Throwback Review: Frank Ocean – channel ORANGE (2012), recenzja Zuzanny Janickiej

0
266

Kiedy pod koniec sierpnia 2016 roku amerykański wokalista Frank Ocean wydał dwa albumy niemalże dzień po dniu, dla wielu melomanów było to jak wcześniejsze nadejście Gwiazdki i momentu rozpakowywania prezentów. Ja od tego szaleństwa postanowiłam wówczas uciec, wracając do Blonde i wizualnego Endless kiedy naprawdę najdzie mnie ochota na te krążki. Dziś chcę nawiązać nić porozumienia z wydanym w 2012 roku albumem channel ORANGE. Debiut Franka ma być moim kluczem do zrozumienia, czemu jego nowe płyty wywołały nie mniejszy szum niż ten, który – dla przykładu – towarzyszył dwa lata temu powrotnemu wydawnictwu Adele.

Frank Ocean nie wziął się znikąd. Marzący o muzycznej karierze chłopak zaczynał pisząc piosenki dla takich sław jak Brandy, Beyoncé i John Legend. Chwilę później przyłączył się do hip hopowego kolektywu Odd Future (gdzie poznał rapera Tyler, The Creator) i podpisał z Def Jam Recordings kontrakt płytowy. Oczywiście miał problem z wydaniem własnego longplay’a, i gdyby nie ciepłe przyjęcie mixtape’u Nostalgia, Ultra,a co za tym idzie zyskanie zaufania szefów wytwórni, na channel ORANGE czekać moglibyśmy jeszcze długo. Krążek był tak chwalony (umieszczono go nawet w książce 1001 Albums You Must Hear Before You Die a na Metacritic ma notę 92/100), że gdybym to ja była Oceanem, zwinęłabym interes pełna lęków, że nie uda mi się takiego wyczynu powtórzyć. Czy debiut Franka faktycznie zasługuje na te wszystkie słowa uznania?

Najprościej byłoby powiedzieć, że channel ORANGE to rhythm’and’bluesowa płyta. Na tym gatunku artysta bazuje, ale dla urozmaicenia brzmienia swoich kompozycji dodaje do niego elementy neo soulu, funku czy elektroniki. Same piosenki są zręcznie i zmyślnie wyprodukowane. Niby proste i klasyczne, ale tu wzbogacone keyboardem, tam uatrakcyjnione chowającą się perkusją, a jeszcze gdzie indziej ozdobione delikatną elektroniką czy po prostu miękkimi melodiami. Także w warstwie tekstowej dzieje się sporo, bo siedemnaście takich samych utworów o miłości byłoby nie do zniesienia. Frank Ocean śpiewa o tym, co go porusza. O uczuciach także, choć niemało u niego opowieści o narkotykach, seksie, pieniądzach czy upadku wartości moralnych.

channel ORANGE to płyta zamknięta – rozpoczynająca się ambientowym, dość cichym Startem i kończąca krótkim skitem End. Pomiędzy nimi otrzymujemy cały wachlarz spójnych kompozycji – krótszych, dłuższych i naprawdę okazałych (prawie dziesięciominutowe Pyramids). Do moich ulubieńców należą nastrojowy popis minimalistycznego r&b Thinkin Bout You; ciekawie wykonane, pełne subtelnych kosmicznych dźwięków Sierra Leone oraz wyraziste, oddające hołd latom 70. Sweet Life. Chętnie wracam także do śpiewanego falsetem, pulsującego Pilot Jones; balladowego, podniosłego, o niemalże kościelnym wydźwięku Bad Religion oraz nie mniej spokojnego, kameralnego Pink Matter, w którym godna uwagi jest mocniejsza, gitarowa końcówka. Jednak prawdziwym diamentem albumu jest powolne, wciągające Super Rich Kids z przyćmiewającym Franka raperem Earlem Sweatshirtem, którego niespieszna nawijka wpasowała się w klimat historii o tytułowych dzieciakach.

Wśród reszty piosenek nie ma takiej, która by mi się nie podobała. Warto więc sięgnąć po Crack Rock z uroczym pianinem w tle; brzmiące optymistycznie, słoneczne Lost; skręcające w stronę funk rocka Monks oraz proste, oparte na swobodnych dźwiękach gitary akustycznej Forrest Gump. Na sam koniec zostawiłam Pyramids. Długość kawałka z początku mnie przeraziła, ale Ocean wybrnął obronną ręką dzięki temu, że zrobił z tego numeru swoiste „best of”. Przesłuchacie Pyramids – jesteście już zapoznani z channel ORANGE. Frank zabrał nas w intrygującą podróż po takich gatunkach jak klubowa elektronika, hip hop, funk, r&b i rock. Czasem przyspiesza, by za chwilę zwolnić. Momentami mocno siedzi w XXI wieku, by zrobić krótki wyskok w lata 80.

Pierwszy raz channel ORANGE w moje ręce wpadło w 2012 roku. Nie byłam wówczas zbyt pozytywnie nastawiona do facetów obracających się w kręgu muzyki r&b. Słusznie album Franka Oceana odłożyłam „na lepszy czas”, który nadszedł właśnie teraz, kiedy czekają już na mnie dwie kolejne płyty Amerykanina, a ja sama stałam się osobą bardziej otwartą na muzykę. channel ORANGE swoje grzeszki ma. Za którymś razem krążek nie zachwyca tak, jak na samym początku przygody. Brakuje większej liczby wyrazistych piosenek, bo taka liczba „na pierwszy rzut ucha” podobnych do siebie kompozycji potrafi znużyć. Z tej płyty spokojnie dałoby radę zrobić dwa odrębne wydawnictwa. Nie sposób jednak nie docenić tego, jak dojrzale i ambitnie Frank Ocean podszedł do swojego debiutu. Pokazał nam, że z r&b da się jeszcze dużo wycisnąć, o ile naprawdę się tego chce.