Mogłoby się wydawać, że założony w 2007 roku brytyjski zespół The Ting Tings z racji króciutkiego okresu spędzonego na arenie muzycznej będzie raczej starał się niesfornie raczkować, niż podbijać serca szerokiej publiczności. Nic podobnego! Zespół, choć młodziutki, ma już na koncie liczne osiągnięcia. Ledwo tylko ich debiutancki krążek We Started Nothing ujrzał światło dzienne, natychmiast wskoczył na 1-sze miejsce brytyjskiej listy UK Albums Chart. Ten z was, kto śledził perypetie życiowe bohaterów „Gossip Girl”, „902010” czy „Skins” z pewnością doskonale zna wręcz kultowe już dzisiaj kawałki Shut Up And Let Me Go, czy That’s Not My Name. Muzycy mają na koncie między innymi nominację do Grammy Awards oraz prestiżowe wyróżnienia w MTV Video Music Awards i MTV Europe Music Awards.
Mimo, że premiera ich trzeciego w kolejności krążka Super Critical jest zaplanowana na 27 października w świecie muzycznym już huczy! Specjalnie dla was zrobiliśmy wstępny rekonesans albumu.
Krążek otwiera tytułowy utwór Super Critical. Kompozycja z pozoru oszczędna w wyrazie – dynamiczny wokal i wtórująca mu gdzieś daleko w tle perkusja. Proszę jednak odczekać drobną chwilę i pozwolić mu się rozwinąć – z każdym kolejnym taktem bowiem całość jest coraz bardziej obudowywana kolejnymi partiami instrumentalnymi i mnogością środków wyrazu.
The Daughter to propozycja skoczna i pełna młodzieńczej żywiołowości. Widać, ze muzycy starają się nadążać za współcześnie panującymi trendami muzycznymi bo na tło dla wokalu składają się zarówno radosne gitarowe riffy jak i elektroniczne, bliskie dubstepowi bity.
Do It Again z kolei to typowo „babski” kawałek, w którym trudno dopatrzyć się znanego nam z poprzednich płyt buntowniczo rozkapryszonego pazura. Słodki, ugrzeczniony wokal z mocno popowym zacięciem w asyście dosyć monotonnego pobrzdękiwania na gitarze niebezpiecznie zbliża się do takich gwiazdeczek jak Pussycat Dolls, czy Beyonce.
Również promujący płytę singlowy utwór Wrong Club bliższy jest stylistyce pop, niż dziarskim kompilacjom indie rocka i new rave’u. Dosyć jednostajna, wręcz nużąca linia gitary, bazująca na kilku powtarzanych w ciągu całego utworu niezmiennych dźwiękach i mocno „popujący” wokal mogą mocno rozczarować tych z was, którzy liczyli na muzyczną powtórkę z krążka We Started Nothing. Również teledysk z wijącą się na podłodze modelką przyodzianą w lateks może wydawać się dosyć wtórny względem może i starego, może i zapomnianego, ale jednak wcale nie aż tak zmurszałego teledysku do Stronger Britney Spears.
Kolejną popową propozycją jest Wabi Sabi. Grzeczny, leniwie rozmiałczany wokal z jeszcze bardziej rozleniwioną linią melodyczną zapewne sprawdzi się na potańcówkach dla piątoklasistów, w tych momentach, gdy robi się ciemno i dziewczynki proszą do tańca chłopców, ale nie jestem przekonana czy to dobry wybór na dziką studencką wixę. Nieco lepiej sprawa wygląda w Only Love. Więcej tu jakiegoś nieuchwytnego młodzieńczego polotu. Kawałek opiera się o dosyć monochromatyczną, acz dynamiczną linię gitarową i mocno rytmizującą perkusję. Gdzieś tam między jednym a drugim słychać podążający za nimi wokal, ale tak naprawdę pełni on jedynie rolę echa względem poprzedzającego go instrumentarium.
Z pozoru nieźle rokować wydaje się Communication, ale i tutaj mimo wróżących coś dobrego synthpopowych bitów w utworze nie dzieje się właściwie nic ciekawego, a linia melodyczna jest dosyć monotematyczna i pozbawiona „gwałtownych zwrotów akcji”, czy charyzmatycznych wykrzyknień. Kawałek-widmo – ani zły, ani dobry a z całą pewnością nie ciekawy. Jeden z tych, których setki puszczamy w klubach mimo uszu. Green Poison to kolejna „niejaka” propozycja. Trochę tu starających się naśladować soul zaśpiewek, trochę funkowego chilloutu, gdzieś tam słychać porozrzucane gitarowe partie solowe, ale całość znów nieciekawa i jakaś dziwnie ciężka, ospała.
No i nareszcie dobrnęliśmy do końca! Failure to mocno synthpopowa kompozycja ze szczyptą nastoletniej zuchwałości i niewielką domieszką partii gitarowych. Powalić nie powali ale może nieco osłodzić rozczarowanie związane z kilkoma poprzednimi kawałkami.
Podsumowując płyta może mocno zawieść tych fanów bandu, którzy spodziewali się raczej rockujących, new rave’owych dzikich bitów, niż nudnej mieszanki z pogranicza pop i soul.

