze tej dyskotekowej kuli, to cały album można podzielić na dwie części, po sześć utworów każda.
Pierwsza z nich to świetne, wręcz genialne utwory, które nie tylko fantastycznie brzmią, ale ich tekst jest bardziej ambitny, niż nieustanne powtarzany tytuł, bejbe albo hey hey hey. Hung Up to po prostu majstersztyk współczesnego popu. Oddając hołd złotej erze disco, łączy stare z nowym. Dlatego nie dziwi mnie użycie sample z Gimme! Gimme! Gimme! (A Man After Midnight) Abby. I chociaż praktycznie większość gwiazd XXI wieku „inspiruje się” utworami swoimi protoplastów lub bez żadnej spinki tworzą praktycznie identycznie melodie (patrz Taylor Swift), to Madonna nie tylko uiściła należną opłatę, ale i dostała można by rzec prawdziwe pobłogosławienie Bennego Andersona oraz Bjorna Ulvaeusa, założycieli grupy Abba. Brawo dla takiej postawy. I jeszcze na dodatek ten legendarny występ podczas MTV EMA w 2005 roku, niestety ostatni jak do tej pory. Cóż chcieć więcej? Mnie nic więcej nie potrzeba.
Isaac to swoisty powrót do bliskowschodnich inspiracji z czasów Ray Of Light, które dość często towarzyszą Madonnie począwszy od czasów obchodzącego w tym roku swoje ćwierćwiecze albumu Erotica. Mistyczny, to najlepsze określenie dla tej niepowtarzalnej kompozycji, która odrazu otworzyła mi wszystkie czary z których emanuje nieziemska energia. Skoro jesteśmy już na tym bliskim wschodzie, to trzeba też wspomnieć o Push. Równie intrygujący, równie mistyczny i równie tajemniczy utwór, choć w bardziej standardowo popowym wydaniu.
Niekiedy drugie single artystów bardziej przekonują mnie do twórczości danego arysty. Podobnie jest z Sorry. I chociaż to Hung Up jest po prostu najlepszy, to Sorry jest bardziej w moim stylu. W dodatku (koślawo bo koślawo, ale jednak), oddała w tej piosence ukłon swoim polskim fanom, a to praktycznie niespotykane, jak na gwiazdę światowego formatu.
Get Together to kolejny świetny utwór. Uwielbiam jego energetyczny bit, który zabiera mnie na zupełnie inną planetę. Piosenka jedyna w swoim rodzaju. I na koniec bardzo wysoki skok, czyli Jump. Zdecydowanie najbardziej popowa propozycja na płycie, ale w żadnym wypadku nie jest to wada.
Pozostała szóstka utworów to po prostu dobre taneczne piosenki. Dobrze napisane. Dobrze zaśpiewane. Dobrze wyprodukowane. Nie można powiedzieć, że są to złe utwory, ale jednak nie tak przebojowe jak pozostała szóstka.
I tak prezentują się wyznania Madonny z roku 2005. Album i do tańca, i do różańca, jak zwykle w jej przypadku. Nic tylko zawiesić w pokoju dyskotekową kulę, włączyć kilka kolorowych światełek i włączyć Confessions on a Dance Floor. Satysfakcja gwarantowana, na parkiecie, na danceflorze.

