Throwback Review: Genesis – The Way We Walk, Volume One: The Shorts (1992) – recenzja Katarzyny Jęckowskiej

0
586

Wydali 15 studyjnych płyt, które sprzedały się w nakładzie ponad 150 milionów egzemplarzy. Zagrali setki koncertów. Krytycy muzyczni określają ich mianem prekursorów muzyki rockowej.

Genesis

Dla niektórych zespół Genesis jest starszy niż węgiel. Może jest w tym trochę racji, bo przecież grupa powstała ponad 50 lat temu. Jak do tego doszło? Peter Gabriel, Tony Banks, Mike Rutherford i Anthony Philips połączyli swoje siły i talenty. I tak powstał zespół New Anon, do którego dołączył później Chris Stewart. W 1969 roku zespół wydał płytę From Genesis to Revelation, a muzycy zmienili swoją nazwę na Genesis. Ale dla mnie kluczowy moment to ten, w którym do składu dołączył Phill Collins.

Fakt, twórczość tego brytyjskiego zespołu nie była moją bajką od zawsze. Jako dziecko myślałam, że jest to muzyka tylko dla starszych i w ogóle jej nie czułam. Ale kiedyś, w jakiejś reklamie usłyszałam słynną perkusyjną solówkę w kawałku In The Air Tonight i od tamtej pory zakochałam się w przebojach Phila Collinsa, a potem także Genesis. Choć jak kiedyś ktoś stwierdził, nie jest to typowa muzyka dla ludzi mojego pokolenia.
The Way We Walk, Volume One stanowi według mnie zbiór najbardziej rozpoznawalnych kawałków grupy. Album zawiera jedenaście piosenek, osiem z nich zostało nagranych w 1992 roku podczas trasy koncertowej We Can’t Dance, pozostałe trzy pochodzą z tournée Invisible Touch z 1986-87 roku. Nazwa płyty pochodzi od frazy The Way I Walk, która pojawia się w tekście do kawałka I Can’t Dance.

Tracklistę otwiera mocny i energetyczny Land Of Confusion. Jest to protest song lat 80, który dotyczy relacji pomiędzy USA i Rosją. Światu groził wówczas konflikt nuklearny. Do tego numeru stworzono bardzo wymowny teledysk, w którym występują karykatury ówczesnych wielkich tego świata, między innymi Ronalda Reagana czy Michaiła Gorbaczowa. Jak dla mnie, przesłanie jest nadal aktualne i pasuje do teraźniejszości.

Trudnej tematyki dotyka także tekst do Mama czy No Son Of Mine. Jak przyznał sam Collins, toksyczne relacje, przemoc domowa czy postać ojca tyrana to coś, co dzieje się powszechnie.
Tytuł roboczy No Son Of Mine brzmiał Elephant, czyli Słoń. Charakterystyczny dźwięk przypominający trąbienie słonia to w rzeczywistości zniekształcone przez emulator brzmienie gitary. W wersji live utwór brzmi naprawdę świetnie!

Jesus He Knows Me to kolejny wielki hit, który znalazł się na albumie. Chyba każdy zna to dynamiczne zagrane na keyboardzie i gitarze intro i potrafi zanucić choć fragment piosenki. Pierwotnie muzycy nie uwzględnili go w trackliście trasy koncertowej We Can’t Dance ze względów religijnych. Na szczęście jednak zmienili zdanie! I chwała im za to, bo w tym kawałku jest moc!

Nie mogę nie wspomnieć o dwóch moich ulubionych utworach Genesis, które znalazły się na płycie. I Can’t Dance ma świetny, humorystyczny i nieco bluesowy feeling. I choć uważam, że stylem odbiega od reszty propozycji, to ten numer ma w sobie coś chwytliwego. Z kolei Invisible Touch to dla mnie absolutny hit! W wersji koncertowej brzmi rewelacyjnie zwłaszcza, że w końcówce Phil pozwolił sobie na improwizację.

Na krążku znalazły się także nieco spokojniejsze utwory, takie jak Throwing It All Away, Hold On My Heart czy In Too Deep. Nastrojowa muzyka, chwytające za serce teksty stanowią z pewnością materiał na przebój i są kontrastem dla energetycznych i mocnych kawałków.

Słuchając tej płyty żałuję tylko jednego. Że nie urodziłam się wcześniej i że nie miałam okazji być na ich koncercie w latach ich świetności.